Atest na lesbijstwo
Christopher Dombres CC0 1.0

Atest na lesbijstwo

Olga Byrska

Czy literatura lesbijska to tylko ta pisana przez jednoznacznie nieheteroseksualne kobiety? Jak miałaby się przejawiać w literaturze ta jednoznaczność: jakie wątki poruszać i jakie światy tworzyć? W kim – jeżeli w ogóle – powinna szukać swoich mistrzyń?

Jeszcze 4 minuty czytania

Pisanie o literaturze lesbijskiej nie zadowoli nikogo: ani zwolenników i zwolenniczek polityki tożsamości, ani miłośników i miłośniczek uniwersalizmu; tych, które ignorują mainstream, i tych, którym brakuje popularnych lesbijskich bohaterek czy wzorców. Właściwie każdy z tekstów czy wywiadów, szczególnie po polsku, rozpoczyna się od konstatacji, że literatura lesbijska to nadal niezbadane terytorium. Dominuje również poparta badaniami opinia, że lesbijki dotyka fatum podwójnej niewidzialności: niewidzialności nieheteronormatywnej nakładającej się na niewidzialność kobiecą. Ale powtarzanie tej opinii jako założenia wstępnego powoduje tylko jej wzmocnienie. Ponadto dziś, because it’s 2018, słusznie dochodzą do głosu przedstawiciele i przedstawicielki innych literek rozrastającego się skrótowca LGBTQIA: również oni/one domagają się reprezentacji, zapytując przy okazji rozmów o kulturze gejowskiej czy lesbijskiej o osoby biseksualne, aseksualne, transseksualne i niebinarne.

Skoro jednak poszukujemy literatury lesbijskiej, należałoby postawić kilka najbardziej podstawowych pytań. Kto miałby ją tworzyć: czy literatura lesbijska to tylko ta pisana przez jednoznacznie nieheteroseksualne kobiety? Jak miałaby się przejawiać w literaturze ta jednoznaczność: jakie wątki poruszać i jakie światy tworzyć? W kim – jeżeli w ogóle – powinna szukać swoich mistrzyń? Pytania te wcale nie są tak banalne, jak mogłoby się wydawać na pierwszy rzut oka. W odpowiedzi na nie kryje się wybór modelu literackiego, w jaki wierzymy. Możemy przecież opowiedzieć się za uniwersalizmem, który stwierdziłby, że artysta/artystka mają prawo opisywać doświadczenia ludzi dowolnych płci, kolorów skóry, pochodzeń i tożsamości seksualnych; albo, z drugiej strony, wybrać poetykę tożsamościową, która bohaterkę-lesbijkę, będącą wytworem wyobraźni pisarza, uznałaby za nadużycie i zawłaszczenie w podobnym stopniu, co tworzenie czarnoskórych postaci przez białego artystę. Oba modele szybko ujawniają swoje słabości. Pierwszy przez wieki składał się na produkowanie wyłącznie męskiego kanonu i hierarchii literackich; dziś z łatwością absorbuje reprezentacje i tożsamości inne niż „uniwersalne”, o ile jednak podawane są za pomocą uznawanych za klasyczne narracji i struktur. Drugi grozi nie do końca celową, ale jednak atomizacją grup odbiorców i odbiorczyń, blokując przepływ i wymianę doświadczeń. A w ten sposób trudno budować wspólnoty i przekonywać nieprzekonanych.

Fakt jednak pozostaje faktem: jeżeli do szerszej świadomości społecznej przebiła się jakakolwiek kultura nieheteronormatywna, jest to kultura gejowska; lesbijska, zanim w ogóle osiągnęła ten poziom, już zaczęła zanikać. Polska zaczyna zaledwie przepracowywać lokalny i globalny dorobek kultury LGBT – w czym nie pomaga, oczywiście, sytuacja polityczna, która próbuje wokół nieheteronormatywności wytworzyć atmosferę niebezpieczeństwa i obcości, przeciwstawiając mu homogeniczny (i hegemoniczny) Naród Polski. Jednak rosnąca widoczność ruchów kobiecych, tak nad Wisłą, jak i na całym świecie pozwala zastanowić się: czy za rosnącą widocznością kobiet en masse może pójść rozwój estetyki lesbijskiej? A może nie trzeba niczego rozwijać, bo ta estetyka już istnieje?

Geografia pożądania

Lesbijskim centrum świata w latach 20. i 30. był Paryż: tam powstają najważniejsze powieści i społeczność, a na Montmartrze i Pigalle – lesbijskie bary; tam kształtują się legendy i osobowości, do których odniesienia są dziś oczywistością. Centrum tego świata są Gertruda Stein i jej partnerka Alice B. Toklas: najbardziej znaną w Polsce książką autorstwa tej pierwszej jest właśnie „Autobiografia Alice B. Toklas” – ironicznie plotkarska opowieść w dużej mierze o… samej sobie i kręgu najbliższych przyjaciół (co zresztą zmieniło niektórych z nich, np. Ernesta Hemingwaya, we wrogów) oraz związku z (rzekomo) tytułową bohaterką.

Również w Paryżu Djuna Barnes umieściła większość akcji swojej klasycznej powieści lesbijskiej „Nightwood” z 1936 roku. Co ciekawe, „Nightwood” została dostrzeżona – i to, wyjątkowo jak na literaturę lesbijską, dostrzeżona przez mężczyzn: nieszczędzący pochwał wstęp napisał do niej T.S. Eliot, a William S. Burroughs doceniał unikatowy styl Barnes. Z kolei przy rue Jacob 20 mieścił się jeden z najważniejszych salonów towarzyskich ówczesnego światka artystycznego, którego gospodynią była Natalie Clifford Barney, dwujęzyczna poetka i pamiętnikarka, a stałymi bywalczyniami – Janet Flanner, wieloletnia korespondentka „New Yorkera”, oraz Colette, autorka serii o w żadnym razie heteroseksualnej Klaudynie. Djuna Barnes pokusiła się zresztą o napisanie satyrycznego roman à clef o wiele mówiącym tytule „Ladies Almanach”, w którym pojawia się Barney i jej przyjaciółki.

W innym rejonie szóstej dzielnicy Paryża, bo przy rue de l’Odéon 12, mieściła się księgarnia „Shakespeare and Company”, założona przez Sylvię Beach i Adrienne Monnier (nie tylko gościły one głównie amerykańskich pisarzy i pisarki, ale także jako pierwsze wydały „Ulissesa” Jamesa Joyce’a w 1922 roku). Tam bywały Jeane Heap i Margaret Anderson, założycielki „The Little Review”, magazynu publikującego poezję najnowszą.

Salony towarzyskie i księgarnie były więc ośrodkami energii artystycznej, fermentu myśli, ale również – zapoznawania się i nawiązywania romantycznych jednopłciowych relacji kobiet. Te ośrodki, oczywiście, były silnie uwarunkowane klasowo: tworzyły je migrantki, w najlepszym razie przynależące do klasy średniej, dla których pobyt w Paryżu był raczej wyborem niż koniecznością. Niemniej jednak pozostawiły one trwały ślad w historii lesbijskiej literatury: ich przyjaźnie i związki w ramach tworzonych mikrospołeczności owocowały twórczością silnie związaną z miejscami. Choć te mikrospołeczności nie powstawały wyłącznie w Paryżu – ich ośrodkami były również miasta takie, jak Berlin, Londyn, później też Nowy Jork czy San Francisco – to wiele nieheteroseksualnych kobiet podążało za jego legendą i już po wojnie poszukiwało tam podobnej wolności i inspiracji: wystarczy wymienić Susan Sontag, Marie Irene Fornés i Harriet Sohmers. Być może to jedna z cech literatury lesbijskiej – przynajmniej tej z pierwszej połowy XX wieku: silne zainspirowanie najbliższą sobie, budowaną przez lata nieheteroseksualną społecznością.

Koledż: emancypacja

Cecha ta nie byłaby zresztą ograniczona wyłącznie do literatury powstałej w Paryżu. W najbardziej znanej powieści Mary McCarthy, „Grupie”, jedna z absolwentek rocznika '33 Vassar College, Lakey, wraca po latach do Stanów (ze stolicy Francji właśnie) ze swoją „przyjaciółką”, baronową. Jak pisze Megan Marshall, biografka Elizabeth Bishop (czyli koleżanki McCarthy ze studiów): „większość czytelników uznała książkę za roman à clef. Elizabeth Bishop z łatwością zidentyfikowała, że Helena: «nieduża, płowowłosa, z miłym zadartym noskiem», która «zazwyczaj biegała nago po pokoju», to jej przyjaciółka Frani Blough”. Tymczasem „kochanka Lakey, niska, męskawa baronowa Maria d’Estienne, w tweedowym garniturze i czółenkach na koturnie, była lustrzanym odbiciem Loty de Macedo Soares”, wieloletniej partnerki amerykańskiej poetki.

Przynajmniej niektóre koledże w Stanach Zjednoczonych, jak na przykład wspomniany Vassar – często w całości żeńskie, ze względnie liberalną atmosferą – umożliwiały ferment i zaangażowanie intelektualne, choć były obarczone większą dozą konwenansów. Elizabeth Bishop, absolwentka Vassar, poznała się z McCarthy podczas zakładania uczelnianego magazynu literackiego „Con Spirito”. Tam też nawiązała znajomość z Louise Crane, córką współzałożycielki nowojorskiej MoMA; podczas kilkuletniego pobytu Bishop i Crane w Europie (głównie, dla odmiany, we Francji) ta znajomość zamieniła się w związek. Pierwsze wiersze Bishop, w których objawia ona szczególne cechy swojego stylu poetyckiego: „Cud na śniadanie”, „Sekstyna” oraz „Ryba” – pisane były podczas podróży z Crane lub pod koniec ich relacji w 1940 roku.

Z kolei dzięki Berkeley nastoletnia Susan Sontag zapoznaje się z gejowsko-lesbijskimi klubami, przeżywa pierwsze romanse z kobietami i na bieżąco obserwuje kulturę LGBT. W swoim dzienniku spisuje i definiuje slangowe określenia, zapisuje ostatnie słowa Gertrudy Stein, a już na Uniwersytecie w Chicago pisze pracę zaliczeniową o swojej ulubionej wtedy książce, „Nightwood”, którą komentuje w dziennikach w kwietniu 1949 roku: „Ja też chcę pisać w taki sposób – bogaty, rytmiczny – to mocna, doniosła proza, odpowiednia do tego, by oddać mityczne niejasności, które stanowią zarówno źródło, jak i strukturę doświadczenia estetycznego symbolizowanego przez język” (przeł. Dariusz Żukowski). Tymczasem Sontag poniekąd powtórzy fragment fabuły powieści Djuny Barnes: podobnie jak główna bohaterka, Robin, która wychodzi za mąż i rodzi dziecko, by następnie wyjechać do Paryża z kochanką, 24-letnia Susan opuszcza w 1957 męża i pięcioletniego syna po tym, jak w Wielkiej Brytanii spotyka swoją dawną kochankę, Harriet Sohmers, z którą zamieszkuje nad Sekwaną. Tuż po powrocie w 1958 roku rozwodzi się z Philipem Rieffem, który pod zarzutem lesbijstwa chce odebrać jej prawa do opieki nad synem. Mimo to w twórczości Susan Sontag nie znajdziemy namysłu nad estetyką lesbijską, za to pomogła ona w emancypacji estetyki gejowskiej, co zauważa Alice Kaplan, autorka książki „Dreaming in French” o wpływie doświadczeń francuskich na Jacqueline Kennedy, Susan Sontag i Angelę Davis: „«Notatki o kampie» uważane są za intuicyjne dostrzeżenie pola teorii queer jeszcze przed nadaniem jej nazwy. Nie zdając sprawy z własnego lesbijstwa, Sontag została ważną obrończynią męskiej homoseksualnej wrażliwości”.

Esencjalizm kobiecy, esencjalizm lesbijski

Dopiero końcówka lat 60. i lata 70. przyniosły drugą falę feminizmu i wdarcie się tematu seksualności kobiecej – w tym lesbijskiej – do debaty publicznej. Za symboliczny początek ruchu praw LGBT uznaje się zamieszki w Stonewell w 1969 roku, a pierwsza parada równości odbyła się w roku 1970. I choć homoseksualność kobiet zostaje upodmiotowiona, to warto zauważyć, że zarówno ich rola w ruchu kobiecym, jak i w trakcie epidemii AIDS, zostaje nierzadko sprowadzona do funkcji „pomocniczek” idei większej niż lesbijska widzialność. Do czasu pojawienia się klasycznych dziś tekstów problematyzujących lesbijstwo, takich jak „Le Corps lesbien” Monique Wittig z 1973 roku, „The Uses of the Erotic” Audre Lorde z 1978, „Przymus heteroseksualności a egzystencja lesbijska” Adrienne Rich z 1986 (wydana fragmentarycznie w tłumaczeniu Aleksandry Kamińskiej przy okazji „21 wierszy miłosnych”), by wymienić tylko kilka – relacje jednopłciowe wypływały na powierzchnię literatury w sposób, który dziś określilibyśmy mianem subwersywności.

Bibliografia dla zainteresowanych

„The Cambridge Companion to Lesbian Literature”, red. Jodie Medd, Cambridge University Press 2015.
„The Lesbian Premodern”, red. Noreen Giffney, Michelle M. Sauer, Diane Watt, Palgrave Macmillan 2011.
Imelda Whelehan, „The Feminist Bestseller”, Palgrave Macmillan 2005.
Judith M. Bennett, „«Lesbian-Like» and the Social History of Lesbianisms”, „Journal of the History of Sexuality”, vol. 9, no. 1–2.

Przykład? Lesbian pulp fiction: zaskakująca odnoga literatury popularnej w Stanach Zjednoczonych lat 50. i 60., sprzedawana na straganach czy dworcach. Funkcjonowała w obiegu książkowym na równi z westernami, horrorami czy romansami. „Jakkolwiek pulp novels dotyczące lesbijek pisali niekiedy mężczyźni i były one adresowane również do nich, to zostały odkryte przez lesbijki i stały się jednymi z najwcześniejszych tekstów nastawionych na masowego odbiorcę, w których lesbijki mogły dostrzec swoją reprezentację. Mimo że pulps gromadziły zróżnicowanych czytelników, wydawcy i pisarze szybko zauważyli ich potencjał zwiększenia czytelnictwa, a przez to też klientów. Wiele spośród tych książek pisanych było przez lesbijki, o lesbijkach, z myślą o lesbijskich czytelniczkach”, zauważa badaczka gatunku, Stephanie Foote. Chociaż lesbijskie powieści pulpowe zawsze kończyły się tragicznie: śmiercią, więzieniem, gwałtownym rozstaniem (notabene za pierwszą lesbijską powieść, która zakończyła się dobrze, uznaje się „The Price of Salt” – znaną dziś jako „Carol” – Patricii Highsmith z 1952 roku), jednocześnie przemycały przydatne informacje: gdzie kobiety mogą spotkać się w bezpiecznych warunkach, jak interpretować wysyłane znaki i jak je wysyłać. Lesbian pulp fiction możemy dziś naprawdę czytać jako czystą subwersję: z jednej strony wiele obiecujące okładki z roznegliżowanymi kobietami i tajemnicze tytuły; z drugiej kobiece imperium znaków, przeznaczonych tylko dla innych kobiet.

Teoretyczki, poetki i aktywistki, które dziś tak łatwo krytykujemy za esencjonalny drugofalowy feminizm i poszukiwanie kośćca „kobiecości”, pomogły w dostrzeżeniu lesbianizmu: Stowarzyszenie Bibliotek Amerykańskich przyznało Almie Routsong pierwszą Stonewall Book Award za lesbijską powieść historyczną, „Patience and Sarah”, w 1973 roku; równocześnie „Rubyfruit Jungle” Rity Mae Brown, historia dorastania i dochodzenia do niekiedy bolesnych wniosków, dotyczących konsekwencji swojej tożsamości seksualnej i pochodzenia, osiągnęła status bestselleru dzięki marketingowi szeptanemu.

Autorka najbardziej znanych dziś lesbijskich powieści, Sarah Waters, przyznała się do inspiracji książką Almy Routsong na wczesnych etapach swojej twórczości. Waters prezentuje z pozoru jednorodny świat Anglii drugiej połowy XIX wieku, by następnie ujawnić jego pęknięcia i sprzeczności. Dzięki tym lukom w systemie bohaterki jej powieści mogą sobie pozwolić na seksualne i tożsamościowe transgresje. Pisarka, której wiktoriańskie fabuły „Muskając aksamit” i „Złodziejka” doczekały się ekranizacji, jest najbardziej znaną lesbijską autorką w Polsce. Nie skłamię chyba, twierdząc, że to właśnie od niej młodsze i starsze kobiety, które odkrywają kulturę na literę L, rozpoczynają swoją eksplorację. Otrzymują zresztą świetnie skrojone, popularne powieści oparte na solidnej bazie historycznej.

Lesbianizm à la polonaise

No dobrze, ale co z rodzimą literaturą lesbijską? Czy musimy skupiać się na Paryżu i San Francisco, bo nie mamy nic do zaprezentowania na własnym poletku? I tak, i nie. Do dziś brakuje nam tłumaczeń większości klasyczek prozy i poezji lesbijskiej (poza wymienionymi wyżej przedstawicielkami myślę na przykład o Eileen Myles, Carol Ann Duffy, Hildzie Doolittle czy Violette Leduc). Poza najoczywistszym zespołem odniesień, złożonych z Safony, Virginii Woolf czy Jeanette Winterson, rzadko kiedy można spotkać eseje i artykuły o literaturze lesbijskiej.

Być może w relatywnym braku polskich powieści i poezji lesbijskich widzimy pośredni skutek tej białej plamy. Ten domagający się komentarza brak mógłby także wynikać z niepewności własnej tożsamości estetycznej i pomysłów na jej stwarzanie czy przetwarzanie. Do chlubnych wyjątków należy niedawno wydana „Lesbos” Renaty Lis, która próbuje naszkicować swoistą genealogię polskiej literatury lesbijskiej, przywracając pamięć choćby o Marii Dąbrowskiej i Annie Kowalskiej.

Zapewne najbardziej znaną – ale tylko zainteresowanym – pisarką lesbijską w Polsce jest nie Izabela Filipiak, ale Ewa Schilling. Ale jej proza poza tematyką nie ma wiele do zaproponowania. Stowarzyszenie Sistrum prowadzi cykl spotkań w Stole Powszechnym w Warszawie, ale jego założycielki – Monika Rak i Agnieszka Małgowska, od lat popularyzatorki kultury lesbijskiej – stwierdzają, że zależy im „na przełamaniu pewnego rodzaju myślenia o tworzeniu, kojarzonego z «profesjonalizmem»”. Ta wypowiedź ujawnia paradoks, który po części tłumaczy nieobecność literatury lesbijskiej: jej potencjalne promotorki – czy to osoby, czy środowiska, czy media – z rezerwą podchodzą do mainstreamu i nie doceniają chyba, w jaki sposób otwarcie się na bardziej ogólne nurty mogłoby pomóc w widzialności tej tematyki. Tymczasem lwia część utworów, które można by zaklasyfikować jako lesbijskie, to twórczość stricte internetowa, oparta w dużej mierze na „branżowych” portalach, takich jak kobiety-kobietom.com.

Nad Wisłą literatura lesbijska miałaby jeszcze wiele do zrobienia: może wyjść z niewidzialności, przedrzeć się przez niszę, a swoją potencjalną nieobecność zamienić na przestrzeń wolności. Zaryzykuję tezę, że wobec powszechnego „średniactwa” szczególnie polskiej prozy mogłaby ona wpuścić wiele świeżości do przewidywalnego obiegu nazwisk. O ile znajdą się odważne autorki; o ile znajdą się odważne wydawnictwa.