Skwar

Skwar

Michał Oleszczyk

„Sierpień w hrabstwie Osage” nie tylko pachnie teatrem, ale z winy fatalnego puszczenia Meryl Streep samopas staje się czymś w rodzaju autoparodii, chwilami doprawdy trudnej do zniesienia

Jeszcze 2 minuty czytania

W jednej ze scen „Sierpnia w hrabstwie Osage” żona prosi męża, by ten dotknął jej pleców. Żar lejący się z nieba Oklahomy w pełni lata jest tak dotkliwy, że ludzie pocą się strugami. „Pomacaj, poczuj!”, droczy się korpulentna Mattie Fae z protestującym Charlesem, a para wybitnych aktorów (Margo Martindale i Chris Cooper) wspaniale odgrywa dialektykę intymności i odrazy, stanowiącą chleb powszedni niejednego starego małżeństwa.

Scena ta jest zaledwie jedną z wielu obserwacyjnych perełek w filmie opartym na sztuce Tracy’ego Lettsa, która zgarnęła w 2008 roku Pulitzera za fachowy flirt z Czechowem na bezkresnych równinach Midwestu. Letts jest nie tylko cenionym dramatopisarzem (William Friedkin zaadaptował dwie jego sztuki: „Robaka” i „Killer Joe”), ale i aktorem – otrzymał między innymi nagrodę Tony za udział w nowej wersji „Kto się boi Virginii Woolf?” Edwarda Albee’ego, wystawioną w Chicago w roku 2012. I to właśnie te dwa nazwiska, Czechow i Albee – rosyjski mistrz przyciszonej polifonii i rozkochany w histerii, bezlitosny Amerykanin – wyznaczają fundamenty, na jakich powstał „Sierpień w hrabstwie Osage”.

Mamy tu do czynienia z klasycznym wielopokoleniowym portretem rodzinnym: klan Westonów traci patriarchę w postaci zapijaczonego poety Beverly’ego (Sam Shepard), a uroczystości pogrzebowe stają się polem bitwy między nieznośną matką imieniem Violet (Meryl Streep), jej trójką córek, siostrą i całym orszakiem powinowatych (obsadzonych wedle hollywoodzkiego dogmatu all-star cast, od Benedicta Cumberbatcha po Abigail Breslin). Kolacja po pochówku przybiera rozmiary epickiej katastrofy napędzanej kwestiami spadkowymi, pokoleniowymi i charakterologicznymi – a na największą rewelację związaną z niezamierzonym kazirodztwem i tak trzeba jeszcze poczekać…

Amerykański plakat filmu, ukazujący Meryl Streep sczepioną w bójce z Julią Roberts, obiecuje coś na kształt babskiego kina lat 80., definiowanego przez takie klasyki, jak „Stalowe magnolie” (1989) czy „Wariatki” (1988), które można by od biedy określić jako estrogen exploitation. Film Wellsa częściowo spełnia tę obietnicę, wpuszczając nas do ekskluzywnego kurnika, w którym plejada hollywoodzkich aktorek dostaje wymarzony materiał do prezentacji całej gamy emocji i poruszenia tematów, o których faceci zazwyczaj nie chcą słuchać (nieczęsto widzimy Julię Roberts dywagującą o najlepszej możliwej nazwie dla matczynej waginy). Wisienką na torcie jest długo wyczekiwana scena, w której Roberts wydziera się na Streep, każąc jej „żreć jebaną rybę” – podobnie jak słynne „przynieś mi siekierę” z „Najdroższej mamusi” (1981), tak i ta linijka dialogu jest gotowym kampowym klasykiem.

Problem z tym filmem, wyreżyserowanym aptekarsko przez Wellsa (który ma w swej producenckiej filmografii ponad 300 odcinków „Ostrego dyżuru”), polega na niedostatecznym przemyśleniu całości w kategoriach czysto filmowych. „Sierpień…” nie tylko pachnie teatrem, ale z winy fatalnego puszczenia Meryl Streep samopas staje się czymś w rodzaju autoparodii, chwilami doprawdy trudnej do zniesienia. Estyma Streep jest na tym etapie tak wielka, że nie daje się jej reżyserować: jeśli wierzyć relacjom insiderów, przychodzi na plan z rolą dopracowaną w najdrobniejszych szczegółach, od manieryzmów głosowych do tików i gestów, po czym umieszcza ją w filmie niczym spiżowy odlew gotowy do wmurowania w fasadę. O ile apogeum tej (autystycznej z ducha) maestrii była koszmarna „Żelazna dama”, o tyle „Sierpień w hrabstwie Osage” stanowi spektakl manieryzmu, w którym Streep odgrywa Violet (narkomankę, wiedźmę i furiatkę w jednej osobie) trochę tak, jakby była na broadwayowskiej scenie i grała do ostatniego rzędu na najwyższym balkonie. Nawet jej peruka staje się aktorskim fetyszem: nieustannie poprawiana i przekręcana, świadczy o tym, że – jak mawiają Amerykanie o aktorzeniu – Streep pożre każdą scenerię i umiar jest jej obcy. 

Samolubność Streep jako aktorki odbija się niekorzystnie na całości filmu. Przede wszystkim uwydatnia zimną kalkulację obecną w tekście Lettsa, dla którego sentencyjność jest rodzajem narkotyku – co druga linijka ma zapadać w pamięć i wydawać się „kluczowa” (już pierwsze słowa padające z ekranu są banalnym cytatem z T.S. Eliota). Nagromadzenie bon motów staje się po czasie męczące, mimo że ulgę przynoszą liczne momenty ciche i niepozorne, jak owa scena ze spływającą potem, cudowną w swej roli Margo Martindale. Proporcje ulegają zaburzeniu i to, co miało szansę stać się tkanką filmu, zostaje relegowane do funkcji ornamentu.

Tematem całości jest pokoleniowa sztafeta urazów, w której mimowolnie odbija się historia jako taka. Protestancko-katolicka rodzina Westonów (mówiące nazwisko, czyż nie?) stanowi ucieleśnienie dziejów Stanów Zjednoczonych: od wymagającego żelaznej krzepy i determinacji osadnictwa, poprzez akumulację majątku, aż po powolne przeżeranie profitów przez pokolenia wychowane w dobrobycie (zarzutem najczęściej wypowiadanym przez matronę Streep jest pełne pogardy: „Co ty wiesz o prawdziwym życiu?”). Opowieść o upokorzeniu, jakiego doświadczyła Violet, otrzymując od swej matki ubłocone buciory zamiast wymarzonych modnych trzewików, jest spuentowana obecnością Breslin, dla której jedzenie mięsa jest równoznaczne z „pożeraniem strachu”, a błota zapewne nigdy nie oglądała. Pokoleniowa ciągłość nie istnieje w tym filmie inaczej, niż na zasadzie nieznającej zawieszenia wojny wszystkich ze wszystkimi.

„Sierpień w hrabstwie Osage”,
reż. John Wells. USA 2013,
w kinach od 24 stycznia 2014 
Celna obserwacja Lettsa polega  na wskazaniu, iż niezbędna do kolonialnej ekspansji twardość i bezwzględność odbija się w kolejnych pokoleniach traumami i poczuciem osamotnienia. Aliści film ponosi porażkę także i na tym polu, popełniając swoisty grzech zaniechania. By dokładnie przeanalizować, jaki koszt niosło ze sobą przekształcanie spalonych słońcem równin w hrabstwa takie jak Osage, należałoby skupić się na dziedzictwie ludzi, którzy zostali wymordowani, by zrobić miejsce dla klanu Westonów – a mianowicie rdzennych Amerykanów, reprezentowanych tu przez pomoc domową imieniem Johnna (Misty Upham). Niestety, postać Indianki pozostaje całkowicie na marginesie, a jej jedyne osiągnięcie w całym filmie polega na uratowaniu białej wnuczki swej pracodawczyni przed erotycznymi zakusami starszego mężczyzny. Niedaleko jej do „dobrych” Indian ze starych westernów, co należy uznać za dość niepokojące, zważywszy na postęp, jaki rzekomo dokonał się w kwestiach rasowych.

Oczywiście, że oglądanie plejady aktorów w jednym filmie jest frajdą – niektóre role naprawdę mają posmak rodzinnego zjazdu po latach (bo też i kiedy ostatnio dane nam było przebywać tak długo w towarzystwie cudownej Juliette Lewis…?). Niestety, teatralny bagaż połączony z szarżą Streep i przemilczeniami zawartymi w tekście źródłowym nie pozwalają patrzeć na „Sierpień…” jako na coś więcej niż tylko zręczną konfekcję: niby zainteresowaną dociekaniem, czym jest Ameryka, tak naprawdę zaś pomyślaną jako opatentowany przekładaniec jadu i sacharyny, opisywany jako „bezlitosna wiwisekcja”, a stanowiący w istocie mamałygę skleconą z banalnych obserwacji i dyżurnych klisz.