ZIELONA GÓRA: Nasza szajba
CREST Research CC BY-NC-SA 2.0

14 minut czytania

/ Obyczaje

ZIELONA GÓRA: Nasza szajba

Maria Magdalena Kozłowska

Przychodzi mi do głowy takie równanie: jeśli Polska jest silnym i głupim młodym mężczyzną (Masłowska), to Zielona Góra jest żyjącą w nim, jakimś cudem, napaloną starą babą. W najlepszym z możliwych sensów

Jeszcze 4 minuty czytania

Albo inaczej:

Nad wzgórzem winnym rozległo się słońce. Niedorosłe jeszcze gronka wisiały cicho, wydając dyskretny, cierpki zapach. Kustosz przechadzał się pomiędzy krzewami, zaspanym wzrokiem przyglądając się Palmiarni i migoczącej  w porannych promieniach zgrabnej rzeźbie chłopca ze źrebięciem. „Mój Boże, to przecież geograficzny środek miasta” – pomyślał z dumą, którą w obliczu tego miejsca czuło całe województwo lubuskie...  

Tak. Potrzeba wielu lat gdzie indziej, żeby starać się rodzinne miasto jakkolwiek, strach wypowiedzieć to słowo, kochać. A co gorsza – opisać. Tym bardziej że Zielona Góra, której obraz zachował się w mojej głowie, już raczej nie istnieje.

Dorastałam tam w latach 90. i na początku dwutysięcznych. Polska weszła właśnie do Unii, lokalne wybory za każdym razem wygrywało SLD, a papierosy były jeszcze bardzo tanie, podobnie jak spid, który zażywano niezależnie od pochodzenia, wykształcenia i wieku. Zrealizowany lokalnym sumptem film kolektywu Sky Piastowskie „Że życie ma sens” można było normalnie obejrzeć w kinie. Skaleczone zdanie tytułowe powracało w ostatniej scenie, którą bardzo dobrze pamiętam, bo w tamtym czasie zrobiła na mnie ogromne wrażenie. Młodzi mężczyźni biorą amfetaminę. Jeden pyta drugiego mniej więcej tak: „Co czułeś, jak to wciągałeś?”, drugi uśmiecha się do kamery i odpowiada marzycielsko: „Że życie ma sens”. Nie wiem, czy długotrwałe zażywanie spida prowadzi do takich właśnie wniosków, ale substancja rzeczywiście dobrze symbolizuje to pobudzone nieproporcjonalnie do możliwości, laickie i liberalne miasto, z nadnaturalnie rozwiniętym życiem kulturalnym. Być może decyduje o tym fakt, że jest to ziemia bez folkloru, bez gwary, o barwnej międzynarodowej przeszłości. 

Historyczny Dolny Śląsk przechodził z jurysdykcji piastowskiej i jagiellońskiej pod niemiecką i czeską; w pewnym momencie miasto było okupowane przez Rosjan, a nawet Francuzów. Ostatecznie Zielona Góra trafiła do Polski dopiero po konferencji jałtańskiej i wtedy też przestała nazywać się Grünberg. Przodkowie obecnych mieszkańców przyjechali z całej Polski ze względu na nakazy pracy albo zwyczajnie po pracę. Mówią, że w obliczu wysiedlenia pozostali w mieście Niemcy masowo popełniali samobójstwa. Cóż, niedobrze wyjeżdżać z ładnie położonego, bo otoczonego lasami, jeziorami i pałacami miejsca, w którym na dodatek od XIII wieku produkowano słynne wino, podobno raczej cierpkie, ale przez to szczególnie korzystne pod dziczyznę. Potem też szampana.

W czasach kontrreformacji odbyło się tu sporo procesów i egzekucji kobiet oskarżanych o czary. W ramach ekspiacji „Gazeta Lubuska” podała kilka lat temu ich nazwiska. Legenda głosiła, że zachowana przy Placu Pocztowym średniowieczna wieża służyła do ich przetrzymywania. Do dziś mieszkańcy nazywają ją Wieżą Głodową, chociaż później okazało się, że był to po prostu element jednej z bram miejskich. Przeszłość objawia się też na budynkach – spod tynków regularnie wyłażą niemieckojęzyczne napisy. Czasem na śmietniku znajduje się stare szyldy albo zdjęcia jasnowłosych kobiet zapatrzonych gdzieś w przestrzeń. 

Już prawie jak na Zachodzie  

Liceum, do którego chodziłam, miało ambicję prowadzenia dwujęzycznych klas, ćwiczenia uczniów w politycznej debacie (pod dyskretną opieką młodzieżówki Sojuszu) i zdobywania wysokiej pozycji w ogólnopolskich rankingach. Chodziłam do klasy z Iwoną Skwarek, dziś słynną piosenkarką z zespołu Rebeka i Valą Tomaszem Foltynem, obecnie gwiazdą queerowego performansu. W wyższych rocznikach uczyli się Romuald Demidenko, kurator, Grzesiek Łapanowski, kucharz i osobowość telewizyjna, jak również, co ciekawe, prawicowy polityk Krzysztof Bosak.

Ja z ojcem w latach 80. na deptaku, w tle Galeria u JadźkiJa z ojcem w latach 80. na deptaku, w tle Galeria u Jadźki

Podczas dni otwartych nad wejściem do szkoły zawisał baner, z którego Tomasz Lis deklarował uśmiechnięty: „Ja też chodziłem do Jedynki”.

Było jasne, że sukces jest okej.

Dużo ludzi wyjechało do Niemiec, sporo do Poznania, a ci, którzy zostali, też raczej nie narzekają. 

Salonowcy  

Zielonogórskie Biuro Wystaw Artystycznych to poważna marka. W latach 1965–1981, z inicjatywy malarza Mariana Szpakowskiego odbywało się tu biennale, zwane Wystawą i Sympozjum Złotego Grona. Podczas imprezy prezentowała się awangarda tamtego czasu, a Muzeum Ziemi Lubuskiej uzbierało sporą kolekcję. Ikonicznym obrazem Złotego Grona jest zdjęcie Krzysztofa Niemczyka w trakcie performansu „My nie śpimy”, który artysta przeprowadził ze studentami Kantora (przy wsparciu Anki Ptaszkowskiej, Wiesława Borowskiego i Zbigniewa Gostomskiego). Akcja była ironiczną kontestacją konkursowego systemu biennale i polegała na okupacji sali wystawowej. 

Dyrektorem BWA jest od lat Wojciech Kozłowski, zresztą mój ojciec. Dzięki jego staraniom program galerii nie odbiega od standardów centralnych – z wczesnym Rastrem ojciec zorganizował drugą w historii wystawę Grupy Ładnie (Wilhelm Sasnal, Rafał Bujnowski, Marcin Maciejowski). Pilnuje, żeby miasto mogło obejrzeć prace ważnych albo obiecujących artystów, nie tylko z Polski. Dla wielu z nich, wychowanych w lokalnym Instytucie Sztuki, otworzył też gwiazdorską drogę. Do jego ulubieńców należą Przemek Matecki, Basia Bańda, Grupa Sędzia Główny (Karolina Wiktor i Ola Kubiak), Sławek Czajkowski (Zbiok). Są wśród nich galerzyści i kuratorzy – Dawid Radziszewski, znany z poznańskiej Galerii Pies, a dziś warszawskiej Galerii Dawid Radziszewski, międzynarodowy kurator Romuald Demidenko i Marta Gendera, założycielka Fundacji „Salony”, przez kilka lat uniezależniającej zielonogórskie życie kulturalne od BWA, dziś dyrektorka Miejskiego Ośrodka Sztuki w Gorzowie.

Kilka lat temu pojechaliśmy z przyjaciółmi z Warszawy obejrzeć spektakl w Teatrze Lubuskim, który był przez jakiś czas interesujący i którego bryła została zaprojektowana przez Oskara Kaufmana – architekta m.in. berlińskiego Volksbühne. Twarze osób spoza miasta żywo odbijały absurdy wieczoru. Różni napotkani po drodze ludzie głośno żałowali, że nie mogą się do nas przyłączyć, tłumacząc się zaplanowanym dawno wieczorem w filharmonii albo wernisażem w Muzeum Ziemi Lubuskiej. Ktoś szedł na wieczór poezji. Ludzie w średnim wieku palili marihuanę. Wszystko na spokojnie. Po spektaklu trafiliśmy na wernisaż do lokalnego ZPAP-u, gdzie zachowaliśmy się niegrzecznie, rozpoczynając bankiet przed wszystkimi. Nawet w Zielonej Górze trudno potraktować ZPAP do końca poważnie. Choć to akurat niesprawiedliwie – atmosfera miasta pobudza, wzruszający przecież guz artystyczny różnych ciotek dmuchających szkło, rzeźbiących koty i malujących portrety własnoręcznie ułożonych bukietów z suszków. To egzaltacja w mieszczańskim typie; raczej powiększająca się kolekcja wykrojów z „Burdy” niż zew ludowo-duchowy, odczuwalny mocno na przykład na wschodzie Polski. Żadnej grotowszczyzny, bardziej benefis uniwersytetu trzeciego wieku. Cotygodniowe spotkania w celu śpiewania starych piosenek, na gruzach odbywającego się tu między 1968 a 1989 Festiwalu Piosenki Radzieckiej.

Wstrętny Bachusik / fot. Wojciech KozłowskiWstrętny Bachusik / fot. Wojciech Kozłowski

Mimo wszystko są to sprawy sto razy bardziej krzepiące, niż odrażające figurki Bachusików z brązu, których na ulicach miasta jest podobno już 43, a ich liczba, o zgrozo, wciąż rośnie. Bachusikowy szlak doczekał się osobnej strony internetowej. Nie patrzcie tam. 

Bachus zawsze nasz 

Dni morza i Gdynia i Gdańsk,
Lajkonik to Kraków od lat,
Barbórkę już wieki górnicy swą mają,
Lecz Bachus był zawsze nasz

Z Bachusem więc na randez vous
Turysto spiesz do nas co tchu.
Bo tu oprócz wina lubuska dziewczyna
Uśmiechem wita cię swym.

Janusz Gniatkowski, „Walc winobraniowy” 

Podobno za Bronisława Komorowskiego na bankietach w Pałacu Prezydenckim piło się wino z Zielonej Góry. Dionizyjski aspekt miasta objawia się chętnie i bez problemów. Wygląda zza powszechnej skłonności mieszkańców do używek, a także niezwykłej łatwości w nawiązywaniu przygodnych kontaktów seksualnych. Wszystko bez histerii, po niemiecku. Istnieje jednak rytuał, który funduje temu wszystkiemu absolutną celebrę. Raz w roku przez tydzień w centrum miasta, na tak zwanym deptaku rozstawiają się kramy. Co roku w tym samym miejscu sprzedaje się bezuciskowe skarpetki, niemiecką porcelanę, pierogi wileńskie i orzechy w cukrze. Przez miasto przetacza się korowód, w którego centrum znajduje się gruby mężczyzna przebrany za Dionizosa, otoczony oczywiście Bachantkami i ozdobami przygotowanymi przez młodzież na zajęciach plastycznych. Przez cały tydzień trzeba słuchać lokalnej muzyki, czasem też zespołów typu Hej i być pijanym w przestrzeni publicznej. Testuje się wyroby okolicznych winiarzy, którzy porzucili korporacje i biznesy, żeby zająć się szlachetniejszymi sprawami. „Gazeta Lubuska” publikuje zdjęcia tego wszystkiego. Winobranie to piekło, odpust, Octoberfest. A jednak pełni przecież funkcję prawdziwego karnawału; ludzie tak lubią święto.

Winobranie to tradycja grubo przedwojenna, warto wspomnieć o odsłonie z 1934 roku, kiedy uroczysty korowód składał się z kawalerii, dygnitarzy NSDAP, członków SS i SA, okolicznych winiarzy oraz Hitlerjugend. Na szczęście nikt już o tym nie pamięta.

Czarny sport

Kolejną po winie i spidzie substancją napędzającą dziarski silniczek Zielonej Góry jest Falubaz. Zielonogórski Klub Żużlowy firmuje się charakterystycznym logo – naszkicowaną przez  prostoduszną rękę wersją Myszki Miki. Zdarza mu się być mistrzem Polski, choć Stal Gorzów albo Unia Leszno to chyba lepsze kluby. W większych miastach to sport mało znany. Cześć i poważanie dla speedwaya są charakterystyczne dla polskiej prowincji. Głośne i brudne widowisko wypełnia stadiony, a także, niewątpliwie, głowy i serca. Wokół owalnej murawy, po torze posypanym czarnym piachem z dużą prędkością jadą młodzi mężczyźni. Ich motocykle nie mają hamulców i skręcają tylko w lewo. Jak to miasto, chciałoby się dośpiewać. Kibice Falubazu nienawidzą kibiców Stali i Unii. Natura tej niechęci jest czysta i rozpoznana, nie trzeba wiele o niej pisać. Wystarczy powiedzieć, że powieszona za szyję wypchana mysz, czyli pokazana niedawno w gorzowskim MOS-ie praca Dominiki Olszowy, przyprawiła galerii problemów ze strony instytucji, z którymi zwykle na szczęście nie ma do czynienia. Nawet moja matka zadzwoniła do mnie, by powiedzieć, że ze względu na pracę Olszowy w Zielonej Górze zapanował „duży żal”.

Siłę presji czarnego sportu pokazuje historia młodego zawodnika ZKŻ-u, Rafała Kurmańskiego, zwanego Kurmankiem. Zdobywane co sezon medale i wielkie oczekiwania środowiska przygniotły go i 30 maja 2004 Kurmański powiesił się w najdroższym wtedy zielonogórskim hotelu, po gwiazdorsku. Żużlowi kibice celebrują jego pamięć do dziś. 

Ziggy

Zobaczyłem pieska. Ech, napiszę wierszyk!

Osobny akapit chciałabym poświęcić wyjątkowej postaci, która sama wykluczyła się z życia nie tylko Zielonej Góry, ale wygląda na to, że z życia w ogóle. Można by napisać nawet epitafium: lider pankopolowego zespołu Rozkrock, poeta, protoplasta nowoczesnego performansu i najbardziej skuteczny naciągacz na fajki, jakiego znał świat. Tak mógłby brzmieć także oczywiście biogram Ziggiego. Autor słynnego, przejmującego w duchu Nabokova przeboju „Ruda bestia moje serce rozerwała / Ruda bestia miała tylko dziesięć lat” naprawdę nazywa się Andrzej Tokarski, ale w mieście znany był przede wszystkim jako Ziggy Stardust – Słowik z kosmosu.

Wystawa Życie artystyczne...Ziggy Stardust i Grzegorz Lipiec (z kamerą, Sky Piastowskie)Wystawa „Życie artystyczne...Ziggy Stardust i Grzegorz Lipiec” (z kamerą, Sky Piastowskie) / fot. Wojciech Kozłowski

Kiedy byłam dzieckiem, sprzedawał na rynku rzeźby z drutu powykręcanego w ludziki, nazywane przez nas technorzeźbami. W podziemnym obiegu krążył jego zin „Moja szajba”, pełen komiksów, wierszy i innych psychodelicznie gęstych treści. Czy ktoś pamięta jeszcze Sidoraka, kosmitę żywiącego się ludźmi? Albo wiersz o katastrofie kolejowej, którego pointa sugeruje, że za sprawą rządowej konspiracji na naszych talerzach znajdują się ich szczątki? Była w tym wszystkim anarchiczna, ciemna energia, czasem na granicy rzutu psychotycznego, o który podejrzenie łagodziły jednak dowcipy. Kiedyś Ziggy wziął mnie za rękę i zaproponował, żebyśmy poszli razem do galerii i wmówili mojemu ojcu, że jesteśmy parą. Dodatkowej pikanterii zdarzeniu dodaje fakt, że w czasach młodości mojego ojca i Ziggiego łączyło wyraźne fizyczne podobieństwo. Z Dawidem Radziszewskim wymyślaliśmy historie o tym, jak to Ziggy odwiedza instytucje sztuki w całym kraju i, udając Wojtka Kozłowskiego, naciąga wszystkich na drobne sumy. Jakimś niezrozumiałym trafem udało się też Dawidowi zainstalować Ziggiego jako prowadzącego studniówkę V LO. Kiedy na sali gimnastycznej rozbrzmiała piosenka o wycieczce nad jezioro w Sławie, podczas której wysuwająca się z pisuaru ręka potwora wciągnęła podmiot liryczny za genitalia w głąb ścieków, polonistka rozpłakała się i zażądała usunięcia konferansjera ze sceny.

Ziggy zamieszkał potem w Poznaniu. Teraz podobno mieszka w Kożuchowie. Może to zupełnie nieważne, ale mam wrażenie, że gdzieś tam jakoś mnie ukształtował. 

  

Jeszcze dwa miesiące do Winobrania.