Fatalne zauroczenie

Fatalne zauroczenie

Michał Oleszczyk

Jeśli to rzeczywiście ostatni film Soderbergha, to stanowi pożegnanie w najlepszym możliwym stylu, będące zarazem kwintesencją tego, co najbardziej kocham w kinie: mistrzostwa warsztatu, które pozwala reżyserowi zarazem grać w zgodzie z konwencją, jak i naginać ją w każdą stronę, jaką tylko podyktuje temat opowieści

Jeszcze 2 minuty czytania

Znajomy wrzucił zdjęcie na fejsa: warszawskie kino, trzy wielkie plakaty, wszystkie homo. Chłopaki z „Płynących wieżowców” dyszą sobie w twarz, dziewczyny z „Życia Adeli” śmieją się radośnie, a Michael Douglas obejmuje uszminkowanego Matta Damona, zapraszając na seans „Wielkiego Liberace”. Tęcza płonie na placu Zbawiciela, ale w arthousie królują płonące istoty, jak określiłby je Jack Smith. Spośród tych trzech filmów jeden otrzymał Złotą Palmę, jeden otrzymać ją powinien, a jeden traktowany jest nad Wisłą jako kamień milowy tak wielki, że nawet Palma może być co najwyżej paprotką schnącą w jego cieniu. Ja głosuję na Soderbergha.

Niektórzy twierdzą, że „Wielki Liberace” – nakręcony dla telewizji HBO i trzymający się wiernie reguł tak zwanego biopicu – jest zbyt tradycyjny w formie, by uznać go za wybitne osiągnięcie. Absolutnie się z tym nie zgadzam. W ostatnich latach Soderbergh, jako jedyny bodaj w całym kinie światowym, osiągnął stopień sprawności i elastyczności formalnej, jaki wcześniej był udziałem tylko i wyłącznie studyjnych mistrzów złotej ery Hollywoodu, takich jak Hawks, Ford i Hathaway. Tematyczna rozpiętość filmów Soderbergha, a także jego gatunkowa wszystkożerność, połączone z laserową precyzją reżyserii, montażu i zdjęć (za które odpowiada sam, podpisując się pseudonimem Peter Andrews), najzwyczajniej nie mają sobie równych. „Wielki Liberace”, zapowiadany jako ostatni film w jego karierze, jest najwybitniejszym bodaj osiągnięciem mistrza, godnym stanąć obok „Solaris”, „Ściganej” i „A Girlfriend Experience”.

Opowieść o Liberace, słynnym w Stanach Zjednoczonych pianiście estradowym, którego persona sceniczna tonęła w chmurach brokatu i strusich piór, skupia się na ostatniej dekadzie jego życia i burzliwym romansie z młodym mężczyzną o imieniu Scott. Tego ostatniego gra Matt Damon, dokonujący cudów cielesnej transformacji: od blond anioła z twarzą obramowaną lokami à la 1977, do wyniszczonego uzależnieniami mężczyzny zmienionego przez operacje plastyczne. Największym atutem filmu jest jednak absolutnie powalająca rola Michaela Douglasa jako Liberace, nota bene naszego rodaka noszącego wdzięczne imię Władziu, ubóstwiającego Chopina i Paderewskiego.

„Wielki Liberace”, reż. Steven Soderbergh

Bohater Soderbergha jest wcieleniem medialnego paradoksu: mężczyzną jednocześnie skrywającym swój homoseksualizm i buzującym od „przegiętych” manieryzmów ku uciesze tłumu. Liberace zdążył uwieść Amerykę jeszcze zanim rewolucja obyczajowa uświadomiła społeczeństwu istnienie gejowskiej kultury i jej charakterystycznych kodów (z campem na czele). W latach 70. był uroczym, ale wciąż oglądanym anachronizmem bardziej niewinnej epoki. Wciąż „czekał na właściwą dziewczynę”, był „wrażliwy”, „wymyty”; był wujkiem-kawalerem kończącym właśnie czterdziestkę, żywiącym niecodzienne umiłowanie do pięknych doniczek i dziergania na drutach. Jako postać medialna pod pewnymi względami przypominał naszego Bogusława Kaczyńskiego.

Kiedy widzimy go po raz pierwszy – Soderbergh opóźnia ekranową introdukcję – Liberace jest ledwie punkcikiem na scenie, uwodzącym publiczność teatralną gadką szmatką i iluzją interaktywności, zachęcającym do rytmicznych okrzyków. Kiedy wreszcie dostajemy zbliżenie, biel zębów Douglasa może konkurować z bielą klawiatury, na której gra. Muzyczna adaptacja jest dziełem Marvina Hamlisha – film wypełniony jest hitami w wykonaniu Liberace, który sięgał po klasykę, jazz i pop, tworząc koktajl zarazem przyjazny, ożywczy i bezalkoholowy. Nie ma wątpliwości, że główną atrakcją jego występów była sceniczna persona, jaką wymyślił: połyskujące fraki, żaboty, starannie farbowany kask nieruchomej czupryny. Innymi słowy: atrybuty biseksualnego glam rocka, tyle że pozbawione elementu buntu. Ot, dumnie noszona zbroja estradowego człowieka, który przez lata występował jako „Mr. Showmanship”.

Jest wielkim osiągnięciem Douglasa, że jego rola ani razu nie ześlizguje się w małpowanie à la Meryl Streep: aktor pracuje od wewnątrz, wszelkie manieryzmy jego bohatera wydają się naturalnym przedłużeniem wrodzonej delikatności i umiłowania kiczu, a nie czymś, co zostało narzucone przez setki godzin naśladowania historycznych nagrań. Matt Damon dzielnie dotrzymuje kroku swemu partnerowi – w efekcie powstaje jeden z najbardziej zniuansowanych i niejednoznacznych portretów homoerotycznej relacji, jakie kiedykolwiek widziałem na ekranie – wzbogacony tym, że w główne role wcielają się tu gwiazdorzy pierwszej wielkości.

„Wielki Liberace”, reż. Steven Soderbergh 

Ów ojcowsko-synowsko-bratersko-koleżeńsko-erotyczny splot, przewiązany wstęgą milionów dolarów i podany jako historyczne świadectwo początku epoki AIDS, jest tak pełen znaczeń jeżących się w każdej scenie, że film daje się kroić nożem: nie ma tu ani krztyny sentymentalnej kalkulacji, grama melodramatu. Mimo tematycznych zbieżności, „Wielki Liberace” znajduje się lata świetlne od ciotowskich (by posłużyć się terminem Michała Witkowskiego) fantazji w typie „Śmierci w Wenecji” czy „Ludwiga – szalonego króla”, w których homoerotyczna fascynacja pięknem absolutnym wydzielała woń zarazem słodką, nadpsutą, jak i zionącą formaliną. Soderbergh nie tyle nurza się w uniesieniach, ile zdaje z nich sprawę i oddaje im sprawiedliwość. Liberace kocha Scotta tak bardzo, że chce przykleić do tej miłości wszystkie dostępne etykietki naraz – nie dba o to na przykład, że role starszego brata i kochanka mogą się wzajemnie wykluczać.

„Wielki Liberace”, reż. Steven Soderbergh.
USA 2013, w kinach 0d 29 listopada 
Jeśli jest to rzeczywiście ostatni film Soderbergha, to stanowi pożegnanie w najlepszym możliwym stylu, będące kwintesencją tego, co najbardziej kocham w kinie: mistrzostwa warsztatu, które pozwala reżyserowi zarazem grać w zgodzie z konwencją, jak i naginać ją w każdą stronę, jaką tylko podyktuje temat opowieści. Ręka mistrza ujawnia się już w pierwszej scenie, w której montażowe cięcie brutalnie podkopuje dynamikę barowego podrywu, zwiastując tym samym główny temat całości, jakim jest natura nienasycenia. Film jest ucztą pod każdym względem – także obsadowym, bo mamy tu jednocześnie wygrzebanych z medialnej niepamięci Scotta Bakulę, Roba Lowe’a, Dana Aykroyda, jak i Debbie Reynolds, gwiazdę „Deszczowej piosenki”, jako mamę Liberace. Szkoda trochę, że Soderbergh nie zatopił mocniej zębów w polskość i katolickość bohatera: owe dwa życiodajno-śmiercionośne soki, dodające jego namiętnościom smaku. Poza tym jednym zastrzeżeniem mogę nazwać „Wielkiego Liberace” arcydziełem.