Stopnie oddalenia
fot. Kevin Thomas Garcia

Stopnie oddalenia

Rozmowa z Omarem Sangare

Po śmierci Elżbiety Czyżewskiej odbyło się spotkanie ku jej czci w Actors Studio. John Guare wygłosił na nim mowę, a potem napisał sztukę, którą gramy w Nowym Jorku

Jeszcze 3 minuty czytania

MICHAŁ OLESZCZYK: Tytuł sztuki Johna Guare’a, w której wystąpił pan w nowojorskim Atlantic Theater Company – „Trzy przypadki wygnania” – opowiada o losach trojga emigrantów: Karela Reisza, Elżbiety Czyżewskiej i Witolda Gombrowicza. Podtytuł drugiego segmentu, „Elżbieta Erased”, podpowiada nam, że Czyżewska została wpierw wygnana, a następnie „wymazana”. Czy tak było rzeczywiście?
OMAR SANGARE: Elżbieta była wygnańcem na własne życzenie. Opuściła Polskę na fali skandalu, jakim było jej małżeństwo z amerykańskim dziennikarzem Davidem Halberstamem. Później o jej wygnaniu zadecydowano za nią. Wiele osób wymazało ją z pamięci. Okazało się, że jest wygnańcem, który nie ma zawodowego powrotu do Polski. Było to dla niej bolesne doświadczenie, kiedy po latach wróciła na parę miesięcy, żeby zagrać w „Szóstym stopniu oddalenia” w Teatrze Dramatycznym w Warszawie. Zignorowana przez tak zwanych przyjaciół, zlekceważona przez środowisko artystyczne, nie znalazła dla siebie miejsca i wróciła do Nowego Jorku.

Pan brał udział w tym spektaklu, grając rolę Paula: czarnego chłopaka z nizin, który dzięki sile wyobraźni (i kłamstwa) wkupia się w łaski zamożnego małżeństwa nowojorskich handlarzy sztuki. Miał pan okazję z bliska obserwować odrzucenie, jakiego doświadczyła Czyżewska. Jakie było jego podłoże?

Omar Sangare

Aktor, reżyser, producent, wykładowca i pisarz. Ukończył Akademię Teatralną w Warszawie. Studiował pod okiem m.in. Tadeusza Łomnickiego i Andrzeja Wajdy. Zaproszony przez Brytyjsko-Amerykańską Akademię Teatralną, współpracował z Jeremym Ironsem i Derekiem Jacobim w Balliol College w Oksfordzie. W 2006 roku otrzymał stopień naukowy doktora w Akademii Teatralnej w Warszawie. Podczas Festiwalu Teatralnego w Edynburgu prowadził Master Class dla przedstawicieli Młodzieżowego Parlamentu Europejskiego. Współpracował m.in. z Uniwersytetem Kalifornijskim w Los Angeles, San Diego i Santa Barbara, Uniwersytetem Wesleyan oraz Londyńską Akademią Muzyczną i Teatralną. Obecnie wykłada na Wydziale Sztuk Teatralnych w Williams College. Jest założycielem i dyrektorem artystycznym dwóch festiwali teatralnych w Stanach Zjednoczonych – Dialogue ONE i United Solo Theatre Festival.

Odpowiadając ogólnie i pewnie niesprawiedliwie dla niektórych osób: Elżbieta spotkała się z ostracyzmem. Jej telefon milczał; wielu przyjaciół świadomie unikało jej w Polsce. Jej próba integracji ze środowiskiem nie przyniosła nic poza epizodem w filmie Jana Łomnickiego „Szczur”. Przykładem, który najlepiej obrazuje ten jej trudny powrót, jest próba dodzwonienia się do dawnego przyjaciela, który w tamtym czasie był dyrektorem teatru na Powiślu w Warszawie. Telefon odebrała żona. Czyżewska usłyszała, że razem z mężem wiedzą o jej wizycie w Polsce. Przepraszają, że nie mieli okazji zadzwonić do niej i na pewno to jeszcze zrobią – tylko trochę później, bo mąż w tej chwili ogląda swój występ w premierze Teatru Telewizji. Inne próby komunikacji z wieloma przyjaciółmi były podobnie syzyfowe.

Czy na tym etapie, po trudnych przecież doświadczeniach nowojorskich, Czyżewska nie miała pancerza, który uodporniłby ją na takie sytuacje?
Sarkastyczne poczucie humoru było jej pancerzem. Potrafiła dostrzec absurd wielu sytuacji, ich gorzki, karykaturalny komizm. To pozwalało jej przetrwać.

Jak pan wspomina współpracę nad „Szóstym stopniem…”?
To doświadczenie pozwoliło mi poznać ryzyko wpisane w zawód, na jaki się zdecydowałem. Debiutowałem wtedy tuż po ukończeniu warszawskiej Akademii Teatralnej. Na przykładzie pracy w Dramatycznym i współpracy z Elżbietą mogłem obserwować mechanizmy w relacjach środowiskowych. Było to doświadczenie, które podziałało jak szczepionka – jej silna dawka przygotowała mnie na pracę przy dalszych projektach. W show-biznesie bywają chwile konstruktywne, ale i konfliktowe. Praca nad tym spektaklem obfitowała w jedne i drugie.

„Elżbieta wymazana” ma formę zarazem wykładu, dwugłosu i psychodramy. Stoicie panowie przed publicznością razem z Johnem Guare’em (dla którego jest to nota bene debiut aktorski) i zdajecie relację z dramatycznych wydarzeń, w które obfitowało życie Elżbiety. Czy role panów były ściśle oddzielone w tekście? Na scenie dość mocno się przenikają.
Zaczęło się od pomysłu zarejestrowania jednego głosu, który opowiedziałby całą historię. Po śmierci Elżbiety, w czerwcu 2010 roku odbyło się w Actors Studio spotkanie ku jej czci.  Byłem gościem na tym spotkaniu, a John Guare wystąpił wtedy z mową pożegnalną. Sposób, w jaki zwierzył się ze swoich przemyśleń, był niezwykły, wielowątkowy, pełen ekspresji. Po tym wystąpieniu podszedłem do Johna i powiedziałem mu, że miałem wrażenie, iż byliśmy świadkami przedstawienia teatralnego. Myślę, że to właśnie zainspirowało go do rozszerzenia tej improwizacji i napisania sztuki, która byłaby zatrzymaniem wrażeń dotyczących Czyżewskiej. Spotykaliśmy się wielokrotnie, wspominając Elżbietę i przerzucając się anegdotami. Często okazywało się, że pewien fakt widzimy diametralnie różnie – że pewne zdarzenia dla amerykańskiego dramatopisarza są zabawne, a z perspektywy aktora z Polski już nie tak bardzo. Patrzyliśmy na Elżbietę jak na diament załamujący światło jej życiorysu na rozmaite sposoby.

John Guare „3 Ways of Exile”, reż. Neil Pepe. Atlantic Theater Company, maj/czerwiec 2013
/ fot. Kevin Thomas Garcia

Pomimo że ten segment sztuki ma strukturę litanii niepowodzeń, odbiera się go jako hołd dla wewnętrznej siły Czyżewskiej. Dodatkowej ironii przydaje pańska obecność na scenie. Przecież panu udało się to, co Elżbiecie nie wyszło – zaistniał pan w Stanach i robi pan tu karierę. Moment, w którym pańskie zdjęcie pojawia się z tyłu sceny i widzowie orientują się, że jest pan nie tylko aktorem w „Trzech przypadkach wygnania”, ale i częścią historii Czyżewskiej, ma wielką siłę.
Elżbieta odniosła swój sukces. Niezaprzeczalnie, ta nowa sztuka Johna Guare’a jest jej wielkim sukcesem – w tym wymiarze ponadczasowym. W metaforycznym sensie, Elżbieta jest znowu na scenie. Jej życie zostało uhonorowane poprzez teatr. Cieszę się, że mogę być tego świadkiem, i że mogę brać w tym udział.

Trzeci segment sztuki Guare’a opowiada o emigracji Witolda Gombrowicza i jest po części adaptacją jego tekstów, zwłaszcza „Trans-Atlantyku”. Widzimy spektakularne zapasy z polskością, z których Gombrowicz jest oczywiście znany. Pan natomiast – jako aktor, nie jako postać sceniczna – wydaje się w nich nie uczestniczyć. Często występuje pan jako dumny ambasador polskiej kultury. Czy ten antagonizm z polskością, który definiuje Gombrowicza, jest panu zupełnie obcy?
Zabrzmi to banalnie, ale czasy się zmieniły – i to bardzo. Czasy Gombrowicza i Czyżewskiej były okresem wymagającym od ludzi dramatycznych decyzji życiowych. Dzisiaj postanowienia dotyczące miejsca dla realizacji marzeń osobistych czy artystycznych wydają się łatwiejsze. Podróżowanie jest łatwiejsze. Ludzie – tak mi się wydaje – łatwiej przystosowują się do nowych warunków, mogą korzystać w podwójnego obywatelstwa. Nowe czasy dają szansę realizacji w wielu miejscach naraz. Świat się zmniejszył, a szanse zwiększyły. Mogę promować swoją książkę „Otello, biały z zazdrości” i rozmawiać o niej w porannej audycji telewizyjnej przy ul. Woronicza, a wieczorem tego samego dnia grać w teatrze w Nowym Jorku. Gdziekolwiek jestem, będę jednak przede wszystkim Polakiem – w Polsce się urodziłem, rozpocząłem karierę, poznałem wartość teatru polskiego, po latach otrzymałem tytuł ambasadora rodzinnego miasta, Stalowej Woli. Polska jest moją pierwszą i jedyną ojczyzną.

Na scenie gra Pan osobliwego kusiciela, namawiającego Gombrowicza na pozostanie w Argentynie nie za pomocą argumentów praktycznych, ale dzięki sile sugestii i erotycznego, zmysłowego oddziaływania.
Omar Sangare / fot. Kevin Thomas GarciaPodoba mi się u Gombrowicza jego wielkie upodobanie do prowokacji. Postać, którą zagrałem w trzeciej części, jest właśnie kwintesencją prowokacji. Gombrowicz ląduje na obcej ziemi i podąża za głosem zachęcającym go do odkrywania nowych wrażeń i nowej dla Gombrowicza sensualności. Jest to postać mistyczna – prowokuje nie tylko fizycznością, ale także poprzez duchowy i metaforyczny przekaz. Przypadek Gombrowicza inspiruje mnie do podejmowania ryzyka. Poprzez prowokację i ryzyko spełniam swoje marzenia. Dzięki takiemu podejściu do życia udało mi się zrealizować projekty, które inaczej nie miałyby racji bytu. To w taki sposób przyjechałem na festiwal teatralny do Nowego Jorku w 1997 roku i w taki sposób zostałem przyjęty jako wykładowca do Williams College.

No właśnie. Ma pan duże doświadczenie jako pedagog. Jaka jest różnica w pracy ze studentami amerykańskimi i polskimi, bądź szerzej: europejskimi?
Z amerykańskim studentem należy zacząć od pochwał. W pracy ze studentem w Europie można rozpocząć od szczerej krytyki. Sposób komunikacji profesorów w Warszawie przyprawiał wielu studentów o tremę i traumę, ale jednocześnie przygotowywał ich na bezwzględny i krytyczny świat show-biznesu. W Ameryce studenci kształcą się w atmosferze bezstresowej i promującej pozytywny styl bycia. Nie oceniam żadnego z tych stylów nauczania; dostrzegam jedynie różnice.

Co dla Pana, jako aktora, oznacza doświadczenie wielojęzyczności?
To mój ojciec, który zna ich sześć, zainspirował mnie pazernością w poznawaniu języków obcych. Odwiedzałem go w młodości w Afryce. Uczenie się języków ma dla mnie znaczenie nie tylko profesjonalne (przydatne przy nawiązywaniu kontaktów), ale jest też swoistym doznaniem emocjonalnym i osobistym. Specyficzna forma danego języka kształtuje ludzkie zachowania. Melodyka francuskiego może rozwijać łagodność, niemieckiego – logikę, a angielskiego – pewność siebie. Myślę, że wiele emocji udało mi się wyrazić w języku angielskim pełniej niż w polskim. Wiele lat temu wyjechałem za granicę z monodramem, który miał premierę w Teatrze im. Słowackiego w Krakowie. Pracując nad anglojęzyczną wersją „Recenzenta naprawdę teatralnego”, musiałem artykułować tę samą treść sztuki nie tylko poprzez inny język, ale i nową mowę ciała. Nie tylko informacja jest ważna, ale i jej interpretacja. Doświadczyłem innego rytmu przepływu myśli, wykorzystywałem inne gesty, odkrywałem nowy sposób interakcji z widzem. W taki sposób poznawałem samego siebie, a przy okazji kulturę anglosaską.

Wkrótce odbędzie się czwarta już edycja pańskiego festiwalu United Solo, odbywającego się przy 42. ulicy w Nowym Jorku i poświęconego sztuce monodramu.
Moją aspiracją było stworzenie miejsca, w którym artyści solowi z całego świata mogliby dzielić się swoją twórczością. W tym roku przez dwa miesiące będziemy prezentować ponad sto monodramów z sześciu kontynentów. Już po raz czwarty stworzymy możliwość niezwykłej podróży po świecie. Przychodząc na nasz festiwal, można oglądać paletę zmieniających się form i opowieści z najróżniejszych zakątków świata. Jest to inspirujący (a także najtańszy) rodzaj podróżowania w naszych czasach. Scena staje się wehikułem podróży w odległe miejsca i czasy – ten aspekt teatru nie przestaje mnie fascynować.