Wyrywanie wątroby
rys. Xoan Baltar / Flickr CC

Wyrywanie wątroby

Rozmowa z Michałem Kłobukowskim

Wielu książek nie chciałem tłumaczyć, żeby nie spędzać w świecie wyobraźni ich autorów długich miesięcy. Coetzee jest moim pisarzem, ale z przykrością wchodzę w jego szary, bezkrwisty świat

Jeszcze 5 minut czytania

ZOFIA ZALESKA:Przyszłym językiem Europy jest przekład” – głosił dwadzieścia lat temu Umberto Eco. Od tamtej pory pojawiły się publikacje na temat teorii przekładu, poświęcone mu seminaria i kierunki uniwersyteckie, tłumacze dostają nagrody i wyjeżdżają na stypendia – sytuacja tłumaczy nigdy nie była lepsza?
MICHAŁ KŁOBUKOWSKI: Rzetelnie potrafię powiedzieć tylko, czy moja sytuacja się zmieniła i jak, a na ile można to uogólniać – trzeba by się zastanowić. To, że sytuacja tłumacza się poprawiła, wydaje mi się co najmniej nieoczywiste. Może tu i ówdzie tak – jeśli brać pod uwagę stypendia, nagrody i te wszystkie miłe rzeczy, które pani wymieniła – ale ja mam wrażenie, że przekład jako sztuka upada. Co nie znaczy, że już nigdy się nie podniesie, i że w tym upadku nie ma chwilowych wzlotów. 

Kiedyś było inaczej?
W PRL-u cykle wydawnicze były długie, nad książką pracowało się kilka lat, terminy były odległe, od korekty do korekty mijały długie miesiące, a na koniec książka leżała jeszcze w wydawniczych szufladach. To nie były dobre czasy, ale miały tę zaletę, że nie było pośpiechu. Natomiast w tej chwili, po pierwsze – pośpiech jest wszechobecny, a po drugie – wszyscy tłumaczą. Za każdym razem, kiedy słyszę, że jakaś gazeta znowu zwolniła dwieście osób, myślę: no tak, teraz połowa z nich pójdzie tłumaczyć z angielskiego, bo uważają, że potrafią, a co gorsza, większość wydawców też tak uważa. 

Michał Kłobukowski / fot. Agata Tomaszewska

Dawniej zawód tłumacza literatury był bardziej zamknięty?
Tak. Ja sam przez długi czas trwałem w przekonaniu, że bardzo trudno jest zostać tłumaczem literackim. Kiedy zacząłem współpracować z czasopismami, wyobrażałem sobie, że miną lata, zanim dostanę pierwszą książkę do zrobienia. W moim przypadku stało się to znacznie szybciej, ale znałem kilka osób ze swojego pokolenia, które niekoniecznie z braku talentu, ale po prostu z powodu braku zapotrzebowania na aż tylu tłumaczy, musiały zająć się czymś innym. Dziś obowiązuje zasada, że jeśli ktoś zna język (niekoniecznie bardzo dobrze), ma chęć i zapał, albo po prostu został bez pracy, a wydawca akurat potrzebuje kogoś, kto przetłumaczy coś szybko i niedrogo, to zostaje tłumaczem. 

To właśnie w tym umasowieniu zawodu upatruje pan przyczynę upadku sztuki przekładu?
Dzieje się tak z bardzo wielu powodów. Na pewno w znacznym stopniu winę za to ponosi zbytnia dostępność zawodu i nierzetelność wydawców. Poza tym panuje też ogólny upadek języka. Prawdopodobnie wynika to z tego, że czytamy coraz szybciej i coraz niechlujniej. Człowiek pisze mail i blog – albo co gorsza maila i bloga – i nikt tych tekstów po nim już nie poprawia, więc trafiają do czytelników w takiej formie, w jakiej spadły z palców na klawiaturę. Coraz bardziej nas to uodparnia na niechlujny i bylejaki język.

Michał Kłobukowski

ur. 1951; tłumacz literatury amerykańskiej i angielskiej, poeta. Studiował filologię angielską w Warszawie 1970-71 i w Poznaniu 1973-75. Tłumaczeniem zaczął się zajmować w 1988 roku. Otrzymał główną nagrodę Stowarzyszenia Tłumaczy Polskich za przekład literacki 1991 roku („Wielkomilud” Roalda Dahla i „Na południe od Brazos” Larry’ego McMurtry’ego) oraz wyróżnienie International Board of Books for Young People 1991 za przekład „Wielkomiluda” Roalda Dahla. W 2002 roku przyznano mu nagrodę „Literatury na Świecie” za nowy przekład „Lorda Jima” Josepha Conrada i nagrodę ZAiKS-u za całokształt twórczości translatorskiej.

Oczywiście nonszalancja też bywa w literaturze potrzebna. Jednym z kardynalnych błędów starszych tłumaczy było pedantyczne, polonistyczne tłumaczenie wszystkiego – nawet jeśli oryginał został napisany w pijanym widzie i wszyscy bohaterowie byli lumpami, to w przekładzie mówili jak profesorowie. Tak więc niechlujstwo czasem bywa wręcz wskazane, ale sęk w tym, że dziś najczęściej jest niezamierzone.

Poza tym absolutnym zabójstwem dla każdej sztuki jest pośpiech i krótkie terminy. Wydawca najchętniej dziś podpisałby umowę z agentem, a już nazajutrz miał gotowy przekład, żeby książka szybko przynosiła zysk. Oczywiście zdarzają się szlachetne wyjątki. Zbyt częste są jednak sytuacje, że na ekrany wchodzi filmowa adaptacja książki, albo autor dostał nagrodę, albo po prostu książka musi być w księgarniach przed Gwiazdką – i nawet misterną prozę tłumaczy się w pośpiechu. 

Zdarzało się to panu?
Tak, sam parę razy w życiu podjąłem się czegoś takiego, bo zależało mi na książce. Miałem ochotę ją przetłumaczyć i robiłem to w trzy miesiące, wściekając się, że nie mam roku. Wychodziło w miarę przyzwoicie, ale gdybym miał więcej czasu, zrobiłbym to lepiej. Jeśli jednak taka książka trafiłaby do kogoś bardziej niefrasobliwego, czytelnicy dostaliby kolejny prezent w postaci marnego przekładu. Tak tworzy się błędne koło, które nakręca psucie języka – im więcej złych przekładów, tym więcej następnych złych przekładów i w ogóle byle jak napisanych tekstów. To niechlujstwo nie jest związane z nadejściem młodego pokolenia tłumaczy, zdarza się też ludziom bardzo doświadczonym. Coraz więcej osób wykształconych posługuje się językiem z klocków („robi się grubszy” zamiast „grubieje”) i używa skundlonych idiomów. Czytałem niedawno, że ktoś kogoś „pobił na łeb, na szyję”, zamiast „na głowę”. I tak dobrze, że nie „na złamanie karku”.

Jedną z niewielu zmian na korzyść jest rosnące poczucie humoru językowego. Nie wykluczam, że przysłużył się temu komputerowy ortograf, potocznie zwany (niestety także przeze mnie) spelczekerem. Jeśli raz po raz niechcący popełniamy takie tworki, jak „niepodległowsiowy” zamiast „niepodległościowy”, prędzej czy później zaczynamy świadomie się nimi bawić. 

Poezją jest to, co przepada w tłumaczeniu”mówił Robert Frost. Co umyka w tłumaczeniu?
Wiele rzeczy, choć wciąż zdarzają się przekłady lepsze niż oryginał. Najczęściej świadczy to o tym, że był on językowo nieporadny. Każdy pisarz, który jest cokolwiek wart, stara się przynajmniej chwilami pisać tak, jak nikt przed nim. Używa śmiałej składni, nieoczekiwanych zestawień słów, szuka indywidualnego języka. Potem pojawia się tłumacz, a trzeba pamiętać, że nawet najbardziej utalentowany tłumacz zazwyczaj jest większym konserwatystą językowym niż autor. Dlatego nawet przy najlepszych chęciach w przekładzie przeważnie następuje mniejsze lub większe spłaszczenie stylistyczne w stosunku do oryginału. Potem pojawia się redaktor, który jest jeszcze bardziej zachowawczy językowo – nie bez powodu pewni ludzie zaczynają pisać, inni tylko tłumaczą, a jeszcze inni tylko redagują. To jest kwestia psychologiczna, kwestia pewnej śmiałości, wzięcia odpowiedzialności za słowo i powiedzenia: ja to tak właśnie napisałem. Na końcu przychodzi korektor i jeszcze bardziej wyprasowuje tekst, jeśli mu się tego nie udaremni. 

Przez długie lata panowało przekonanie, że autor przekładu powinien być niewidzialny i dawać czytelnikom złudzenie obcowania z oryginalnym tekstem.
Tak było, ale prawdę mówiąc nie bardzo rozumiem, na czym ta niewidzialność miałaby polegać. Gdyby ktoś przetłumaczył trzydzieści książek różnych autorów i wszystkie byłyby napisane taką samą, bardzo neutralną polszczyzną, to by znaczyło, że on właśnie jest widzialny, bo umie pisać tylko jednym językiem i tłumaczy nim wszystkich – i Hemingwaya, i Nabokova, i poezje. Tłumacz jest trochę takim stroicielem instrumentu, przez który tekst ma być słyszany, w jego pracy nie da się wykluczyć elementu subiektywnego. Oczywiście nie mówię tu o przypadkach skrajnej samowolki – opuszczaniu fragmentów tekstu, bo się tłumaczowi nie podobają, lub dopisywaniu zdań, bo tłumacz uważa, że czegoś w tekście brakuje. Jeśli książka nie jest podrzędnym czytadłem, które można przełożyć niemal bez czytania, to tłumaczowi do pracy zawsze niezbędna jest wyobraźnia, a to wyklucza niewidzialność. 

Choćby nie krytykował pracy poprzedników wprost, tłumacz ogłasza (...) swój nowy przekład tylko wtedy, gdy pierś mu nadyma zarozumiała pewność, że jego własny wytwór jest lepszy”pisał przed laty w swym translatologicznym manifeście Stanisław Barańczak. „Potrafię lepiej (niż inni tłumacze), Potrafię nie gorzej (niż autor)” – to według Barańczaka najszczersza odpowiedź na pytanie o motywy działania dobrego tłumacza. Zgadza się pan z tym?
Przekłady Barańczaka są zazwyczaj bardzo swobodne i zdecydowanie autorskie. W jego przypadku ta metoda się sprawdza – większość tego, co przetłumaczył, jest znakomita i brzmi. On w młodości, o ile dobrze pamiętam, grał na trąbce – i to słychać w jego przekładach. Jednak w tłumaczeniu bywa zbyt arogancki. Czasem pisze po prostu własny utwór obok oryginału, kompletnie nie przejmując się tym, o co chodziło autorowi, i zupełnie zmieniając zastaną formę. Zgodziłbym się z Barańczakiem, ale z paroma zastrzeżeniami: nie należy dla samej ambicji – głównie z potrzeby rozwiązania łamigłówki – brać się do tekstów, których się nie czuje. Chęć pokazania, że potrafi się lepiej niż inni, nie powinna być dominującą, a już na pewno nie jedyną motywacją tłumacza. Ideałem byłoby, gdyby tłumacz podchodził do książki z nastawieniem, które dobrze obrazuje pewne zdanie Boba Dylana, który powiedział kiedyś po wysłuchaniu czyjejś piosenki: I would like to have written it myself – „żałuję, że sam tego nie napisałem”. Przy jego nadzwyczaj wysokim mniemaniu o sobie był to wielki komplement. 

Pod koniec lat 90. przygotował pan nowy przekład „Lolity” Nabokova. Czy decyzja, aby zająć się tą powieścią, miała jakiś związek z wcześniejszym, kontrowersyjnym przekładem Roberta Stillera?
Lolita” w przekładzie Stillera ukazała się w 1991 roku nakładem wydawnictwa PIW. Pamiętam, że byłem w księgarni PIW na Foksal i wszedł jakiś osobnik, pytając, czy jest „Lolyta”. Otóż Stiller zrobił właśnie „Lolytę”. Ale wtedy nikt go nie krytykował. Pierwszą krytyczną recenzję jego przekładów opublikował Henryk Dasko na łamach „Ex Librisu”. Ja w tym czasie miałem już przetłumaczone „Prawdziwe życie Sebastiana Knighta” Nabokova i bardzo chciałem zrobić coś jeszcze. Przekład Stillera mi się nie podobał, ale nie marzyłem o pracy nad „Lolitą”, nie była moją ulubioną powieścią Nabokova. Byłbym wolał przetłumaczyć „Transparent Things”, czyli w ówczesnym tłumaczeniu „Przejrzystość rzeczy”. Gdy jednak pojawiła się propozycja tłumaczenia „Lolity”, poczułem, że Nabokovowi się nie odmawia. 

Lolita” to niejedyny przypadek, gdy dokonał pan kolejnego przekładu słynnej książki.
Zgadza się. Od tamtej pory przetłumaczyłem jeszcze kilka książek, które miały wcześniejsze przekłady, między innymiLorda Jima”. Drugi czy trzeci przekład wydawca zamawia zwykle wtedy, gdy chodzi o książkę szczególnie ważną. Z jednej strony sprawia to niewątpliwą satysfakcję, a z drugiej krępuje. Od pierwszej chwili czuję, że ktoś mi patrzy na ręce, i nawet gdy przeżywam książkę bardzo osobiście, nie jest to dla mnie tak prywatna rozmowa z autorem, jak w przypadku utworów mniej dostrzeganych. Z tego punktu widzenia najmilej byłoby tłumaczyć książki niszowe. 

Nabokov w „Sztuce przekładu” wygłasza bezwzględne uwagi o nieudolnych tłumaczach, których określa mianem partaczy, beztalenci i szkodników. „Ani wiedza, ani pracowitość nie zastąpią wyobraźni i wyczucia stylu” – ani erudyta, ani wyrobnik nie poradzą sobie w roli tłumacza tak dobrze, jak zrobi to pisarz i poeta – notował. I jak tu tłumaczyć Nabokova?
Obcowanie z dowcipną, powściągliwie zmysłową, finezyjną prozą Nabokova jest warte ryzyka. Kiedy pracowałem nad „Lolitą” i „Bladym ogniem”, nie czułem się jeszcze tak pewnie w tłumaczeniu jego książek jak dziś. Nabokov pisze językiem bardzo zdolnego, wręcz genialnego cudzoziemca. W pewnym momencie uświadomiłem sobie, że jest on dla mnie może nie łatwym, ale na pewno nie najtrudniejszym spośród tłumaczonych autorów. 

Kto sprawia więcej kłopotu?
Na przykład Don DeLillo. Nabokov w porównaniu z DeLillo, nie jako pisarz, ale jako materiał do tłumaczenia, jest bez porównania łatwiejszy. To jest przede wszystkim zupełnie inny pomysł na literaturę. DeLillo używa wielu wyrażeń slangowych, konstruuje zdania-koany, które trzeba kilkakrotnie demontować i składać z powrotem. To wybitnie inteligentny człowiek, myślący po amerykańsku wieloma rozmaitymi dialektami. Nabokov pisze językiem bardzo bogatym, ale swoim. Wszystko u niego podszyte jest słowiańszczyzną, jego język zawiera bardzo mało idiomów, nie spotkamy w nim slangu. Dla polskiego tłumacza język Nabokova jest mniej zagadkowy, choć oczywiście też pełen swoistych łamigłówek. To samo można powiedzieć o Brodskim, a nawet o Conradzie. Wszystko to byli Słowianie piszący po angielsku. 

Czym się pan kieruje, wybierając książki do tłumaczenia?
Bywa z tym bardzo różnie. Nabokov był zdecydowanie moim pisarzem wybranym. „Lord Jim” przyszedł do mnie nieco poniewczasie. Na pewnym etapie życia czułem, że mam z tą książką jakąś sprawę do załatwienia, ale kiedy już usiadłem, żeby ją tłumaczyć, okazało się, że sprawa nie jest już tak paląca. Niestety, większość z tego, co przetłumaczyłem, to były propozycje wydawców. Czasem były to mniej lub bardziej małżeństwa z rozsądku, czasem związki aranżowane, ale bardzo udane, jak choćby w przypadku „Strzały czasu” Martina Amisa. 

A jak było z Coetzeem? Przetłumaczył pan aż cztery jego powieści, w tym „Hańbę”.
Z Coetzeem to był akurat przypadek. Nie będę udawał, że „Hańba” mnie zachwyciła. Teraz jestem już z tą książką bardzo zżyty, ale musiałem pokonać duży opór, żeby ją zrobić, i absolutnie nie spodziewałem się takiego sukcesu. Coetzee jest dla mnie pisarzem nieprzyjemnym, nieszczęśliwym protestantem, mimo że nie pochodzi z bardzo religijnej rodziny. To pisarz wiecznie udręczony i właściwie bez poczucia humoru. Dopiero w ostatniej tłumaczonej przez mnie książce („Zapiski ze złego roku”) zauważyłem, że próbuje być chwilami zabawny i to mu się – o dziwo – udaje. Dla mnie Coetzee jest zupełnie niezmysłowy, z przykrością wchodzę w jego szary, bezkrwisty świat. W jego prozie wprawdzie krew się leje, ale i ona jest jakaś taka szara. Coetzee gra wciąż na jednej strunie. Ale trzeba przyznać, że potrafi wygrać na niej bardzo wiele rzeczy. Poza tym z jego charakterystycznym cierpiętnictwem potrafię niestety wpaść w rezonans. W jakimś sensie to jest mój pisarz, rozumiem go nawet bardziej niż bym chciał, i dlatego praca nad jego tekstami jest dla mnie przykra. 

Czy są jakieś książki, które chciałby pan przełożyć?
Jest kilka takich książek, ale niestety nikt ich nie chce wydać. Ostatni raz proponowałem książkę trzy lata temu i skończyło się to tym, że wydawca jej wydać nie zechciał, a egzemplarz książki mi zgubił. Ostatni raz przyjęto moją propozycję jakieś dziesięć lat temu. 

Co to było?
Żółwi dziennik” Russella Hobana. Jest jeszcze co najmniej jedna powieść tego autora, którą chciałbym przełożyć, ale wymaga ona dużo pracy. Musiałbym mieć sporo czasu, odległy termin, czyli musiałoby się to zdarzyć w jakimś lepszym świecie. Zdarzają się też sytuacje, kiedy żałuję, że to nie ja dokonałem jakiegoś przekładu. Kilka lat temu wydawnictwo Media Rodzina wydało nowy, bardzo niezgrabny przekład „Księgi dżungli” z genialnymi ilustracjami Józefa Wilkonia. Dla mnie ta książka jest tak ważna, jak „Kubuś Puchatek”, a nawet ważniejsza, bo to właśnie na „Księdze dżungli” się wychowałem. Nigdy nie marzyłem o tym, aby ją przetłumaczyć, wolałem po prostu inne książki. Gdy jednak zobaczyłem to piękne wydanie z fantastycznymi ilustracjami Wilkonia, odezwał się we mnie społecznik. Uważam, że jeśli ktoś postanowił znowu wydać tę książkę, można to było zrobić choć trochę lepiej. Poczułem żal, że się tym sam nie zająłem, że szansa się zmarnowała, bo teraz pewnie minie następne pięćdziesiąt lat, zanim ktoś znowu to przełoży. Jeśli w ogóle kiedykolwiek się to stanie, bo to już chyba nie będzie literatura na koniec XXI wieku 

Przetłumaczył pan za to inną książkę dla dzieci – „Wielkomiluda” Roalda Dahla. W oryginale tytułowy olbrzym nazywa się BFG („Big Friendly Giant”) – pan wymyślił Wielkomiluda, a potem całą galerię innych olbrzymów m.in.: Kościochrupa, Ludodława i Rzezikozika.
Wielkomilud” to była pierwsza – i prawie jedyna – w moim życiu zawodowym książka, którą zdecydowałem się tłumaczyć, zanim jeszcze skończyłem ją czytać. Od momentu pojawienia się tytułowego olbrzyma zaczynają się łamańce językowe. Czytając książkę Dahla w oryginale, od razu miałem pomysły, jak je przekładać – pierwszą wersję tłumaczyłem a vista, nie zaglądając nawet, co będzie się działo na dalszych stronach. Oczywiście potem czytałem i poprawiałem ją wielokrotnie. Początkowo dość niewolniczo trzymałem się oryginału i wszędzie tam, gdzie u Dahla jest jakiś łamaniec, też starałem się coś przeinaczyć. W końcu jednak zorientowałem się, że nie tędy droga, bo angielski i polski mają swoją specyfikę, jeśli chodzi o takie językowe zabawy. Jeśli dobrze się przyjrzymy, to zauważymy, że każdy z tych języków ma stawy – jak ludzkie kończyny. One się jakoś zginają, mają określoną elastyczność. Jeśli przyjrzymy się jeszcze lepiej, to dostrzeżemy, że każdy z nich ma jeszcze stawy ukryte, które pozwalają wyginać go w różne dodatkowe, często nieoczekiwane strony. W polskim i angielskim te stawy są w innych miejscach. I pracując nad „Wielkomiludem”, szedłem za językiem – tam, gdzie po polsku aż prosiło się, żeby coś wymyślić, wymyślałem, a tam, gdzie język polski stawiał zdecydowany opór, tłumaczyłem dosłownie, dbając jednak o to, aby zachować równowagę, by w przekładzie znalazło się mniej więcej tyle samo dziwnych i zabawnych sformułowań, co w oryginale.

Jakie jeszcze trudności czyhają na polskiego tłumacza w języku angielskim?
Angielski – inaczej niż polski ­– jest bogaty w słowa jednosylabowe. Dlatego bardzo trudno tłumaczy się z angielskiego na polski poezję, piosenki czy dramaty. Pierwotnie wartki dialog w polskim przekładzie często staje się rozwlekły i tracimy przez to cały rytm wypowiedzi. Tłumacz zwykle wybiera kompromis – chcąc zachować zwartą formę, musi zgubić coś z treści. W ciągu ostatnich kilkunastu lat pojawiła się też nowa trudność związana z angielskim, której kilkadziesiąt lat temu nie było. Coraz więcej języków na świecie, w tym także polski, ulega zapapraniu przez angielski. Wielu młodych Polaków, zwłaszcza w potocznej rozmowie, raz po raz wtrąca słowa angielskie lub kalki z angielskiego. Już prawie wszyscy przeszli na angielskie następstwo czasów i bardzo się dziwią, kiedy im się mówi, że można inaczej. Nie wiem, jak poloniści w szkołach podstawowych objaśniają zasadę podmiotu domyślnego. Sądząc po efektach, pewnie sami już jej nie znają. Ja w swoich przekładach słów angielskich zostawiać nie mogę, a stosować składniowych anglutów sumienie mi nie pozwala. Więc powiedziałbym, że przy tłumaczeniu z angielskiego pojawiają się wszystkie te same trudności, co przy tłumaczeniu z innych języków, ale dochodzi do nich jeszcze fakt, że angielski wdziera się w inne języki. 

Sam też chyba ponosi tego konsekwencje?
Tak, ugina się pod tym brzemieniem. Przez to, że coraz więcej nie-Anglosasów mówi i pisze po angielsku, pojawia się na świecie dużo tekstów powiedzianych i napisanych złą angielszczyzną. Jeśli posłucha pani Euro News i BBC, zorientuje się pani, że w tej pierwszej stacji słychać zupełnie inny angielski, bardzo często sztywny i nienaturalny. Do niedawna miałem taki zwyczaj, że jeśli nie podobał mi się polski przekład książki tłumaczonej z innego języka niż angielski, to ją sobie sprowadzałem w wersji angielskiej. W zeszłym roku trafiłem na angielski przekład Michela Houellebecqa, którego zresztą nigdy po polsku nie czytałem. Zaczynało się bardzo zachęcająco, więc kupiłem. Szybko zorientowałem się, że książka została napisana bardzo słabym angielskim, jest niezredagowana, niedopracowana i wygląda jak przeciętny przekład na polski. Nigdy wcześniej aż tak się nie rozczarowałem.

Aktor wchodzi w role i na pewien czas staje się odgrywanym przez siebie bohaterem, a tłumacz? Czy zaczyna myśleć – dajmy na to – Nabokovem? Czy po książce zostaje blizna?
Można tak powiedzieć. Ta blizna nie zawsze jest bolesna. Na przykład ta po „Wielkomiludzie” jest bardzo przyjemna. Bywa też inaczej – pamiętam, że podczas czytania ostatnich korekt „Strzały czasu” Amisa przez kilka nocy miałem koszmarne sny. Bardzo wielu książek nie chciałem robić, bo opisywały koszmarne światy. Były to często powieści, które mogłem czytać z przyjemnością, albo po prostu bez przykrości, ale nie chciałem spędzać w świecie wyobraźni ich autorów długich miesięcy. Praca tłumacza zakłada, że wpuszcza się do własnej głowy cudzy świat, bez tego przekład nigdy nie będzie dobry. Być może także dlatego tak wiele jest słabych przekładów, że ich twórcy nie wpuszczają powieściowych światów do swoich głów, lub robią to tylko powierzchownie. A jeśli ma być spełniony postulat, o którym wcześniej wspominałem – wyrażony przez słowa Boba Dylana – to tłumacze muszą pisać sobą. 

Muszą się odsłonić?
Tak, a nawet zrobić coś więcej. W jednym z moich wczesnych tłumaczeń czarownica grozi któremuś z bohaterów, że wyrwie mu wątrobę i nakarmi nią harpię. Ktoś na to odpowiada, że jej magia to oszustwo, bo aby robić prawdziwe czary, trzeba sobie samemu wyrwać wątrobę. To bardzo dobrze powiedziane, genialni pisarze zwykle tak właśnie robią. Oczywiście pokazywanie wnętrzności nie gwarantuje literackiego sukcesu, niektórzy zupełnie niepotrzebnie sobie tę wątrobę wyrywają. Ale coś podobnego powinien właśnie zrobić tłumacz – jeśli pracuje nad ważną książką, musi w nią wleźć i pozwolić, żeby ona wlazła w niego. Może to być wspaniała przygoda – szczególnie jeśli ma się czas i współpracuje z dobrym wydawcą i redaktorem. Niestety dziś takie przygody zdarzają się rzadziej.