Nie jestem streetartowcem
fot. Edyta Jezierska / dzięki uprzejmości artysty i BWA Warszawa

Nie jestem streetartowcem

Rozmowa z Krystianem Truthem Czaplickim

Graffiti nie do końca wykorzystuje bogactwo, jakie stwarza przestrzeń publiczna. Język ulicy – od lampy, chodnika, po budynki – to pełen komplet narzędzi. Nie muszę dodawać już nic więcej

Jeszcze 2 minuty czytania

ZOFIA ZALESKA: Czy zgodziłbyś się na określenie cię mianem artysty streetartowego?
KRYSTIAN TRUTH CZAPLICKI: Nie, raczej miejskiego. Nie lubię i nie używam słowa street art. Nie jest to polska nazwa, wolę już dosłowne tłumaczenie, czyli sztuka ulicy. To określenie nie ma dla mnie aż tak negatywnych konotacji jak street art, ale tak naprawdę oba dosyć mocno wiążą się z naiwną estetyką. Nie ma znaczenia, czy mówimy o jakimś obiekcie, czy o muralu, dziś cały ruch kojarzy mi się ze zbędnym dekorowaniem i interwencjami nastawionymi na masowego odbiorcę. Z mojej perspektywy urok tworzenia w przestrzeni publicznej polega na tym, że prace mogą być bardzo osobiste, posiadać mocną warstwę intelektualną i w dalszym ciągu wyglądać jak naturalny element otoczenia. Z całej twórczości, którą na co dzień spotykam na ulicy, nadal chyba najbardziej podoba mi się nielegalne graffiti bazujące na literach.
 
Krystian Truth Czaplicki

ur. 1984 r. we Wrocławiu, absolwent Katedry Wzornictwa wrocławskiej ASP. Tworzy rzeźby i instalacje w przestrzeni publicznej. Brał udział w wielu wystawach zbiorowych i festiwalach, ostatnio w BWA Warszawa odbyła się jego pierwsza solowa przentacja: „The Changeling”.

krystiantruthczaplicki.blogspot.com

Podobne rzeczy mówił mi niedawno amerykański artysta JURNE: dla niego graffiti to przede wszystkim litery.
Zgadzam się z tym. Do dzisiaj, mimo że sztuka uliczna bardzo się rozwinęła, najlepsze są w niej najprostsze chromy w kolorach czerni i srebra, mało rozbudowane prace, które zachowują formę prostego graficznego znaku. Malując nielegalnie, artyści nie mają czasu, aby dopieszczać i dopracowywać swoje dzieła. W efekcie powstają rzeczy dużo czystsze, dla mnie – bardziej energetyzujące. Kilka prostych ruchów, wypełnienie i wystarczy – legalna twórczość często jest zbyt efekciarska.
 
Artyści graffiti, broniąc się przed oskarżeniami o zaśmiecanie i oszpecanie miasta, często odżegnują się od prostych tagów i argumentują, że ich dzieła na murach są pracochłonne i artystycznie przemyślane.
Tak, ale bronią wtedy najgorszej części swej twórczości. Wydaję mi się, że spontaniczność i ryzyko, które towarzyszy robieniu nielegalnych wrzutów jest dużą wartością tego ruchu, niepowtarzalną, choć, niestety, często nieprzyjemną dla właścicieli budynków. W Polsce najlepszy okres graffiti to końcówka lat 90. To był moment, kiedy odpowiednie osoby się za to brały.

fot. Edyta Jezierska / dzięki uprzejmości artysty i BWA Warszawa

To znaczy kto?
Na przykład grupa WTK w Warszawie, czy artysta Roite we Wrocławiu. W ich twórczości nie było żadnych zbędnych dodatków, same litery. Było widać, że wspólnie tym żyją, tworzą dla siebie, chcą zrobić jak najwięcej pociągów, jak najwięcej prac w mieście i mają z tego frajdę.
 
Sam malowałeś kiedyś graffiti?
Pod koniec liceum trochę eksperymentowałem ze sprejowaniem po murach. Zrobiłem kilka prac na bazie liter, ale były raczej nieudolne, po tym okresie pozostał mi pseudonim TRUTH. Potem, już na studiach na ASP we Wrocławiu, zainteresowałem się tym, czym zajmuję się teraz, czyli rzeźbą, formami przestrzennymi.
Epizod malowania na murach był dla mnie ważny, bo wtedy po raz pierwszy zobaczyłem, jak ogromne możliwości kryje w sobie przestrzeń miejska. Bardzo szybko zrozumiałem, że na ulicy można działać inaczej niż tylko jednowymiarowo na płaszczyźnie, że można bawić się kontekstem miejsca. Czułem, że graffiti nie do końca wykorzystuje bogactwo, jakie stwarza przestrzeń publiczna. Zauważyłem, że język ulicy, czyli wszystko, co nas otacza – od lampy, chodnika, po budynki i naturę wbudowaną w wytwory ludzkich rąk – to pełen komplet narzędzi. Nie muszę dodawać: sztucznych obiektów, bo wszystko, czego potrzebuję, znajduje się obok mnie. Dlatego w swoich rzeźbiarskich interwencjach bazuję przede wszystkim na składnikach miejskiego krajobrazu, a wszelkie dodatkowe elementy staram się dodawać oszczędnie i z umiarem. 


Swoje rzeźby i instalacje tworzysz w mieście legalnie czy nielegalnie?
Różnie. Jeśli projekty są większe, wymagają sporych funduszy i zaawansowanej technologii, to wtedy działam legalnie, bo inaczej się nie da. Nie udałoby mi się namówić fachowców, żeby pojechali ze mną gdzieś z wielką betonową bryłą i postawili ją tam nielegalnie. Jednak, gdy tylko mogę, staram się nie występować o jakiekolwiek pozwolenia. Gdybym zawsze się o nie starał, to zrobiłbym może dziesięć procent tego, co zrealizowałem do tej pory.

fot. Edyta Jezierska / dzięki uprzejmości artysty i BWA Warszawa

Twoje prace przypominają abstrakcyjne malarskie kompozycje – są eleganckie i nieinwazyjne, tymczasem grafficiarskie wrzuty są zazwyczaj barwne i krzykliwe. Czy dziś czujesz jeszcze jakikolwiek związek z buntowniczą miejską sztuką?
Może na pierwszy rzut oka tego nie widać, ale wierzę, że moje działania mają w sobie coś z energii nielegalnego graffiti, z jego bezpretensjonalności. Mój stosunek do przestrzeni publicznej ukształtowała twórczość różnych artystów: od konkretnych interwencji i cięć Gordona Matty-Clarka i sposobów, w jakie język natury wykorzystuje Andy Goldsworthy, przez społeczne zaangażowanie Beuysa, po przypisywanie prac do konkretnych lokalizacji przez Donalda Judda. Od długiego czasu niezmiennie lubię prace Rachel Whiteread, rewelacyjne są też malarskie rzeźby Phyllidy Barlow, która inspiruje się miastem.
Czuję się trochę samotnikiem, który krąży i poszukuje gdzieś na obrzeżach świata sztuki i środowiska ulicznych artystów. Na swoje prace staram się patrzeć nie tylko jak na efemeryczne rzeźby, ale również jak na obrazy. Wynajduję ciekawy dla mnie kadr w przestrzeni publicznej i dodaję do niego moją pracę, która jest jakby ostatnim pociągnięciem pędzla. Wraz z moją dziewczyną Edytą, która dokumentuje moje działania, staramy się uchwycić tę malarskość na zdjęciach.
 
Pokazujesz właśnie swoje prace w BWA w Warszawie. Czy nie masz wrażenia, że ściany galerii cię ograniczają, że twoje prace tracą w przestrzeni white cube'a?
Nie. Obiekty, które pokazuję w BWA różnią się od tych, które pokazuję w mieście, stworzyłem je specjalnie z myślą o sali galerii. Podobno niektóre osoby narzekały, że na wystawie znalazło się tak niewiele prac. Zależało mi na stworzeniu wrażenia pustki, w której dopiero po chwili ukazują się jakieś przedmioty czy rzeźby. To moja pierwsza solowa wystawa, na której nie ma dokumentacji działań miejskich i traktuję ją jako kolejny etap kształtowania własnego języka.
 
Praca w galerii sprawiała ci frajdę?
Tak. W przestrzeni publicznej czuję się swobodnie, ale też nie zawsze mogę zrobić wszystko, co bym chciał. Nie lubię zbyt ostentacyjnie ingerować w naturalny krajobraz. Możliwość współpracy z galerią to dla mnie nowa przygoda, swego rodzaju wentyl bezpieczeństwa, pozwalający eksperymentować i patrzeć na własną sztukę z innej strony. Oczywiście wciąż wolę działać na zewnątrz. W tworzeniu w środowisku ulicznym, zmiennym, najbardziej lubię czynnik zaskoczenia i niepewności. W galerii pracy nic nie grozi, na ulicy może zostać zniszczona, rozpaść się pod wpływem złej pogody, zarosnąć, ktoś może ją zamalować czy zasłonić. W galerii prace często są po prostu martwymi gadżetami do powieszenia na ścianach.

fot. Edyta Jezierska / dzięki uprzejmości artysty i BWA Warszawa

Twoje prace są osobiste i kameralne, często ukryte gdzieś w niepozornym miejscu. Czy odbiorca jest dla ciebie istotny?
Reakcje ludzi są dla mnie ważne. Czasem siadam gdzieś w pobliżu moich rzeźb i przysłuchuję się komentarzom przechodniów. Zdarzyło mi się już parę zabawnych historii. Gdy zamontowałem we Wrocławiu pracę z wielkich, białych styropianowych belek, ktoś zadzwonił do straży miejskiej i zaalarmował, że zdarzył się wypadek. Jeszcze tego dnia zwołano sztab kryzysowy, strażacy na linach spuszczali się ze zbocza, żeby wyciągać belki, przyjechali płetwonurkowie. Instalacja w całości istniała tylko dwie godziny. Organizatorzy projektu obawiali się, że miasto, które wyłożyło na moje działanie sporo pieniędzy, może mieć do nich pretensje, praca bowiem jeszcze przed otwarciem całego wydarzenia zniknęła. W końcu na wernisaż przygotowaliśmy jedynie fragment. Ale on też zniknął po jednej dobie, bo władze zdecydowały, że bele styropianu nie mogą zostać na długo bez ochrony, ponieważ stwarzają zagrożenie. Przez noc pilnowali ich wolontariusze z liceum. W pewnej chwili rozpętała się ulewa i licealiści schowali się przed deszczem gdzieś nieopodal. W tym czasie grupa pijanych mężczyzn zainteresowała się rzeźbą. Jeden z nich pływał nawet na jednej z belek po fosie, a potem odłożył ją dokładnie w to samo miejsce, z którego wziął.
 
I tak jest zawsze? 
W zasadzie z każdą pracą miałem jakieś przygody. Te opowieści, gdy powtarzam je zbyt często, przesłaniają osobisty charakter moich działań, a tego bym nie chciał. Nie jestem prowokatorem. Nie ustawiam swych rzeźb po to, aby wzbudzać kontrowersje.