Tylko nie towar!
id-iom / Flickr CC

Tylko nie towar!

Aldona Kopkiewicz

Nie przeceniajmy literatury za to, że jest literaturą. Samo zwiększenie statystyk czytelnictwa nic nie zmienia. Istotna jest jakość całej przestrzeni kultury i sztuki – polemika z tekstem Katarzyny Tubylewicz

Jeszcze 3 minuty czytania

W artykule „Rynkowy wygwizdów” Katarzyna Tubylewicz znajduje przyczynę niewielkiego zainteresowania literaturą w Polsce: to wina jej kiepskiej promocji. Uwiąd promocyjny wynika natomiast z braku wiary, że ktokolwiek chciałby książkę kupić. Media głównego nurtu przyjęły po prostu, że ich odbiorcy to sympatyczni debile siedzący przed telewizorem w poszukiwaniu najtańszej rozrywki. Panuje powszechne przekonanie, według Tubylewicz złudne, że literatury nie da się sprzedać – to taka stara ciotka z demencją, której nie można ot tak zabić i zakopać bez śladu, więc będziemy ją pokazywać, kiedy nikt nie patrzy. Wprawdzie tę obronę rynkowego potencjału literatury autorka sama traktuje z lekkim niedowierzaniem, bo pewnie wolałaby, żeby było jak niegdyś; wie, że traktowanie literatury jak kolejnego fajnego towaru to faux pas wobec statusu, jaki literatura mieć powinna – dla niektórych stara ciotka jest zubożałą księżniczką, która musi wyjść za mąż za prymitywnego nuworysza – ale namawia nas do pogodzenia się z rzeczywistością i poszukiwania rozwiązań, które mieszczą się w logice tej rzeczywistości. W końcu czasem nie jest ona aż tak straszna, dajmy na to w Szwecji czy Islandii. Gdzie wszyscy czytają kryminały, więc są kulturalni.

Książka, według Tubylewicz, jest antytowarem. A powinna być towarem jak wszystko inne! Nawet literaturę można sprzedać, wystarczy się trochę postarać: zrobić jej ładny PR i sprawić, by czytanie w końcu było modne. Każdy może być snobem i odkryć, że z książkami na półce, a nawet książkami przeczytanymi, zyskuje się uznanie w oczach sąsiadów.

Zgadzam się, że w Polsce media traktują pisarzy i książki z buta, podobnie zresztą traktują artystów i intelektualistów. Znacznie gorsze wydaje się jednak zaniedbywanie tej rzuconej na pastwę losu i żyjącej od pierwszego do pierwszego grupy przez państwo. Dzięki odpowiedniej polityce edukacyjnej i w ogóle polityce otwartej na artystyczną kreatywność – a także, oczywiście!, dzięki zabezpieczeniom socjalnym, pozwalającym na godne przeżycie wolnych strzelców – nie trzeba byłoby apelować o stworzenie medialnej atmosfery popytu na kapitał kulturowy pisarzy, a więc de facto kulturowego aparatu nacisku na kupowanie książek. Bo nie jest dla mnie jasne, czy chodzi tu o poziom rozwoju intelektualnego społeczeństwa, czy o zwiększenie popytu na książki. W podtekście wydaje się już ewidentne, że najważniejsza jest sprzedaż – autorka odwołuje się przede wszystkim do argumentów ze sprzedanych nakładów. I nawet jeśli pisze to w interesie pisarzy, a nie wydawnictw, nie tędy droga. Powinniśmy zrobić wszystko, by książka, podobnie jak inne praktyki artystyczne, nie stała się towarem. 

Ale od początku. Badania nad czytelnictwem biorą pod uwagę każdy druk, który Polak wziął do ręki. Nie są zatem źródłem informacji o realnym uczestnictwie w kulturze. Nie są też żadnym dowodem na inteligencję Polaków. Stoi za nimi ukryte założenie, że jakakolwiek sprzedana i przeczytana książka stanowi pożytek i dobro, bo sam kontakt z pismem jest dobry i pożyteczny; literatura jest ważna, bo jest ważna, a kto nie czytał ten trąba! Przyznam, że kiedy mam do wyboru większość „artystycznych” powieści polskich ostatniej dekady i serial z półki, dajmy na to, HBO, to wybieram serial. Nie ze względu na rozrywkę, ale korzyści poznawcze właśnie. Nie każda książka jest z zasady lepsza od filmu. Nie każde pismo lepsze od obrazka. A muzyka jest wręcz niezbędna do szczęścia. 

Wychodzę z założenia, że bogate zdolności językowe pozwalają poruszać się w świecie z większą inteligencją i wyobraźnią, intensyfikują różnorodność myśli i empatię, wyzwalają pragnienie ponownego nazywania rzeczy i zdarzeń, a więc świadomego uczestnictwa w rzeczywistości. Mimo to nie uważam, że każdy tekst poszerza wyobraźnię i język. Nie przeceniajmy literatury za to, że jest literaturą – punktem wyjścia powinna być refleksja nad tym, jak poszczególne media artystyczne mogą przekształcać naszą percepcję. Język to podstawa, ale to forma artystyczna wzmaga lub neutralizuje jego działanie.

Nie, żebym chciała zaraz, by wszyscy czytali arcydzieła. Choć tak, w głębi serca bardzo bym chciała: sztuka wysoka dla wszystkich! I awangardowa też! To nie powinien być spór: kryminał czy serial; to powinien być spór o to, jak rozmaite media artystyczne kształtują naszą percepcję, a więc o wyższości montażu poetyckiego nad klasyczną narracją! A wracając na ziemię: problem czytelnictwa nie może być oddzielany od całej reszty polityki edukacyjnej i artystycznej w Polsce. Samo zwiększenie statystyk czytelnictwa nic nie zmienia. Istotna jest przede wszystkim jakość całej przestrzeni kultury i sztuki, którą wspólnie tworzy i dzieli dane społeczeństwo.

W neoliberalnej, rynkowej perspektywie sfera publiczna jako sfera wymiany w imię wielostronnego rozwoju jej uczestników nie jest istotna i bynajmniej nie stanie się taka, jeśli wprowadzimy na nią towar pt. kultura. Ludzie mają pracować i rozmnażać się, a potem jeszcze mają trochę czasu wolnego, by nie wkurzyć się zbytnio na ten stan rzeczy. Intelektualne i emocjonalne potrzeby każdego człowieka to jakieś farmazony, które dla rządzących nie mają zbytniego znaczenia. Najlepszy dowód na to można znaleźć po drugiej stronie medalu: przyglądając się nędzy życia doktoranta nauk humanistycznych, którego pracą jest czytanie i pisanie – i do tych tylko i wyłącznie funkcji sprowadza go polityka państwa. Wszechstronny rozwój twórczego autora nie wpisuje się w statystyki, a by zapewnić państwu i uczelni prestiż, o który przecież chodzi, wystarczy, że odnotujemy nadanie kolejnego tytułu. Do tego zaś wystarczy młodego naukowca trzymać w takich warunkach, by przeżył – tylko tyle, by napisać doktorat, inne potrzeby się nie liczą. Drenowany przez system doktorant staje przed wyborem: rodzina i normalne życie czy praca naukowa, i niewiele ma możliwości lawirowania pomiędzy (oczywiście, będzie żył, ale w beznadziejnie stresujących warunkach, co na pewno fantastycznie wpłynie na jakość jego pracy).

Aby przeżyć, wszyscy jesteśmy ograniczani do jednej zarobkowej czynności, a wielorakie uczestnictwo w kulturze staje się coraz trudniejsze. Neoliberalna polityka państwa specjalizuje nas w gotowych już rolach i zawęża przemieszczanie się między nimi – nieważne, czy jest się zawodowym czytelnikiem, czy zawodowym ignorantem. Zmiana systemowego rozdania kart jest bardzo trudna, a dobry PR kultury w mediach głównego nurtu to czysty pozór. Jedynym rozwiązaniem jest egalitarna edukacja i odpowiednia polityka państwa wobec pisarzy, artystów i intelektualistów.  

Potraktuję więc czytanie jako symptom. Polacy w przeciwieństwie do takich Skandynawów nie czytają, ale nie dzieje się tak dlatego, że – jak zwykle – jesteśmy burakami. Znów straumatyzowani potomkowie chłopstwa i drobnomieszczaństwo z antyintelektualnym antyetosem robią nam obciach w Europie, zgroza. Była wojna, był komunizm, a po transformacji to już sami ludzie są sobie i wszystkiemu winni. Pierwszym winowajcą jest jednak polski system edukacji. Przede wszystkim zaś instrumentalne traktowanie lekcji polskiego przez naszych „oświatowców”. Na polskim nikt nie uczy się czytać; uczy się za to, jak być dobrym patriotą, co stworzyło Polskę i jakie polityczne problemy można w literaturze znaleźć (a potem nauczyć się na blachę, który bohater co reprezentował, żeby dobrze zaznaczyć na maturze). Nic dziwnego, że po szkole mało kto garnie się do czytania (jeśli rodzice czy przyjaciele nie pokazali, że w literaturze można znaleźć piękne rzeczy, to szkoła nie zrobiła tego na pewno).

Ale przyczyna niskiego czytelnictwa jest jeszcze prostsza: Polacy znajdują się w czołówce najbardziej zapracowanych ludzi na świecie – zarabiają przy tym żenująco niskie pieniądze. Na szczęście, przynajmniej w większych miastach, mamy nie najgorsze lokalne biblioteki. To czas okazuje się najpoważniejszym problemem: najpierw trzeba mieć czas, żeby żyć, potem dopiero jest kultura. Kiedy Polak ma czytać, skoro po pracy czasu wolnego wystarcza mu na ogarnięcie reszty życia, a potem jeszcze na rozrywkę, dzięki której nie kończy w psychiatryku? Oczywiście, tą rozrywką mógłby być kryminał, być może jednak ludzie zauważyli, że zalety kryminału czytanego nie są o wiele większe od zalet kryminału oglądanego. A serial można przynajmniej zobaczyć w towarzystwie, bo mieszkania większości rodaków pewnie nie są tak duże, by każdy żyjący z rodziną mógł bez problemu znaleźć cichą przestrzeń do czytania. To nie błahostka – to, co czytamy i oglądamy, tworzy przestrzeń codziennej komunikacji z drugim człowiekiem, i lepiej obejrzeć mecz z kolegami czy serial z przyjaciółką, niż latać samotnie jak ten alien nad ziemią. Dlatego z czasem aktywni kulturalnie pozostają ci, którzy zawodowo zajmują się właśnie kulturą, tylko im bowiem wciąż umożliwia ona ekspresję własnego doświadczenia i daje możliwość tworzenia przyjacielskiej, opartej na wolnym wyborze, wspólnoty.

Kultura emancypuje nie tylko jako społeczna przestrzeń komunikacji; brak dostępu do mediów artystycznych podtrzymuje apatię i bierną postawę wobec własnego życia, leży więc w interesie neoliberalnego rynku, który może swobodnie rozporządzać pragnieniami konsumentów. I jeśli uzna, że książka to fajny towar, to tę książkę sprzeda, ale tak, by nic się nie zmieniło. Ja się ludziom nie dziwię: gdybym pracowała dziewięć godzin dziennie, a potem wracała do domu zająć się dziećmi i sprzątaniem, to dysponując tą godziną przed snem, mogłabym od biedy poczytać coś, na co się jeszcze po całym dniu ma siłę. Pewnie byłaby to jakaś wciągająca fabuła, żeby na chwilę się oderwać i zapobiec koszmarom. Mogłabym jednak sięgnąć po Białoszewskiego, Pynchona lub Gertrudę Stein, a potem mogłabym się też na przykład powiesić. Bo rozjazd tych wspaniałości z moim niewolniczym życiem, w którym stać mnie jedynie na zaspokojenie biologicznych potrzeb, okazałby się nie do wytrzymania.

Czytanie rzeczy zaskakujących formalnie odrywa od życia w inny sposób: pozostawia z iskrą nadziei, że światy mogą być dziwne i różnorodne; i sam ten fakt okazuje się wystarczająco fascynujący, by pobudzić do życia. Mogłabym więc jeszcze wyjść na ulicę, wściekła, że to wszystko tak cholernie niesprawiedliwe – cały świat (nie, nie cały świat – cały ten rynek). Czego wszystkim nieczytającym życzę.