Rynkowy wygwizdów
fot. grzes98 / Flickr CC

Rynkowy wygwizdów

Katarzyna Tubylewicz

Polski problem polega nie tylko na tym, że przez lata promocja czytelnictwa była zaniedbywana przez państwo, ale też na tym, że książka jest uważana za antytowar

Jeszcze 3 minuty czytania

Kiedy dziesięć lat temu przeczytałam po raz pierwszy „Czytanie wzbronione” Dubravki Ugrešić – eseje na temat absurdów skomercjalizowanego, zachodniego rynku literackiego – miałam poczucie, że w Polsce, w której nie roiło się wówczas (jak i dziś zresztą) od literackich „agentów, zwiadowców i subagentów”, a literatura nie doczekała się ani skomplikowanych mechanizmów promocyjnych, ani „aury glamour”, czytelnikom jest jednak lepiej. Podobnie jak Ugrešić uważałam, że literatura nie powinna być promowana jak pasta do zębów, a pisarze nie muszą być celebrytami. Wprawdzie Ugrešić, obśmiewając zachodni rynek książki (na którym zaliczki dla bestsellerowych autorów liczy się w milionach), uczciwie uprzedzała, że pisarze z szeroko rozumianego Wschodu znaleźli się po roku 1989 na „rynkowym wygwizdowie”, ale nie potraktowałam tej przestrogi zbyt poważnie. Nie wiedzieć czemu, wydawało mi się –  no naprawdę naiwnie i głupio – że mój naród zawsze kochał książki i to wystarczy. Dziesięć lat minęło i „rynkowy wygwizdów” jako określenie rynku książki w Polsce brzmi jak sympatyczny eufemizm. Kolejne statystki Biblioteki Narodowej dotyczące poziomu czytelnictwa mrożą krew w żyłach. Już się człowiekowi wydawało, że 56 procent nieczytających to dno dna, a tu proszę, mamy nowy rekord, bo już 61 procent rodaków nie dotyka rocznie książki nawet palcem.

Nic dziwnego, że sprzedaż książek nie jest też w Polsce zajęciem szczególnie intratnym. Nędzne kilka tysięcy sprzedanych egzemplarzy to już jest – ho, ho! – bestseller. Czasami zdarza się małe odstępstwo od reguły, jak w przypadku książki Danuty Wałęsy, ale generalnie sytuacja wygląda tak, że nie opłaca się ani pisać, ani tłumaczyć, a już na pewno nie wydawać i aż dziwne, że ktoś jeszcze para się tymi wysoce niedochodowymi zajęciami.

Gdybym swoją wiedzę na temat przyczyn zaistniałej sytuacji opierała jedynie na polskim doświadczeniu, uwierzyłabym ministrowi Zdrojewskiemu, który niedawno tłumaczył, że przyczyną upadku czytelnictwa w Polsce była – no cóż by innego?! – II wojna światowa. W czasie wojny książki się ludziom popaliły i tak to już zostało. Wprawdzie wydawałoby się, że jest jeszcze parę innych krajów na świecie, w których kiedyś płonęły biblioteki, a dziś czytelnictwo ma się dobrze, a i w samej Polsce nie tak znowu dawno temu też trochę bardziej kwitło – powiedzmy w takich latach 70. – ale skoro pan minister twierdzi, że wszystkiemu winna jest wojna, to trudno polemizować.

Gdybym mieszkała na stałe w Polsce, może uwierzyłabym też w jednoznaczny przekaz płynący z mediów, że literatura jest ostatnią rzeczą, która może kogokolwiek zainteresować i być w jakiś sposób atrakcyjna dla konsumenta i odbiorcy. Wywiad z pisarką w piśmie kobiecym? Wolne żarty! Cała Polska żyje serialami i interesują nas tylko serialowi odtwórcy głównych ról. Chociaż jedna, mała recenzja nowości wydawniczych w gazecie codziennej? Nie ma mowy, sprzedaż nam od tego gwałtownie spadnie! Program telewizyjny o literaturze w prime time? Zapomnij! Ludzie powyrzucają swoje ukochane telewizory przez okna! Więcej księgarń? Więcej bibliotek? Proszę sobie nie żartować, przecież książki stanowią w Polsce ANTYTOWAR. Książki są niesprzedawalne i w żaden sposób nie przystają do zaawansowanego kapitalizmu… A my Polacy kochamy nasz mały kapitalizm.

Naprawdę, gdybym nie miała porównania, uwierzyłabym w to wszystko i ogólnie przestała się czepiać, ale tak się składa, że większą część czasu spędzam w dziewięciomilionowej Szwecji, która tak się wyspecjalizowała w sprzedaży swojej literatury, że przykładowo książki Henninga Mankella i Stiega Larssona sprzedały się na świecie w ponad stu milionach egzemplarzy. Zatem działalność wydawnicza to naprawdę może być dochodowy interes. I nie tylko wtedy, gdy wydawnictwa i agenci staną się mistrzami promocji swoich autorów za granicą. W Norwegii (niecałe pięć milionów mieszkańców) kryminalne powieści Jo Nesbø sprzedały się w ponad milionie egzemplarzy (na świecie w osiemnastu milionach), a „Moja walka”, niełatwa, wielotomowa powieść „norweskiego Prousta”, Karla Ove Knausgårda – w ponad pół milionie egzemplarzy. Oznacza to, że kupił ją co dziesiąty mieszkaniec kraju, a książki Nesbø co piąty. W Polsce powieść o podobnej popularności powinna się zatem sprzedać w niemal ośmiu milionach egzemplarzy. Byłby to już niezły zarobek. I dla autora, i dla wydawcy…

Zawsze fascynuje mnie też przykład malutkiej Islandii (niewiele ponad trzysta tysięcy mieszkańców), której rynek wydawniczy nie tylko nie podupada, ale wręcz świetnie się rozwija. Islandia ma procentowo najwięcej ludzi pióra na świecie – co dziesiąty Islandczyk jest pisarzem i wydaje się tam procentowo najwięcej książek na jednego mieszkańca. Islandzcy pisarze z przyczyn od nich niezależnych nie mają szans, by sprzedawać się we własnym kraju w milionowych nakładach, ale sprzedają się w milionach za granicą, jak na przykład tłumaczony także na polski Arnaldur Indridason.

 

Od początku stycznia trwa dyskusja na temat sytuacji literatury i czytelnictwa w Polsce, wywołana przez pięcioro autorów manifestu „Alice Munro nie miałaby u nas szans” (Anna Dziewit-Meller, Remigiusz Grzela, Joanna Laprus-Mikulska, Grażyna Plebanek i Katarzyna Tubylewicz). Dlaczego Polacy nie czytają? Dlaczego nie kupują książek? Skąd bierze się pogarda elit dla literatury popularnej i lekceważenie dla świetnie prosperującej na świecie literatury środka? Czy polska krytyka literacka jest szowinistyczna? Głos w sprawie zabrała także – jeszcze w grudniu 2013 – Kaja Malanowska, na manifest odpowiedziała w swoich felietonach Kinga Dunin, rozważając także, dlaczego w Polsce nie powstają „prawdziwe powieści”. Na łamach „Wyborczej” przeciwko autorom manifestu wypowiedziała się Bernadetta Darska. Pojawiły się także głosy Piotra Kępińskiego i Ingi Iwasiów. Dyskusja trwa, wkrótce w „Gazecie Wyborczej” i „Krytyce Politycznej” ukażą się kolejne teksty.

Jak oni to robią? I co było wcześniej? Przysłowiowa kura czy jajko? Czy to szwedzcy czytelnicy kupowali najpierw całe masy książek, a dopiero potem szwedzka prasa zaczęła o literaturze pisać, szwedzka telewizja państwowa produkować świetne programy literackie, a Kulturhuset w Sztokholmie organizować spotkania z pisarzami, na które przychodzi po siedemset osób, i to kupiwszy wcześniej nie taki znowu tani bilet? Czy może właśnie fakt, iż przeciętnie nowa szwedzka powieść może liczyć na jakieś dwadzieścia recenzji (w gazetach codziennych, w magazynach literackich i w prasie lokalnej), a pisarze i pisarki postrzegani są jako ciekawi rozmówcy i jest ich sporo w mediach, przyczynił się zarówno do wzrostu sprzedaży, jak i czytelnictwa?

Kraje skandynawskie od dziesiątków lat bardzo mądrze owo czytelnictwo promują, między innymi poprzez stałe i hojne dofinansowywanie bibliotek (także tych w najmniejszych miejscowościach). Stawia się w tej kwestii na działania długofalowe i pozytywizm. Mam jednak wrażenie, że w takich krajach jak Szwecja udało się połączyć mądrą promocję czytelnictwa dofinansowywaną przez państwo z bardzo komercyjną i skuteczną promocją książek przez wydawnictwa i agencje literackie. Premiery wydawnicze nie tak rzadko stają się tu wydarzeniami. Ludzie przychodzą tłumnie na spotkania z pisarzami. Na niektóre pozycje czeka się z niecierpliwością, a ich pojawieniu się towarzyszy tsunami medialnej widoczności. Tak było ze szwedzką premierą „W komnatach Wolf Hall” Hilary Mantel. Był taki moment, kiedy miałam wrażenie, że bez względu na to, czy otworzę gazetę, czy włączę telewizor, wyskoczy z nich brytyjska laureatka dwóch Bookerów. Teraz wszyscy oczekują z niecierpliwością na jej pojawienie się na Międzynarodowej Scenie Pisarzy w Sztokholmie. Domyślam się, że podobnie jak to było z Paulem Austerem czy Zadie Smith, bilety będą wyprzedane z kilkutygodniowym wyprzedzeniem. Tymczasem w Polsce książki Mantel wydano niejako przy okazji, specjalnie o nich nie dyskutowano, jestem też raczej pewna, że nie sprzedały się szczególnie dobrze. Przyznam, że odkąd zajrzałam na stronę wydawnictwa Sonia Draga i przeczytałam notkę informującą o „Na szafocie”, tak bardzo się temu nie dziwię: „Dalszy ciąg historii życia Tomasza Cromwella na tle upadku Anny Boleyn! (…) Henryk VIII zakochuje się w Joannie Seymour. Tomasz Cromwell, wykonując wolę władcy, stara się doprowadzić do rozwiązania małżeństwa z Anną Boleyn, co kończy się – jak wszystkim wiadomo – nie unieważnieniem, tylko ścięciem”.

Jeżeli chcecie państwo poznać dalszy ciąg historii polskich niepowodzeń światowych bestsellerów, to gorąco polecam prześledzenie losów powieści Gillian Flynn „Gone Girl”, noszącej u nas tytuł „Zaginiona dziewczyna”. Ten niezwykle inteligentny thriller psychologiczny, nominowany m.in. do prestiżowej Edgar Award znalazł się na drugim miejscu listy bestsellerów roku 2013 w Wielkiej Brytanii i był kilka razy na pierwszym miejscu listy bestsellerów „The New York Timesa”. W całej Skandynawii „Gone Girl” sprzedawała się rewelacyjnie, a do tego książkę zachwalali krytycy. W Polsce „Zaginiona dziewczyna” ukazała się nakładem wydawnictwa Burda Książki. W koszmarnej okładce. I w zasadzie tyle o niej wiemy, ponieważ kompletnie znikła. W prasie nie ukazał się ani jeden wywiad z autorką (choć jest ona wyjątkowo medialną postacią), nie było żadnych recenzji (z wyjątkiem dwóch czy trzech wpisów na blogach). I to by było na tyle. Jak widać, przy dobrych chęciach można zmarnować nawet sprawdzony bestseller i Polacy naprawdę to potrafią.

Piszę o tym wszystkim nie dlatego, że uwielbiam narzekać, ani dlatego, że uważam za najważniejsze, by wszystkie światowe bestsellery sprzedawały się w Polsce jak świeże bułeczki. Analizując sytuację literatury w Polsce i w Szwecji, coraz częściej dochodzę jednak do wniosku, że polski problem nie polega tylko na tym, że przez wiele lat promocja czytelnictwa była dramatycznie zaniedbywana przez państwo (co podobno ma się teraz zmienić). Polski problem polega także na tym, iż w którymś momencie wszyscy uwierzyli, że książka jest na rynku wspomnianym już ANTYTOWAREM, że to taki nieudaczny i przestarzały produkt specjalnej troski, którego już nikt nie potrzebuje ani nie chce mieć, a ponieważ kraj nasz znajduje się we wczesnej fazie kapitalizmu i wszystko, co nie przynosi zysku, traktowane jest u nas, ujmując rzecz wprost, z buta, Polacy przestali traktować literaturę jako rzecz wartą jakiegokolwiek zainteresowania. Być może lekarstwem na fatalny stan czytelnictwa jest zatem także ponowne uwierzenie w to, że literaturę można i trzeba promować i że dobrze promowana zacznie się też sprzedawać. Nie jest przy tym prawdą, że na świecie bestsellerami stają się tylko książki głupie i bezwartościowe. Wśród bestsellerów szwedzkiego rynku wydawniczego w roku 2013 znalazły się również książki Alice Munro i „Krótki przystanek w drodze z Auschwitz”  Görana Rosenberga. Przeciętny Szwed czyta książki dwadzieścia minut dziennie. Robi to także dlatego, że zewsząd dociera do niego informacja o tym, iż czytanie to bardzo atrakcyjne zajęcie, a pisarz może być gwiazdą. Z tego powodu nieco inaczej czytam dziś Dubravkę Ugrešić. Razem z nią śmieję się z amerykańskiego rynku wydawniczego, na którym najważniejszy jest „udany book proposal” a Stephen King dostaje siedemnaście milionów dolarów zaliczki, a zarazem myślę sobie, że może to jednak i tak lepsze dla czytelnictwa niż „rynkowy wygwizdów”?