Tłumacz stawia na swoim
fot. Cato Lein

Tłumacz stawia na swoim

Rozmowa z Stefanem Ingvarssonem

Nigdy nie tłumaczyłem polskiego autora, który byłby heteroseksualnym mężczyzną. Przekładałem Gombrowicza i Witkowskiego, a także poetki. Ale to nie są decyzje ideologiczne. Po prostu szukam w tekście wrażliwości, która do mnie przemawia

Jeszcze 4 minuty czytania

KATARZYNA TUBYLEWICZ: Czym różni się dobre tłumaczenie od wybitnego?
STEFAN INGVARSSON:
Wybitny tłumacz jest doskonałym aktorem. Tłumacz odgrywa cudzy tekst w innym języku. Żeby naprawdę świetnie zagrać, musi dobrze wsłuchać się w oryginał, a potem umieć znaleźć w przekładzie odpowiednik usłyszanych w nim głosów. Może najważniejszą rzeczą, której nauczył mnie wybitny tłumacz Anders Bodegård, było czytanie na głos podczas tłumaczenia. Nie chciałbym, żeby ktoś mnie oglądał, kiedy tak sobie czytam przed lustrem własny przekład, ale to jest naprawdę potrzebne. Dopiero wtedy słyszę, czy mam jakieś błędy w tempie, albo czy gdzieś na mój szwedzki nałożył się polski.

Twierdzisz też, że zawód tłumacza polega na bezustannym decydowaniu. Na przykład: co począć z „bembergowaniem bergiem w berg” w „Kosmosie”?
Pisząc, ciągle podejmuje się decyzje, ale tłumacz ma w tej kwestii szczególną odpowiedzialność, bo pisarz odpowiada tylko względem siebie i swoich postaci, a tłumacz tworzy coś, co czytelnik w dość uproszczony sposób uważa za prawdę o tym, czym jest oryginał. Tymczasem tłumacz dokonuje interpretacji, przekład jest orzeczeniem tłumacza na temat tego, czym jest według niego oryginalny tekst. Oczywiście tłumacz musi być dobrym stylistą i wnikliwym czytelnikiem, ale przede wszystkim nie może się bać podejmowania decyzji. Złe tłumaczenie polega często na tym, że autor przekładu był zbyt ostrożny i nieśmiały, i zbyt rzadko używał swojego autorytetu. Starałem się nie popełnić tego błędu, tłumacząc „Kosmos”.

Jak wyglądała twoja droga do stania się tłumaczem?
Nie jestem typem człowieka, do którego tłumaczenia literackie pasują w sposób naturalny. Jestem towarzyski, niecierpliwy, późno stałem się dobrym stylistą w języku szwedzkim, mimo że w Szwecji zostałem  wychowany.

STEFAN INGVARSSON

ur. 1973, tłumacz i publicysta, pomysłodawca i kierownik programowy międzynarodowego festiwalu literatury w Muzeum Sztuki Nowoczesnej w Sztokholmie. Przekładał m.in. Witolda Gombrowicza i Michała Witkowskiego. Był współredaktorem antologii polskiej prozy autorów debiutujących po 1989 r. oraz antologii polskiej poezji kobiecej. Brał udział w pierwszej edycji Gdańskich Spotkań Tłumaczy Literatury „Odnalezione w tłumaczeniu”.

Urodziłeś się w Szwecji?
Tak, ale moja matka jest Polką. Od dzieciństwa moje życie polegało na ciągłym przekraczaniu granic. Jako chłopiec każde wakacje spędzałem na Dolnym Śląsku, w Sobótce pod Ślężą. Kiedy miałem siedem lat, rodzice przenieśli się na jakiś czas do Nowego Jorku, a ja zamieszkałem u ciotki we Wrocławiu i poszedłem do polskiej podstawówki. Dobrze pamiętam PRL-owskie akademie i mundurki. I że dostawałem linijką po palcach za mówienie na ty do nauczycieli.

Dość szybko wróciłeś do Sztokholmu.
Tak, ale w młodości działałem w środowiskach emigracyjnych, prowadziłem obozy Związku Harcerstwa Polskiego poza granicami kraju i tak dalej. Dlatego kiedy zacząłem tłumaczyć  Gombrowicza, dobrze znałem obśmiewany przez niego polski nurt katolicko-patriotyczny.

Podobno jako dziecko cytowałeś z pamięci długie fragmenty „Pana Tadeusza”.
Tak, byłem wychowany w tej tradycji, a jednocześnie dorastałem w szwedzkim liberalnym i nowoczesnym społeczeństwie, więc było w tym pewne rozdwojenie. Nie jestem wierzący, ale byłem wychowany w wierze katolickiej – chociaż jestem w dużym stopniu Szwedem, to jednak przez ten katolicyzm trochę innym. Z drugiej strony jestem także Polakiem, ale takim, który jest gejem i częściowo Litwinem. W Polsce czuję jeszcze większą niż w Szwecji potrzebę podkreślania tożsamości peryferyjnych, bo przecież toczy się tu ważna dyskusja o tym, jak pojemne jest słowo „Polak”.

Czy jesteś tłumaczem, który przy okazji szefuje nowemu festiwalowi literackiemu, jest publicystą, a także wiceprzewodniczącym Szwedzkiego Związku Pisarzy i Tłumaczy, czy raczej wielozadaniowym człowiekiem renesansu, który między innymi jest też tłumaczem? 
To takie samo pytanie, jak to czy czuję się Polakiem, czy Szwedem. Dla mnie jedno jest nierozerwalnie związane z drugim. Kiedyś kierowałem promocją literatury pięknej w dużym wydawnictwie Norstedts i odczuwałem niedobór pracy z tekstem. Dużo bardziej odpowiadała mi praca w mniejszym wydawnictwie, gdzie najpierw kierowałem redakcją, a potem promocją kolejnych tytułów.

Charakterystyczne dla tłumaczy polskiej literatury w Szwecji jest to, że angażujecie się w promocję swoich autorów. Czy tłumacz powinien być ambasadorem kultury kraju, którego literaturę przekłada?
Myślę, że w naszym przypadku wynika to głównie z konieczności, bo jedynie tłumacze z dużych języków, takich jak angielski czy niemiecki, mogą się skupiać na tłumaczeniach i czekać na kolejne zlecenia z wydawnictwa. Jeśli chodzi o język polski, to w Szwecji każdy tłumacz musi sam przekonać wydawnictwo, że warto postawić na konkretnego autora. Z tego powodu siłą rzeczy stajemy się ambasadorami kultury polskiej.

W rezultacie to wy decydujecie, którzy polscy autorzy będą czytani po szwedzku.
W dużym stopniu tak, ale w końcu to także my lepiej niż ktokolwiek inny w Szwecji wiemy, co jest interesujące w literaturze polskiej i co będzie odpowiadać szwedzkim czytelnikom. Uważam, że tłumacz powinien dokonywać subiektywnych wyborów i przekładać to, co jest mu jakoś bliskie. Całkowita subiektywność nam nie grozi, bo jesteśmy grupą, a jeśli zbierze się kilka subiektywnych wyborów,  to wychodzi z tego jakaś obiektywność. Zdarzyło mi się jednak, że jakiś polski autor, czy ktoś z wydawnictwa poczuł się sprowokowany, kiedy powiedziałem, że patrząc wstecz stwierdzam, że nigdy nie tłumaczyłem polskiego autora, który jest heteroseksualnym mężczyzną. Przekładałem Gombrowicza i Witkowskiego, którzy są nieheteronormatywni, a także kobiety: polskie poetki. To ostatnie wynika po części z mojego feminizmu, ale generalnie nie są to decyzje ideologiczne. Po prostu szukam w tekście wrażliwości, która do mnie przemawia. Sam przecież patrzę na Polskę z punktu, który nie jest centrum. W polskiej kulturze cenię właśnie to, że jest tak bardzo hybrydalna, że duża część literatury była tworzona na emigracji, że wielu polskich autorów miało mieszane pochodzenie, że tak silne były wpływy litewskie, żydowskie, białoruskie czy niemieckie. W Polsce były też i są niesamowicie ciekawe kobiety, niestety nie stawia się ich na piedestałach. Z tego co wiem, to na przykład Nałkowska nie ma swojego pomnika... Myślę, że dzisiaj wielki potencjał literacki tkwi też w tym, że w Polsce żyje jakieś 70 tysięcy Wietnamczyków. Może najważniejsza polska powieść następnych dziesięciu lat będzie traktowała o środowisku wietnamskim w Warszawie? Na świecie takie narracje wzbudzają dziś największe zainteresowanie.

Należysz do wspomnianej już grupy szwedzkich tłumaczy, którzy chodzili na prowadzone przez Andersa Bodegårda seminarium dla tłumaczy. Wiele lat po jego zakończeniu wciąż macie ze sobą kontakt i wzajemie się wspieracie, mimo że przecież musi być też między wami jakaś konkurencja.
Wiemy, na czym polega siła, ale i słabość każdego z nas jako tłumacza. Jesteśmy trochę jak rodzeństwo, które w dorosłym wieku może nie ma już tak dużo wspólnego ze sobą, ale ma wspólne doświadczenia i lojalność względem siebie.

Pytacie się siebie wzajemnie o radę?
Tak. Każdy tłumacz potrzebuje dobrego redaktora, a w szwedzkich wydawnictwach nie ma  redaktorów, którzy znając język polski mogliby być dla nas partnerami w dyskusji na temat konkretnych problemów. I może się zdarzyć, że na przykład Dawid Szybek czy Tomas Håkansson, którzy są dobrzy w słowotwórstwie i rymowaniu, będą mieli pomysł na rozwiązanie problemu, nad którym się zastanawia tak wybitny tłumacz jak Anders.

Anders Bodegård, tłumacz Gombrowicza, Szymborskiej, Miłosza i Kapuścińskiego, jest legendą zarówno w Polsce, jak i w Szwecji, ale mało ludzi wie o tym, że wykształcił całą generację tłumaczy.
Anders przekonał mnie, żebym został tłumaczem. To od niego nauczyłem się najwięcej o tym, jak podchodzić do literatury, do tekstu, do języka, a nawet jaki powinno się mieć stosunek do ludzi. Anders nauczył mnie, jak stawiać na swoim, nie będąc przy tym agresywnym i autorytarnym.

Jesteś wiceprzewodniczącym szwedzkiego Związku Pisarzy i Tłumaczy, dzięki jego wieloletniej działalności sytuacja tłumaczy na szwedzkim rynku wydawniczym w oczach tłumaczy pracujących w warunkach polskich sprawia wrażenie raju. Co takiego zapewnia tłumaczom związek?
Przede wszystkim prężnie broni ich praw. Tłumacz zarabia tak mało, że nie może za każdym razem szukać porady prawnika, kiedy ma podpisać umowę z wydawnictwem. Dlatego związek pisarzy wraz ze związkiem przedstawicieli wydawców szwedzkich zawarł zbiorową umowę, w której określone są wszystkie zasady przekazywania praw na tłumaczone dzieło. Tłumacz, tak jak autor, przekazuje prawa autorskie na określony czas i pod określonymi warunkami. Umowa zbiorowa zawiera także zapis o minimalnej stawce honorarium za przekład, określa kary za niewywiązywanie się przez wydawnictwo ze zobowiązań i tak dalej.

Za nieumieszczenie na stronie tytułowej dzieła nazwiska tłumacza wydawnictwo musi mu wypłacić odszkodowanie w wysokości dziesięciu tysięcy koron. W umowie zapisane jest też, że wydawnictwo powinno zapłacić tłumaczowi za wykonane dzieło najpóźniej 14 dni od jego oddania. Co się dzieje, jeśli się spóźnia?
Tłumaczowi pomagają nasi prawnicy. Jednak związek nie zajmuje się oczywiście tylko takim sprawami. Mamy też Fundusz Pisarski, który rozdziela pomiędzy pisarzy i tłumaczy pieniądze z bibliotek szwedzkich – tantiemy od każdej wypożyczonej książki. Fundusz przydziela też różnego typu stypendia. Poza tym garstka najwybitniejszych szwedzkich tłumaczy ma do 70. roku życia gwarantowany przez nas dochód; jeśli nie zarobią określonej kwoty, fundusz dopłaca resztę. Teraz pracujemy nad tym, by polepszyć emerytury tłumaczy.

To jak jeszcze powiem, że w umowie zbiorowej zapisane jest, że wydawca, w ramach umowy na tłumaczenie książki, zobowiązany jest do wypłacenia pieniędzy za urlop wypoczynkowy tłumacza, to wszyscy będą chcieli tłumaczyć na szwedzki. A czym różni się szwedzki rynek wydawniczy od polskiego?
Mam wrażenie, że na polskim panuje w większym stopniu wolnoamerykanka i niewielu polskich autorów czuje, że mają za partnera stabilne wydawnictwo, które wie, czego chce, umie skutecznie promować książki i ma wciąż tych samych pracowników. Stabilność wydawnictw jest ważna, bo mało jest takich pisarzy, którzy stają się głośni zaraz po debiucie. Wydawnictwa muszą mieć cierpliwość, czekać na kolejne książki, to samo tyczy się tłumaczeń. Wydawnictwo, w którym pracowałem, dostało na przykład nagle ogromny zastrzyk pieniędzy po Noblu dla Mario Vargasa Llosy. Wcześniej przez dwadzieścia lat wydawało jednak przekłady książek tego autora w małych nakładach, na których niemal nic nie zarabiało. Inną różnicą między Polską a Szwecją jest sam dyskurs krytyczny, który także w Szwecji się kurczy, bo jest coraz mniej pieniędzy i miejsca na recenzje, ale jednak nadal panuje tu ładny zwyczaj, że wydawnictwo umawia się z prasą na dzień, od którego ukazują się recenzje danej książki, dzięki temu może ich się pojawić bardzo dużo w dość krótkim czasie. Tworzy się w ten sposób chór głosów na temat książki, dyskusja. W Polsce recenzji jest zbyt mało.

I zwyczajowo nie wspomina się w nich o jakości przekładu, podczas gdy w Szwecji komentarz na ten temat jest rzeczą oczywistą. Książka w przekładzie ma przecież w pewnym sensie dwóch autorów.
Tak, jeśli chodzi o wytłumaczenie roli tłumacza w Polsce, zostało jeszcze dużo do zrobienia. Inna rzecz, że Szwecja jest specyficzna, tu się naprawdę dużo czyta. W Polsce czytanie jest chyba coraz bardziej zjawiskiem subkulturowym, a siłą szwedzkiej literatury jest to, że do szerokiej klasy średniej trafiają nie tylko kryminały, ale też ambitne powieści.

W Szwecji po prostu nie wypada nie mieć czasu na czytanie. W Polsce jest inaczej, nawet wśród ludzi wykształconych.
No niestety. Choć z drugiej strony po wykładzie Wiesława Myśliwskiego na Kongresie Tłumaczy Literatury w Krakowie zacząłem myśleć, że może to nie jest tylko dowód na jakieś wtórne zacofanie. Myśliwski powiedział, że według niego siła literatury polskiej wywodzi się stąd, że większość Polaków bardzo późno zaczęła posługiwać się pismem. Język polski jest tak bogaty, bo do dwóch pokoleń wstecz był przede wszystkim językiem mówionym. Po tym wykładzie zastanawiałem się, dlaczego teatr ma w Polsce tak centralną pozycję, dlaczego na widowni widzi się tylu młodych ludzi. Może jest to potrzeba wspólnych przeżyć w podzielonym kraju, ale może ma to związek z tym, że Polakom bliższa jest kultura mówiona.

Dlaczego zdecydowałeś się stworzyć w Sztokholmie nowy międzynarodowy festiwal literacki? Przecież w ciągu roku odbywa się tu dużo spotkań z pisarzami, w tym doskonałe wywiady na Międzynarodowej Scenie Pisarzy, które zbierają widownię liczącą 500-600 osób, mimo że bilety na wieczory z pisarzami są droższe niż te do kina.
To prawda. Szwecja ma też ogromne targi książki w Goeteborgu, które są nieproporcjonalne do wielkości tego państwa. Sam od dziesięciu lat zajmuję się spotkaniami z pisarzami, w bardzo różnej formie: układałem programy, prowadziłem spotkania, tłumaczyłem, brałem w nich nawet udział jako współautor książki. Jako tłumacz wiem jednak, że w Szwecji potrzebne są nowe metody promowania dobrej literatury zagranicznej. Jakiś czas temu opublikowano raport Szwedzkiej Komisji Państwowej ds. Literatury, z którego wynika, że Szwedzi nadal dużo czytają, ale coraz mniej książek w przekładzie. Choć liczba książek tłumaczonych jest mniej więcej taka sama od lat 60. Ta zmiana nastąpiła w ciągu ostatnich dziesięciu lat, czyli w czasie, gdy cały świat zainteresował się najpierw szwedzkim kryminałem, a potem dobrą szwedzką powieścią. Skoro więc cały świat czyta szwedzkie powieści, to i Szwedzi przestali czytać powieści z innych części świata. Chciałbym jednak, żeby szwedzkie wydawnictwa miały odwagę wydawać na przykład książki autorów z Korei czy Ekwadoru. Stanie się to łatwiejsze, jeśli będą wiedzieć, że ktoś pomoże im potem dotrzeć do czytelników. Nasz nowy festiwal ma interdyscyplinarny charakter i odbywa się w Muzeum Sztuki Nowoczesnej w Sztokholmie. Wśród gości będziemy mieć zawsze jedną trzecią gwiazd i dwie trzecie nowych twarzy. W tym roku gwiazdami były nigeryjsko-amerykańska pisarka Chimamanda Ngozi Adichie i typowana do Nobla białoruska reporterka Swietłana Aleksijewicz.

Kończysz tłumaczyć „Drwala” Witkowskiego. Co potem?
Marzę o przełożeniu opowiadań Iwaszkiewicza. Tłumacząc rzeczy współczesne, pracuję pod presją wydawnictw, a nie jestem szybkim tłumaczem. Po przełożeniu „Drwala” chciałbym zająć się „Brzeziną”, „Pannami z Wilka” i jeszcze kilkoma opowiadaniami, i pracować nad nimi długo, choćby i dwa lata. Iwaszkiewicz w zasadzie nie istnieje w świadomości Szwedów, więc będę też chciał coś o nim napisać i może przetłumaczyć jego eseje o literaturze szwedzkiej z tomu „Szkice o literaturze skandynawskiej”. Znał dobrze duński, więc także literaturę szwedzką czytał w oryginale i jego spojrzenie na nią jest bardzo ciekawe.

Czy Szwecja i Polska, tak bliskie sobie geograficzne i tak odległe kulturowo, mają ze sobą coś naprawdę wspólnego?
Na pewno peryferyjność. Szwecja, tak jak Polska jest w Europie, ale zarazem trochę poza nią. Stosunek Szwedów do Europy nie jest aż tak rozdwojony, jak na przykład stosunek Rosjan. A jednak dla Francuza czy Holendra pytanie o to, w jakim stopniu jego kraj należy do Europy, nie jest żadną kwestią, a dla Szweda może być istotne. Podobnie jak dla Polaka czy Serba.
 

Cykl tekstów wokół tłumaczeń i tłumaczy publikowany jest we współpracy z Instytutem Kultury Miejskiej w Gdańsku – organizatorem Gdańskich Spotkań Tłumaczy Literatury „Odnalezione w tłumaczeniu”.