LELÓW: Gęstość prowincji
chiaralily CC BY-NC 2.0

29 minut czytania

/ Obyczaje

LELÓW: Gęstość prowincji

Rozmowa z Mirosławem Skrzypczykiem

Interesuje mnie nie tylko studiowanie tego, co było, ale również dokonywanie zmiany. Szkoła ciągle ma ogromną siłę, wierzę w moc nauczyciela i humanistyki. Do nas, polonistów, należy język

Jeszcze 7 minut czytania

ZOFIA ZALESKA: Urodził się pan tutaj, w Lelowie?
MIROSŁAW SKRZYPCZYK: Tak. Dom, w którym rozmawiamy, to dom rodzinny mojej żony, ja dorastałem dwa kilometry stąd, w miejscowości Staromieście, czyli w starym Lelowie. Chodziłem do szkoły podstawowej dwieście metrów stąd. Pobliskie Szczekociny znam nieco gorzej, bo to świat, do którego przyjechałem po studiach – od lat pracuję jako nauczyciel języka polskiego w szczekocińskim zespole szkół.

Poza uczeniem w szkole bada pan też historię lelowskich i szczekocińskich Żydów. Polsko-żydowskie relacje to wciąż trudny temat, może szczególnie w mniejszych miejscowościach. Dlaczego się pan nim zajął?
To prawda, na wsi, choć nie tylko tu, ten temat obrósł masą stereotypów i uprzedzeń. Gdy zaczynałem badać historię okolicy, zdawałem sobie sprawę, że będę naznaczany i etykietowany. Wydawało mi się jednak, że konfrontacja z przeszłością jest moim obowiązkiem. Jeśli ktoś jest polonistą, jak ja, to cały czas obcuje z żydowskimi tematami, one są po prostu stale obecne w kulturze polskiej. Na studiach polonistycznych w Łodzi czytałem m.in. Singera, Schulza czy Stryjkowskiego i bardzo ciekawiły mnie ich światy, ale po powrocie do domu uświadomiłem sobie, że mam koło siebie Żydów bliskich, to znaczy Żydów z Lelowa. Wciąż są tu ich duchy, zatarte ślady obecności.
Nigdy jednak bym nie dostrzegł ukrytych tu historii, gdybym nie wyjechał na studia do innego miasta. Zainteresowanie tematami żydowskimi zawdzięczam też na pewno mojej mistrzyni – profesor Alinie Kowalczykowej.

W pana domu rodzinnym mówiło się o Żydach, którzy przed wojną mieszkali w Lelowie?
Dowiedziałem się o nich dzięki pocztówkom. Na święta Bożego Narodzenia i na Wielkanoc do mojego ojca przychodziły tajemnicze kartki z życzeniami, wyróżniały się spośród innych, bo nie było na nich symboli religijnych. Uwielbiałem je oglądać i wiedziałem, że ich nadawcą jest Henryk Szaniawski. Zapytałem rodziców, kim jest autor kartek, a oni odpowiedzieli, że to Heniek, a zaraz potem dodali: to znaczy Chaim Środa. Był Żydem lelowskim, który mieszkał w Warszawie, mój dziadek pomagał mu w czasie wojny. Mój dziadek, Kazimierz Skrzypczyk, był rolnikiem, zajmował się też handlem, cieszył się w okolicy poważaniem. Dorastałem w tym samym domu, w którym dziadek mieszkał z rodziną w czasie wojny. Dopytywałem o szczegóły, ale rodzice niewiele więcej mi wtedy powiedzieli. Dopiero po wielu latach poznałem historię Chaima Środy – Henryka Szaniawskiego. Był jednym z siedmiu albo sześciu – nie znamy dokładnej liczby – Żydów lelowskich, którzy przeżyli Zagładę. W Lelowie przed wojną mieszkało około pół tysiąca Żydów, stanowili połowę mieszkańców miasteczka. Wśród ocalałych byli Henryk Szaniawski-Chaim Środa i Abraham Klobucki, który po wojnie mieszkał w Izraelu. Szaniawski został w Polsce i utrzymywał kontakt z Polakami, którzy pomagali mu w czasie wojny. Dla tych, którzy ukrywali go najdłużej, wystarał się o medale Sprawiedliwych wśród Narodów Świata. Ale jak sam wielokrotnie mówił  – m.in. w nagraniu dla fundacji spielbergowskiej – do uratowania mu życia przyczyniło się dużo osób, wśród nich wymieniał również mojego dziadka. Szaniawski ukrywał się w bardzo wielu miejscach na terenie Lelowa i w okolicach. Z tego, co wiem, w naszym domu przebywał krótko, dostawał od dziadka jedzenie, ubrania. Po wojnie odwiedzał naszą rodzinę.

Mirosław Skrzypczyk

Nauczyciel języka polskiego w Zespole Szkół w Szczekocinach, animator kultury zaangażowany w przywracanie pamięci o historii i dziedzictwie Żydów z Lelowa i Szczekocin. Prezes Lelowskiego Towarzystwa Historyczno-Kulturalnego im. Walentego Zwierkowskiego, koordynator licznych projektów edukacyjnych i artystycznych poświęconych tematyce żydowskiej, uczestnik programu Liderzy Dialogu prowadzonego w ramach Forum Dialogu. Współtwórca i organizator m.in. Szczekocińskiego Festiwalu Kultury Żydowskiej i corocznego „Święta Ciulimu-Czulentu” w Lelowie. Organizator sesji popularnonaukowych, spotkań polskiej i izraelskiej młodzieży oraz kursów dla nauczycieli. Autor licznych publikacji na temat lelowskich i szczekocińskich Żydów. Laureat odznaczenia „Chroniąc pamięć” (2011), Nagrody im. Księdza Stanisława Musiała (2014), wyróżniony w konkursie Nagroda POLIN (2016).

Poznał go pan?
Tak, ale już jako dorosły człowiek. Podczas jego wizyt w naszym domu nigdy się z nim nie spotkałem, poznałem go w Domu Kultury w Lelowie, gdy już uczyłem w szkole w Szczekocinach. Do budynku tego Domu Kultury prowadzą schody – to były najdłuższe schody w moim życiu, bo gdy szedłem na spotkanie z Szaniawskim, nogi trzęsły mi się jak galareta. Wiedziałem, że wejdę na górę, przedstawię się, a on zareaguje na moje nazwisko. Zakładałem, że powinien zareagować dobrze, ale nie byłem pewien – wtedy nie znałem jeszcze jego historii, nie znałem wspomnianego nagrania, wiedziałem za to, jak dużo jest nieprawdziwych opowieści o pomaganiu Żydom, że historia tej pomocy bywa głęboko skłamana. Szaniawski spojrzał na mnie, upewnił się, że jestem synem Janka i wnukiem Kazika, a potem powiedział, że mój dziadek był dobrym człowiekiem. Gdy to usłyszałem, dosłownie opadłem na stojący obok fotel. To była jedna z najbardziej emocjonujących chwil w moim życiu. To spotkanie przyczyniło się również do mojego zainteresowania tematyką żydowską. W gruncie rzeczy, i z zachowaniem wszelkich proporcji, robię trochę to, co mój dziadek: pomagam.

Słyszał pan też inne, mniej pozytywne opowieści z tamtych czasów?
Tak, zresztą i historia ukrywania się Szaniawskiego w Lelowie ma swoje ciemne strony. Znam opowieść o tym, jak w dniu wyzwolenia do naszego domu wpadli partyzanci, którzy chcieli zabić Chaima Środę. Przeżył, bo został schowany za drzwiami przez Leona Pokorskiego, który pomagał w domu dziadka. Potem uciekł przez ogród pod ostrzałem partyzantów. Znał ludzi, którzy przyszli go zabić, znał ich także mój dziadek. Oni zaś wiedzieli, że znajdą go w tym domu. Takie historie wydarzały się wówczas w wielu miasteczkach w Polsce, w miejscach, gdzie wszyscy wszystkich znają i wszyscy są w jakiś sposób w przeszłość uwikłani. Na wsi wszystko dzieje się w bardzo zagęszczonej przestrzeni, zdarzały się tu rzeczy wielkie i małe, straszne i piękne. Tych strasznych było niestety więcej. Po wojnie ludzie musieli nadal żyć obok siebie, układać sobie relacje i radzić z pamięcią wojennych wydarzeń. W małych miejscowościach wie się wszystko o wszystkich. Nie mówi się o tym głośno, ale każdy wie, kto mieszkał kiedyś w jego domu lub chodził po pobliskiej ulicy. Pamięć o Żydach przez lata była nieobecna w narracji publicznej, ale trwała w pamięci prywatnej, rodzinnej. Kiedy razem z uczniami zaczęliśmy tworzyć w Szczekocinach archiwum historii mówionej, zorientowałam się ze zdumieniem, jak wiele ludzie pamiętają. Wcale nie miałem zamiaru pytać najstarszych mieszkańców wyłącznie o sprawy związane z Żydami, bałem się wręcz, aby przez moją obecność ten temat nie zdominował rozmowy. Okazało się jednak, że ludzie mają po prostu ogromną potrzebę mówienia o tym, uwolnienia się od prywatnej pamięci związanej z poczuciem winy i obojętnością, uwolnienia się od wiedzy, którą zostali w różny sposób naznaczeni, i która często bardzo im ciąży. 

Kiedy dowiedział się pan, że w Lelowie mieszkał i nauczał, znany wśród chasydów na całym świecie, cadyk Dawid Biderman?
Późno. W dzieciństwie nic kompletnie nie wiedziałem o dawnej żydowskiej historii i topografii rodzinnych okolic. Nie wiedziałem, że w Lelowie były synagoga, cmentarz żydowski i ohel cadyka Dawida Bidermana. Po wojnie chasydzi pojawili się w Lelowie pod koniec lat 80. i od tamtego czasu wracają do miasta co roku. Ja z kolei na początku lat 90. zawarłem związek małżeński i wróciłem ze studiów. W 1991 roku, jeszcze na piątym roku, zacząłem pracować w szkole w Szczekocinach. Wtedy poznałem historię Lelowera.

fot. Magda Starowieyskafot. Magda Starowieyska

Cadyk Dawid Biderman mieszkał w Lelowie na przełomie XVIII i XIX wieku, tu też umarł w 1814 roku, a na miejscu jego pochówku postawiono ohel, który stał się miejscem pielgrzymek chasydów. W 1850 roku jego syn, cadyk Mosze Biderman, zabiera swoich dwunastu uczniów i jadą do Jerozolimy, w Polsce zostaje żona Bidermana, córka słynnego Żyda z Przysuchy, która nie chce wyruszyć w niepewną podróż za mężem. Mosze wierzy, że gdy stanie przy Zachodniej Ścianie Świątyni w Jerozolimie, przyjdzie Mesjasz. Grupa dociera do miasta, ale Arabowie nie dopuszczają ich do Ściany Płaczu. Mosze wkrótce umiera, a jego uczniowie nie wracają do domu i osiedlają się w Jerozolimie. Od tego czasu Lelów jest w dwóch miejscach – w Jerozolimie, a potem w Izraelu, i w Polsce. W rocznicę śmierci cadyka, która wypada na przełomie stycznia i lutego, ohel Dawida Bidermana w Lelowie odwiedzają chasydzi. Tak dzieje się aż do 1939 roku, potem wszystko przerywa wojna.

A w latach powojennych?
Dopełnia się dzieło dewastacji – stary cmentarz żydowski w Lelowie zostaje do końca zniszczony, na jego miejscu wyrasta pawilon handlowy, a w synagodze powstaje zakład produkcyjny. W 1988 roku przyjedża do Lelowa siódmy potomek Dawida, cadyk Szymon Biderman i rozpoczyna poszukiwanie miejsca, w którym dawniej stał ohel. Miejscowi wskazują na pawilon handlowy, ale Szymon Biderman im nie ufa i prosi o pomoc dwóch ocalałych Żydów z Lelowa. Henryk Szaniawski i Abraham Klobucki również wskazują zaplecze sklepu metalowego. We współpracy ze spółdzielnią „Samopomoc Chłopska” chasydzi zaczynąją kopać we wskazanym miejscu i znajdują podmurówkę, na której wspierał się dawny drewniany ohel. Od tego momentu powracają do Lelowa pielgrzymki chasydów z całego świata. Początkowo na zapleczu sklepu zostaje wygospodarowane miejsce do modlitwy, potem powstają kolejne, prowizoryczne wersje ohelu, aż do tej docelowej, dzisiejszej.

Moment, w którym chasydzi wracają do Lelowa, to chwila, kiedy ja wracam do domu po studiach, widzę na ulicach miasteczka nieznanych ludzi w czarnych płaszczach i wiem, że muszę się czegoś więcej o nich dowiedzieć. Teraz w pewnym sensie ta opowieść się domyka, niedługo ukaże się bowiem ważna dla mnie książka „Wieża Dawida”, oryginalnie wydana w 1930 roku w Piotrkowie Trybunalskim pod tytułem „Migdal Dawid”. To zbiór chasydzkich opowieści o Dawidzie Bidermanie. Z hebrajskiego przetłumaczyli je na polski Agata Paluch i Wojciech Tworek, Jan Doktór napisał tekst o Lelowerze, Uriel Gellman, wykładający na Uniwersytecie Bar-Ilan, przygotował tekst o dynastii lelowskiej w Izraelu, a ja dodałem kilka stron o tym wszystkim, co działo się tu, na miejscu. Książka ukaże się w wydawnictwie Austeria pod redakcją Michała Galasa, dyrektora Instytutu Judaistyki UJ, oraz moją. Mam nadzieję, że całość zaciekawi mieszkańców Lelowa i nie tylko ich, bo Dawid Biderman był niezwykłą postacią.

fot. Magda Starowieyskafot. Magda Starowieyska

Czym się wsławił?
Moja ulubiona opowieść o nim znajduje się w „Gogu i Magogu” Martina Bubera: to historia o tym, jak Biderman wyrusza z Lelowa do swojego mistrza Elimelecha z Leżajska. Odbywał taką wędrówkę kilka razy w roku, ale mimo to błądzi po drodze i gubi się w lesie. Spotyka pewnego człowieka, który proponuje mu, aby dalej poszli razem. Po krótkim czasie wychodzą z lasu i widzą przed sobą Leżajsk. Wtedy człowiek ten zwraca się do Dawida słowami – teraz już wiesz, co to znaczy: razem. A potem dodaje: można wziąć dwa kawałki drewna, ociosać je i będą do siebie dobrze pasować, ale lepiej jeszcze, gdy do wklęsłości w jednym pasuje wypukłość w drugim. To jest prawdziwe Razem. Dla mnie jest to opowieść o Polakach i Żydach, o próbie dopasowania, o tym, że trzeba rozmawiać, przyglądać się sobie wzajemnie, nie narzucać swoich racji. To właśnie chciałbym osiagnąć poprzez swoje działania w Lelowie czy w Szczekocinach, chciałbym, aby ludzie poczuli współczucie i empatię dla przeżyć żydowskich mieszkańców, aby byli ich ciekawi, zachowując jednocześnie swoją odrębność, by nie bali się tego spotkania. Moje działania polegają na wyrabianiu w ludziach – z obu stron – gotowości do dopasowania się, która umożliwia rozmowę, pozwala dostrzec racje i cierpienie każdej ze stron. Wracając jednak jeszcze do cadyka Lelowera – lubię też opowieści o miłości, z jaką traktował zwierzęta, a także historie o płaszczu.

Płaszczu?
Płaszcz pojawia się w podaniach o Lelowerze kilka razy. Wedle miejscowej legendy, podarował go Bidermanowi Napoleon. Ale ważniejsze są dla mnie płaszcze, które mały Dawid oddawał ponoć biednym dzieciom z okolicy. Płaszcz pojawia się też w innej opowieści, jak to cadyk kąpał się w pobliskiej rzece Białce – podobno kładł się na trawie i turlał do wody z pobliskiej górki. Robił to nawet w zimie, wpadając z impetem do zamarzniętej rzeki i łamiąc lód ciężarem swojego ciała. Raz po takiej kąpieli został znaleziony przez goja tak zmarznięty, że aż nieprzytomny. Chrześcijanin zdjął płaszcz i go nim okrył, pewnie ratując mu życie. Cadyk go pobłogosławił i człowiek ten żył podobno sto dwadzieścia lat. Troska, dzielenie się, bezinteresowność wydają mi się kluczowe dla postaci Bidermana.

fot.  Anna Zając-Włodarskafot. Anna Zając-Włodarska

Mieszkańcy Lelowa przyzwyczaili się już do corocznej obecności chasydów?
Tak, ich wizyty w mieście nikogo już nie dziwią. Relacje polsko-żydowskie często przypominają patrzenie na siebie przez szybę. Wcześniej w Lelowie też obie strony znały się i obserwowały nawzajem trochę przez szybę, o Żydach krążyły legendy, zmyślone opowieści. Byłem jednym z pierwszych mieszkańców, którzy zdecydowali się przełamać tę barierę, kiedyś wszedłem do ohelu i już tam zostałem. Często myślę, jak niesamowicie musiały wyglądać przed wojną jadące mroźną zimą do Lelowa sanie z ubranymi w futra chasydami, albo piesi wędrowcy ciągnący zewsząd tłumnie, aby wspólnie modlić się na grobie Bidermana. Dziś też robi to wielkie wrażenie – nagle do miasteczka, które liczy sobie ośmiuset mieszkańców, przyjeżdża trzystu czy czterystu mężczyzn. Przez kilka dni jest ich wszędzie pełno – chodzą po rynku, robią zakupy w sklepach, dyskutują, modlą się, biesiadują, upijają się, palą papierosy, tańczą i śpiewają. Zawsze odbywa się też tisz, czyli w dosłownym znaczeniu „stół”, przy którym chasydzi spotykają się z cadykiem – teraz jest nim Aaron Biderman. Od pewnego czasu do stołu zapraszane są także władze miasta – wspólnie z chasydami zasiada wójt gminy, przyjeżdża też zwykle ktoś z władz powiatu, ja również tam jestem co roku. To chyba jedyne miejsce w Polsce, gdzie przedstawiciele polskich władz biesiadują przy stole z chasydami. Oni troszczą się o nas, przynoszą jedzenie, wciąż pytają, czy jesteśmy zadowoleni. Porozumiewamy się mieszanką angielskiego, polskiego, rosyjskiego, czasami wśród gości polskich zdarza się ktoś mówiący po hebrajsku. Nawet gdy trudno jest porozmawiać, można liczyć na życzliwość, uścisk dłoni, przytulenie i poczucie, że wspólnie uczestniczymy w czymś ważnym.

Mówiąc o Lelowie, chasydzi przestawiają litery w nazwie miasta tak, że powstaje słowo „Lo-Lew” – On ma serce. Chasydzi odnoszą to oczywiście do cadyka Dawida Bidermana, ale ja lubię interpretować to szerzej, jako atmosferę, która towarzyszy tym spotkaniom, atmosferę bliskości i naturalności.

Nie zdarzyły się nigdy żadne awantury?
Nic poważniejszego. Kilka lat temu na murach w miasteczku pojawiły się antysemickie napisy. Między innymi na murze kościelnym ktoś napisał: „Boże chroń nas przed Żydami”. Zabawne, prawda? Napis został w końcu zamalowany. Razem z żoną interweniowaliśmy kiedyś w sprawie antysemickich napisów, które nasi synowie mijali codziennie w drodze do szkoły. Zamalowaliśmy je wspólnie z nauczycielami w czynie społecznym. Oczywiście zdarzyło się, że ktoś – zapewne po alkoholu, zarysował gwoździem tablicę, którą wraz z działaczami Lelowskiego Towarzystwa Historyczno-Kulturalnego im. Walentego Zwierkowskiego wmurowaliśmy w ścianę synagogi, czasami zdarzają się też jakieś pijackie krzyki kierowane w stronę chasydów. Media chętnie podchwytują takie sytuacje, nie umniejszam oczywiście ich znaczenia, ale w moim odczuciu nie są reprezentatywne. Coś się powoli zmienia. Niedawno na życzenie wójta zostałem zaproszony, aby opowiedzieć pracownikom gminy o chasydyzmie i cadyku Bidermanie. W Lelowie co roku odbywa się też biesiadne Święto Ciulimu-Czulentu. Chrześcijańscy mieszkańcy Lelowa, patrząc na swoich żydowskich sąsiadów, którzy na święto szabat przygotowywali czulent, postanowili kiedyś stworzyć swoją wersję tej potrawy – stąd wziął się ciulim. Składniki tych dań po części są podobne – cebula, tarte ziemniaki, jaja; w ciulimie są jednak żeberka wieprzowe, których oczywiście nie znajdziemy w czulencie. Ciulim w Lelowie jemy do dziś, a każda gospodyni ma swój sposób na jego przyrządzanie. To jedna z głównych potraw podawanych tu w Niedzielę Wielkanocną i pierwszego dnia świąt Bożego Narodzenia.

Festiwal Kultury Żydowskiej w Szczekocinach, fot. Ryszard Fatyga

A jak jest w Szczekocinach?
W Szczekocinach trzęsienie ziemi wywołał przyjazd rodziny Bornsteinów. W 2004 roku przyjechał do miasta z Izraela Izyk Mendel Bornstein, szczekociński Żyd ocalały z Zagłady, wraz ze swoją rodziną. Przyjechali i odkryli pustkę, zatarcie, brak jakichkolwiek śladów po Żydach, którzy przed wojną stanowili połowę mieszkańców miasta. Mało tego, natrafili na profanację – w budynku dawnej synagogi powstawała właśnie restauracja, na terenie nowego cmentarza żydowskiego działała najpierw masarnia, a potem zakład produkcyjny, a na terenie starego stały wybudowane w latach 80. przez gminę szalety miejskie, oraz dobudowany później prywatny dom. Skracając długą historię, opowiem tylko, że dostałem wizytówkę Yossiego Bornsteina, syna Izyka, który podczas wizyty zostawił w mieście niezwykły skarb „Pinkes Szczekocin” – napisaną w Izraelu przedwojenną kronikę miasta. Napisałem do Yossiego, że razem z moją koleżanką ze szkoły, Anną Wieczorek, chcielibyśmy pomóc i włączyć się w działanie przywracania pamięci o Żydach ze Szczekocin. Do tej idei przyłączyła się również Agnieszka Piśkiewicz, absolwentka szczekocińskiego liceum i wówczas nauczycielka języka angielskiego w Częstochowie. Owocem tego spotkania są między innymi Szczekociński Festiwal Kultury Żydowskiej, sesje naukowe i różne publikacje na temat historii tutejszych Żydów, spotkania uczniów z młodzieżą z Izraela, przyjazdy Ocalałych, a dla mnie prywatnie także przyjaźnie z niektórymi z nich i z ich rodzinami. Uprzątnięto też stary cmentarz, zburzono szalety, postawiono pomnik, a na synagodze została zamocowana tablica informacyjna.

Dlaczego wciąż zajmuje się pan polsko-żydowską historią i pamięcią?
Tematy żydowskie otworzyły mnie na wiele rzeczy, zmieniły moje życie.

Zacząłem pisać. Wcześniej przygotowałem na przykład, wspólnie z profesor Aliną Kowalczykową, antologię poezji obcej dla licealistów, ale nie miałem śmiałości pisać niczego samodzielnie. To, że teraz to robię, zawdzięczam tematom żydowskim. Impulsowi, który zmusił mnie do pisania – bo skoro nikt inny nie chce pisać o naszych Żydach, to ja powinienem to zrobić. Mam język, mam wykształcenie, mam narzędzia, muszę tylko przełamać strach i opory. Pochylenie się nad historią naszego sąsiedztwa może być dziś sposobem ułatwiającym szerszą rozmowę o drugim człowieku, o innym, o wykluczonych, o uchodźcach. Są oczywiście kolejne ważne tematy, szukam ich wciąż dla siebie i swoich uczniów. Historia polsko-żydowska zawsze jednak pozostanie moją sprawą. Powiem tak – przestanę zajmować się tym tematem, kiedy w Polsce nie będzie antysemityzmu.

Jak do tego wszystkiego podchodzą pana uczniowie?
W większości przypadków zarażają się moim zaangażowaniem Moją ambicją jest to, żeby przez trzy, a teraz przez cztery lata szkoły średniej każdy z nich dowiedział się trochę o związkach chrześcijaństwa i judaizmu, o kulturze judeochrześcijańskiej, aby odwiedzili ważne dla polsko-żydowskiej historii miejsca. Bywa, że czują się zmęczeni tymi tematami i ja to rozumiem, szukamy wtedy czegoś innego, co mogłoby ich zaciekawić. Wspomniana już Anna Wieczorek zrobiła z uczniami projekt dotyczący zwierząt, zatytułowany „Ludzie i zwierzęta – szczekocińskie doświadczenie wspólnoty”. Zorganizowaliśmy performans na miejscowym targowisku, rozwinęliśmy transparent z napisem „Zwierzęta to nasi bliscy”.

Ludzie patrzyli na was jak na wariatów, czy do pana szaleństw już się przyzwyczaili?
Przyzwyczaili się. Wiedzą, że jak się gdzieś pojawiam, to znaczy, że coś będzie się działo. Oczywiście były i komentarze negatywne, podśmiewanie się, kpiny, ale generalnie odbiór naszej akcji był przychylny. Chodzi przecież przede wszystkim o sprowokowanie rozmowy i to się udało.

Udaje się zmieniać lokalną rzeczywistość?
Dużo udało się zrobić i wciąż bardzo dużo jest do zrobienia. Gdy patrzę na pracę ludzi z Forum Dialogu, którzy działają na rzecz przywracania pamięci o historiach Żydów w Polsce, to z radością dostrzegam, że cały kraj pokryty jest siecią fantastycznych, ważnych działań. Osobiście wierzę, że te inicjatywy nie są pracą jednostkową, że zasiewa się przy tym jakieś ziarno. Wierzę, że ani w Lelowie, ani w Szczekocinach nigdy już nie powstanie książka, w której nie byłoby stosownej informacji o historii tutejszych Żydów. Zmiany są możliwe. Proszę sobie wyobrazić, że w 70. rocznicę Zagłady Żydów ze Szczekocin zorganizowałem wyjazd mieszkańców miasta do Treblinki, pojechał z nami sekretarz gminy, pojechali dyrektorzy szkół. Na miejscu oficjalnie, w imieniu miasta zapaliliśmy znicz ku pamięci ofiar. 20 września, w rocznicę wywiezienia Żydów do obozu, burmistrz Szczekocin zapala dziś lampkę przy upamiętniającym ich zagładę pomniku. Przy okazji płonie tam też kilka innych zniczy, może cztery, może sześć, ale są. Udało się coś wielkiego, udało się włączyć miejscowych, zamordowanych Żydów w pamięć miasta.


Szkoła odgrywa w tych zmianach kluczową rolę?
Zdecydowanie tak. Na prowincji szkoła jest w centrum wydarzeń. Wierzę w edukację performatywną, czyli w taką, która zakłada nieustanną pracę nad sobą, zarówno uczniów, jak i nauczycieli, a także łączenie nauki z działaniami animacyjnymi i artystycznymi, z szeroko rozumianą kulturą. Interesuje mnie nie tylko studiowanie tego, co było, ale również dokonywanie zmiany. Dla mnie liczy się, parafrazując słowa Ryszarda Nycza, kultura jako czasownik, a nie jako rzeczownik. To ważne, aby przekazywać wiedzę w sposób nowoczesny i ciekawy, ale to nie wszystko: trzeba zachęcać uczniów do przetworzenia tej wiedzy w twórczy sposób, do aktywnego zmieniania świata. Dziś narzędzia, którymi w szkole dysponujemy, są nam trochę odbierane, większość z nas się z tym godzi, popada we frustrację, narzeka na małe zarobki, na to, że nauczyciele nie są szanowani. Mimo tych wszystkich trudności szkoła ciągle ma ogromną siłę, wierzę w moc nauczyciela i humanistyki – mówię to jako nauczyciel języka polskiego. Do nas, polonistów, należy język. Jeśli idę do burmistrza, do wójta i staram się ich do czegoś przekonać, to przychodzę do nich ze swoją opowieścią, ta opowieść, jej język są moją silną stroną, materiałem, w którym pracuję.

Szkoła powinna wsłuchiwać się w lokalne potrzeby i głosy, ale także pozostawać w pewnym sporze z otaczającą rzeczywistością, powinna wywoływać zmianę. Nie jestem zwolennikiem koncepcji małych ojczyzn, bardzo niebezpieczny wydaje mi się bowiem swoisty małoojczyźniany szowinizm, rodzaj prowincjonalnej megalomanii. Zamiast terminu „mała ojczyzna” wolę używać słowa „matecznik”. Między ojczyznami panuje rywalizacja, a matecznik konotuje współpracę, tworzenie, bezpieczeństwo. W słowie „mała ojczyzna” niekoniecznie mieszczą się Żydzi, w  słowie „matecznik” już tak. Lubię to słowo. Uważam, że z pewnym myśleniem prowincjonalnym trzeba się po prostu spierać i staram się nie stracić podwójnej perspektywy – współpracować z ludźmi z zewnątrz, być na bieżąco z najważniejszymi wydarzeniami, a jednocześnie współpracować z lokalną społecznością, czerpać wiedzę od ludzi, wśród których się wychowałem. Tutaj mówi się, że ludzie dzielą się na krzoki, ptoki i pnioki – pierwsi są ledwo wrośnięci w tutejszy krajobraz, drudzy są tu tylko przelotem, a ostatni są mocno zakorzenieni w tej ziemi. Wydaje mi się, że spojrzenie każdej z tych grup jest ważne i trzeba starać się je uwzględniać, badając historię okolicy.

Jakie są koszty tego spierania się?
Moje doświadczenie to doświadczenie sprzeczności – bliskość, która jest cudowna i jednocześnie bywa nie do zniesienia. Działamy i żyjemy tutaj w atmosferze swoistej gęstości. Jako nauczycielowi stwarza mi to możliwość oglądania efektów własnej pracy, obserwowania rozwoju uczniów, a potem śledzenia ich dalszych losów. Ta gęstość bywa czasami obciążająca, bo łączy się z przypinaniem łatek. Zajmuję się bardzo wieloma rzeczami, ale mam etykietkę „tego od tematów żydowskich”. Nie wiem, czy nie wsiąkłbym po jakimś czasie w tę małoojczyźnianą ziemię i czy bym się nie zniechęcił, gdyby nie moje kontakty ze światem zewnętrznym – z  profesor Aliną Kowalczykową i innymi osobami, które poznawałem, między innymi przez Forum Dialogu. Te kontakty pozwalają zachować poczucie, że nie jesteś wariatem, że wokół są ludzie, którzy myślą podobnie, dla których podobne rzeczy są ważne. Bywa ciężko. Jestem silną osobowością, ale wielokrotnie ktoś mnie zarysował. To nie były pojedynki na ubitej ziemi, ale małe obtarcia, które jednak bardzo bolą, zranienia, które potem długo ropieją. Mimo wszystko nigdy bym z tego wszystkiego nie zrezygnował. Lubię pracę w niepewności, ten rodzaj twórczego napięcia, które pojawia się przy naszych tutejszych działaniach. Uprawiam mikrohistorię, jestem skupiony na drobiazgu i ze śladów staram się zbudować coś więcej, chcę w tej małej rzeczy zobaczyć wszystko. W Warszawie nie byłbym w stanie tego robić. Z tego też pewnie wynika moje upodobanie do efemerycznych akcji artystycznych. Nie jestem zwolennikiem pomników, choć rozumiem, że dla wielu ludzi są ważnymi punktami odniesienia.

Jakie działania teraz pan szykuje?
Przygotowuję książkę o Romanie Czerneckim, który w czerwcu – przy okazji obchodów stulecia szkoły – zostanie patronem Zespołu Szkół w Szczekocinach. To bardzo ciekawa postać, człowiek, który nie prześnił rewolucji, twórca pierwszej w powojennej Polsce szkoły chłopskiej: założył ją i prowadził w Szczekocinach. Poza tym zmienia się Szczekociński Festiwal Kultury Żydowskiej, po dziesięciu latach uznaliśmy, że jego formuła się wyczerpała. Zmarli wszyscy Ocalali. Póki przyjeżdżali Izyk, Cela i Jadzia, chciałem organizować festiwal dla nich. Od 2008 wracali tu każdego roku wraz z rodzinami i z poczuciem, że Szczekociny to też ich miasto i to było wspaniałe. Teraz zaproponowałem, aby zmienić formułę i przekształcić to wydarzenie w Szczekociński Festiwal Dialogu Kultur, podczas którego każdy dzień będzie poświęcony innym postaciom i tematom. Pierwszy Urszuli Dembińskiej i Tadeuszowi Kościuszce – ludziom ważnym dla miasta, drugi Pawłowi Jasienicy, który tu mieszkał po wojnie, trzeci awangardzie, bo w Szczekocinach zamieszkali na chwilę w 1924 roku Władysław Strzemiński i Katarzyna Kobro. To okres, kiedy Strzemiński projektuje między innymi dla Awangardy Krakowskiej, ilustruje „Zwrotnicę”, działa w grupach artystycznych Blok i Praesens. Jednocześnie uczy w gimanzjum w Szczekocinach, wystawia tu „Wyzwolenie” Wyspiańskiego (projekt scenografii tego przedstawienia pokazywany jest później na wystawie w Nowym Jorku). Katarzyna Kobro uczy się tu polskiego i robi swoje rzeźby. W czasie wojny pojawia się też Henryk Stażewski, który przenosi się do Szczekocin do przyjaciela, gdy jego własny dom w Warszawie zostaje zbombardowany. Wiedza o tym, że w Szczekocinach przez chwilę mieszkali i pracowali najważniejsi przedstawiciele polskiej sztuki awangardowej, w ogóle nie funkcjonowała do niedawna w pamięci mieszkańców. Od jakiegoś czasu staramy się to zmieniać, między innymi przez akcje artystyczne przeprowadzone wspólnie z Działem Edukacji Muzeum Sztuki w Łodzi. Poza tym na festiwalu planujemy też dzień żydowski i dzień romski, bo w Szczekocinach mieszka również grupa Romów.

Dalej nie wiem, skąd pan bierze na to wszystko siłę.
Może z poczucia, że jesteśmy mocni, jeśli działamy razem. Małe miejscowości mają siłę, gdy ich mieszkańcy potrafią się porozumieć i działać wspólnie. Nie ma co oglądać się na bieżącą politykę, przejmować nadchodzącymi wyborami. Trzeba robić to, co uważamy za ważne i się nie bać. Nie jest oczywiście tak, że sam nie odczuwam strachu, odczuwam go często, ale przez lata nauczyłem się go oswajać, zrozumiałem, że strach jest elementem działań, w które się angażuję. W swojej pracy nigdy nie kierowałem się pragmatycznymi pobudkami ani kalkulacją. To zawsze była intuicja, poczucie, że coś w danym momencie jest ważne, że jakiś temat wymaga poruszenia. Pogodziłem się już z tym, że częściej bywam doceniany przez osoby z zewnątrz, niż przez te bliskie. To chyba normalna kolej rzeczy.