Popędy i kręgi

Popędy i kręgi

Jakub Socha

Druga część „Nimfomanki”, nakręcona praktycznie w jednym kluczu estetycznym, pozbawiona znanych z poprzedniej części wyskoków, jest przykra – przykra, nudna, strasznie poważna i jakby pozbawiona życia

Jeszcze 1 minuta czytania

Już wszystko widać i już wiadomo: niepotrzebnie Lars von Trier zrobił z jednego filmu dwa filmy, niepotrzebnie to wszystko trwa tak długo. Druga część „Nimfomanki” w ogóle nie powinna się wydarzyć. Jeśli czymkolwiek Duńczyk w niej zaskoczył, to chyba tylko własną bezradnością, nagłą zapaścią, dziwacznym spadkiem formy. Jeszcze nie tak dawno pisałem przecież o pierwszej odsłonie, że film miejscami jest intrygujący, że są w nim jakieś pomysły inscenizacyjne – raz lepsze, raz gorsze. A w drugiej części? Tutaj nawet sama Joe orientuje się, że nie jest dobrze, skoro w jednej ze scen zwraca uwagę Seligmanowi, że jego ostatnia dygresja była raczej mało ciekawa.

Seligman, człowiek księgi znowu rzuca uwagami na marginesie jak z rękawa, opowiada o wielkiej schizmie, ale nie tej z „Gwiezdnych wojen”, ikonach, pistoletach, chłoście rzymskiej i książkach Iana Fleminga, tym razem jednak słabiej mu wychodzi: jego historie nie tworzą już kontrapunktów dla opowieści Joe, nie oświetlają ich z nieoczekiwanej strony, brak im lekkości. Poza jedną sytuacją, w której mężczyzna grany przez Stellana Skarsgårda buduje ładną interpretację niemalże boskiego – zwieńczonego lewitacją – orgazmu głównej bohaterki, jego dygresje to raczej kłody, które służą po to, by wybijać kobietę z rytmu. 

W „Udław się” Chucka Palahniuka, książce tematycznie podobnej do „Nimfomanki”, bo opowiadającej o pewnym amerykańskim seksoholiku, narrator w pewnym momencie opisuje taką scenę:
„Paige, z rękami ponad głową, poprawiając swój czarny mózg z włosów, zapytała:
– A czy seks i uczucie muszą się wykluczać?
A ja wybuchnąłem śmiechem. Tak, odparłem, zawiązując fular. Tak, muszą”.
Von Trier na tak postawione pytanie również odpowiedziałby twierdząco, tylko bez tego cynicznego i ożywczego wybuchu. Po pierwszej części mogło się jeszcze wydawać, że Duńczyka nie interesują kategoryczne deklaracje i mądrości, druga część „Nimfomanki” jednak weryfikuje tę opinię. Film rozpoczyna się tam, gdzie skończył się poprzedni: Joe opowiada o tym, jak spotyka po raz kolejny na swojej drodze Jerôme’a – prawdopodobnie miłość swojego życia – i uczucie rozjeżdża jej się z seksem. Zamieszkują razem, mają nawet dziecko, ale w łóżku między nimi słabo – Joe, za przyzwoleniem partnera, zaczyna więc szukać gdzie indziej zaspokojenia, co oczywiście rodzi nowe sytuacje: związek się rozpada, a kobieta przesuwa się dalej w eksperymentach na własnym ciele. Aż do wyczerpania. W międzyczasie bohaterka von Triera niby emancypuje się, widzimy ją, jak wykrzykuje terapeutce, że kocha siebie taką, jaka jest, że „kocha swoją cipę i swoje pożądanie”. Reżyser jednak zamiast pozwolić nam uwierzyć w to kochanie woli wygasić w bohaterce emocje, sprowadza na nią ból i krwotoki. 

Seks ostatecznie jest czymś przykrym, żadnym wyzwoleniem; poszukiwanie wyzwolenia w seksie kończy się porażką. Druga część „Nimfomanki”, nakręcona praktycznie w jednym kluczu estetycznym, pozbawiona znanych z poprzedniej części wyskoków, też jest przykra – przykra, nudna, strasznie poważna i jakby pozbawiona życia. Żeby jakoś to życie podtrzymać von Trier wprowadza w pewnym momencie na scenę młodą dziewczynę, która dla Joe staje się kimś na kształt córki, a może raczej sobowtóra, który ma powtórzyć jej los. Koło się domyka trochę kuriozalnie i niespodziewanie w scenie będącej trawestacją freudowskiego obrazka z dzieckiem podglądającym rodziców w trakcie stosunku. Joe przypadkiem podpatruje swoją podopieczną uprawiającą seks z Jerôme’em, za co zostaje ukarana.

„Nimfomanka – Część II”, reż. Lars von Trier.
Dania, Francja 2013, w kinach od 30 stycznia 2014 
Dochodzi do rozstrzygającego odczarowania, wszystko i wszyscy tracą znaczenie, ludzie kompromitują się, Joe zostaje sama. Jedno koło nachodzi na drugie, tak jakby inaczej nie można było wyrazić ludzkiego losu, w końcu film ląduje tam, gdzie się rozpoczął. Opowieść dobiega końca, potem jest tylko trywialna koda, w której von Trier daje dojść do głosu stereotypom na temat kultury, płci i wychowania. Seligman i Joe zostają sprowadzeni do roli kukiełek z szopki, które muszą przejść po jeszcze jednym kole, by domknąć już ostatecznie dwuczęściowy film Duńczyka. Strasznie dużo tych kręgów. Na scenę wchodzi stary dobry Tanatos, Tanatos jest tu jednak tylko bożkiem, którego von Trier instaluje w swoim odczarowanym świecie, znakiem kapitulacji reżysera, który podpiera się nim, żeby coś w coś mu się w końcu ułożyło. Tłumaczenie, że wszystkiemu winien jest popęd ku śmierci, że to on tak naprawdę rządzi światem ludzi w „Nimfomance” – szczególnie że rozumiany jest przez reżysera jako popęd, który objawia się tym, że się chce po prostu kogoś zabić – jest unikiem, podszytym obskuranctwem.

O ileż bardziej przekonująca jest bezczelna, gówniarska postawa Palahniuka, który w „Udław się” sprawę stawia bardzo jasno: „Żyjemy i umieramy, a cała reszta to tylko złudzenie. Całe to gadanie o uczuciach i wrażliwości to jedno wielkie kurze łajno. Zmyślone, subiektywne, emocjonalne brednie. Nie ma duszy. Nie ma Boga. Są tylko decyzje, choroby i śmierć. A ja jestem sprośnym, plugawym, bezradnym seksoholikiem i nie potrafię się zmienić, i nie potrafię z tym skończyć, i nie będę nikim innym”.