Małe gryzonie

5 minut czytania

/ Film

Małe gryzonie

Jakub Socha

Seidl nie wartościuje ludzkich obsesji, nie mówi, że sado-maso jest gorsze, a picie piwa lepsze

Jeszcze 1 minuta czytania

To musiało się wydarzyć, Ulrich Seidl, pilny uczeń Thomasa Bernharda, filmowiec, który nie przechadza się ze zwierciadłem po gościńcu, tylko zabiera widzów do cyrkowego gabinetu luster, gdzie wszystkie twarze z miejsca potwornieją albo robią się potwornie śmieszne, obrazoburca i szyderca, który uparł się, że nie pozwoli swoim rodakom z Austrii spać spokojnie po nocach, że pokaże im, na co naprawdę ich stać, nakręcił film pod tytułem „Im Keller”, po polsku – „W piwnicy”. Tym, którzy oczekiwali, że będzie to TA piwnica, Seidl zagrał na nosie – w filmie ani razu nie pojawia się Josef Fritzl, pojawia się natomiast Fritz Lang, który jednak z TYM Fritzem Langiem nie ma nic wspólnego. Taki żart.

Już pierwsze ujęcie, płaskie i banalne: wypełniający trzy czwarte kadru żywopłot, nad którym wisi dach z metalowej blachy, sygnalizuje, czyj to film. Kolejna martwa natura – zielony, gumowy wąż, umieszczony pomiędzy dwoma wąskimi zakratowanymi okienkami, które zostały wmontowane w szarą ścianę – nie pozostawia złudzeń, że jesteśmy w świecie Seidla, który jak mało kto posiadł umiejętność odczarowywania sytego zachodniego świata. Austriak patrzy z ukosa na te wszystkie przedmioty, po których nasz wzrok prześlizguje się raz za razem; kwestionuje ich neutralność. Może właśnie dlatego wszystko to, co otacza jego bohaterów, wydaje się aburdalne i pokraczne, dokładnie tak jak oni sami.

W piwnicy„W piwnicy”, reż. Ulrich Seidl.
Austria 2014, w kinach od 25 września 2016
Przewija się przez film banda cudaków, która we własnych piwnicach buduje swoje sztuczne raje. Jakaś kobieta wyjmuje codziennie z różnych kartonowych pudeł różne plastikowe lale i mówi do nich czule, jak do własnych dzieci. Jakiś facet siada za stołem, na tle flagi z Hitlerem, i oddaje się grze na instrumencie dętym. Ktoś wali w bębny, ktoś strzela z krótkiej broni, ktoś siedzi i gapi się tępo przed siebie. Ktoś rzeźbi swoje ciało, ktoś skazuje się dobrowolnie na jeszcze inny rodzaj bólu. Im dalej w las, tym robi się ostrzej – zjawia się domina z partnerem, który paraduje z odważnikami przyczepionymi do swoich jąder, a potem językiem wylizuje do czysta deskę klozetową; za nią sadomasochistka, posłusznie przyjmująca uderzenia rakietką do ping-ponga, szpicrutą i jeszcze czymś, czego teraz już nie mogę sobie przypomnieć. Wraz z nimi szybko rodzi się w głowie myśl: oho, osuwamy się ku coraz niższym kręgom piekielnym. Nic z tych rzeczy. Seidl nie wartościuje ludzkich obsesji, nie mówi, że sado-maso jest gorsze, a picie piwa lepsze. Chce jedynie pokazać tę ukrytą, podziemną rzekę, która płynie równolegle do jawnego nurtu życia, na który składa się praca, rodzinne obiady i regularne wypady do supermarketu.

Tak jak przy okazji dyskusji o historii Fritzla, na co zwracał swego czasu uwagę Krystian Lupa, oglądaniu tego filmu towarzyszy myśl: ja bym tak nie mógł! Moja piwnica wygląda inaczej! Seidl wymaga od widza, żeby jednak poszedł dalej – żeby choć przez chwilę wszedł w buty jego bohaterów, postarał się z nimi zindentyfikować. Z pewnością służyć temu ma zatarcie granicy między dokumentem a fabułą. W zainscenizowanych na potrzeby filmu scenach występują rzeczywiści ludzie, posługujący się swoimi nazwiskami. Patrząc na nich, trudno odgadnąć, czy odgrywają fantazje Seidla, czy może raczej własne.

Intencja reżysera jest czytelna, lecz trudno podjąć zaproponowaną przez niego grę – pokazywane przez niego postaci wytwarzają zbyt wiele przeciwciał. Z jednej strony jest w nich jakby za dużo przesady, z drugiej – nie wiadomo w ogóle skąd w nich się ta przesada wzięła. Patrzy się na nich nie jak na ludzi, którzy desperacko szukają bliskości, celu, który nadałby sens ich egzystencji, tylko jak na pokraczne, pozbawione ruchu i pozbawione życia pacynki. Albo jak na tę biedną, głupiutką świnkę morską z jednej z pierwszych scen filmu, która stojąc 10 centymetrów od wielkiego, żółtego węża, jak gdyby nigdy nic skubie ziarno, w ogóle nie martwiąc się tym, że ten ją za chwilę zje. Ostatecznie „W piwnicy” jest kapitalną ilustracją tezy, że człowiek niewiele różni się od małego gryzonia: zagubionego we wszechświecie, kręcącego się w kółko po swoim akwarium, niewidzącego nic poza własnym ogonem, prowadzącego jałowe życie, a potem nagle umierającego. Ta obserwacja może być dla niektórych wytłumaczeniem, skąd się wziął Fritzl, ale powiedzmy sobie szczerze – nie jest to obserwacja jakoś specjalnie przekonująca. Nie jest to też obserwacja, nad którą się długo myśli. Punkt wyjścia jest, jak to zwykle u Austriaka, punktem dojścia. Trochę kręcimy się w kółko. Od biedy można, tylko dlaczego tak długo.