Biblioteka przygnieciona książką
rys. HikingArtist.com / Flickr CC

Biblioteka przygnieciona książką

Michał Danielewicz

W potocznym odbiorze biblioteka jest zatęchłym i nudnym miejscem, gdzie czas stanął w miejscu i nawet muchy wolniej latają. Z taką gębą trudno wejść w rolę lokalnego ośrodka kultury

Jeszcze 3 minuty czytania

„Ze szkolnego spotkania autorskiego na warszawskiej Pradze pisarka wyszła całkiem zadowolona. Młodzież robotniczego pochodzenia była wprawdzie umiarkowanie lotna, ale mimo wszystko obeznana z jej twórczością spoza listy lektur”. Taką urokliwą pocztówkę z 23 maja 1951 roku (środa) można znaleźć w „Dziennikach” Marii Dąbrowskiej. Osoby zmartwione stanem czytelnictwa w Polsce mogłyby się wzruszyć. Próbuję wyobrazić sobie tamtą scenę w aktualnych realiach: Sylwia Chutnik z wizytą w poślednim liceum, otoczona dyskutującymi uczniami – raczej „Cwaniary”, czy może jednak „Kieszonkowy atlas kobiet”?

Gdy gdzieś pod koniec lat 90. po raz pierwszy usłyszałem o czytelnictwie, powiedzieli, że spada. Statystyczny trend okazał się trwały w perspektywie średnio- i długookresowej (ponoć ostatnio wzrosło w 1992). W czasach płynnej ponowoczesności spadające czytelnictwo urasta do rangi ostatniego pewnika.

Jeszcze do niedawna dominowało przekonanie, że efemeryczne uczestnictwo w kulturze najpełniej krystalizuje się w czytaniu książek. Na tak rozumianą kulturę istniało też niemałe zapotrzebowanie. Biblioteka publiczna jako instytucja zajmująca się głównie udostępnianiem książek była całkiem sensowną propozycją w społeczeństwie przynajmniej od czasu do czasu zajmującym się ich czytaniem. Mogę sobie wyobrazić rozległą sieć państwowych wypożyczalni rzeźb, obrazów, a nawet kaset wideo i DVD, ale rozumiem, dlaczego są to akurat książki.

Przez lata biblioteka wypracowała autorski entourage. Ustawione ciasno regały z książkami po brzegi i sufit. W centralnym miejscu biurko bibliotekarki niczym wyspa ocalenia dla zagubionych w wąskich korytarzach, najeżonych grzbietami lit. amerykańskiej, polskiej i innej. W pobliżu biurka biblioteczny okaz: radośnie zielona paproć, bujna zroślicha, boska monstera albo chociaż skromne drzewko szczęścia. Wreszcie biblioteczny mózg, katalog książek – niegdyś papierowy w drewnianej obudowie, dziś wstydliwie zepchnięty do kąta przez układy scalone pod beżową blachą. Jest Internet Explorer, bywa Firefox, a nad monitorem karteczka z zakazem gry w Tibię, OGame czy inne uzależniające sieciówki.

Przede wszystkim jednak podłoga. Mimo kilkudziesięciu wizyt w przeróżnych bibliotekach w ramach badań terenowych i poza nimi, lśniące tafle wciąż potrafią mnie zafascynować. Nie znajdziecie im równych, chyba że w innej bibliotece. Dlatego do tradycyjnych bibliotecznych skojarzeń – książka i cisza – dorzucam jeszcze czystość. Tysiące książek na półkach i ani śladu kurzu.

Technokratyczne pojęcie „instytucji kultury”, abstrahujące przeróżne byty kulturotwórcze, w mniejszych miejscowościach swe ucieleśnienie znajduje najczęściej właśnie w bibliotece. W obliczu czytelniczej redukcji formuła publicznej biblioteki jako miejsca gromadzenia i wypożyczania książek okazuje się coraz mniej przekonująca. Tym bardziej że nieraz to jedyny wspierany publicznie instytucjonalny wentyl kultury na terenach nisko zurbanizowanych. Bibliotekarze coraz częściej próbują stawić czoło tej odpowiedzialności i mierzyć się z kulturą pozaliteracką.

Działania i projekty – wychodzące do ludzi i naprzeciw ich potrzebom – skracają dystans pomiędzy biblioteką a mieszkańcami. Ich wartość polega również na tym, że pozwalają spojrzeć na to miejsce świeżym okiem, pomagają wzbić się ponad schemat miejsca ciszy, książek i lśniących podłóg. Dominujący wizerunek zdaje się bowiem mieć więcej wad niż zalet. Mówiąc krótko i dosadnie, w potocznym odbiorze biblioteka na ogół jest po prostu zatęchłym i nudnym miejscem, gdzie czas stanął w miejscu i nawet muchy wolniej latają. Z taką gębą trudno wejść w rolę lokalnego ośrodka kultury.

Gminna Biblioteka w Bralinie / dzięki uprzejmości Towarzystwa Inicjatyw Twórczych „ę”

Ogólna prawidłowość jest taka, że im słabszy kontakt z biblioteką, tym mniej pochlebny jej obraz. Najlepiej wypada ona w oczach regularnych użytkowników, co samo w sobie nie jest dziwne. Zastanawia natomiast to, że lepiej o swojej bibliotece wypowiadają się na ogół ci, którzy widzą w niej instytucję bliższą raczej klubokawiarni czy domowi kultury niż wypożyczalni książek – największą zaletą biblioteki bywa to, że jej nie przypomina. To taka biblioteka, która angażuje się w różne działania, projekty i wydarzenia. Biblioteki jako biblioteki chce i potrzebuje coraz mniej osób – nawet jeśli niewielu mówi o tym wprost: bo nie wypada, bo nikt nie chce być posądzony o bycie „niekulturalnym”, bo kult książki jest tak głęboko zinternalizowany społecznie, że choć niewielu po nią sięga, to nikt nie podniesie na nią ręki.

W każdym razie wizerunek lepiej potraktować jako rodzaj zwierciadła, w którym odbija się istota problemu, niż główny obiekt kuracji. Hasło promujące modernizację instytucji: „Biblioteka miejscem spotkań” trafnie oddaje marzenia i nadzieje wielu mieszkańców mniejszych miejscowości, w których spotkać można się co najwyżej w ciemnym, lepkim i głośnym pubie albo podobnie wyglądającej pizzerii. Jednak rzut oka po wejściu do typowej biblioteki z tysiącami książek na regałach szybko uświadamia, że tutaj spotkać się może Dickens z Saramago i Bukowskim, a my tylko na chwilę wcisnąć.

W kontekście wizerunkowej bariery tym bardziej przykry jest fakt, że biblioteka publiczna wciąż jest zakładnikiem klasycznej formuły, której nigdy oficjalnie nie zredefiniowano. Póki to nie nastąpi, próby uczynienia z biblioteki ośrodka lokalnej kultury – czy to przez jej pracowników, czy przez mieszkańców – zawsze będą się toczyć mniej lub bardziej otwarcie przeciw samej bibliotece. Przykłady tego, co w bibliotece dziać się może, bo już się niekiedy wydarza, powinny dać do myślenia.

W Barlinku biblioteka stała się studiem produkcyjnym dla filmu kręconego przez młodych mieszkańców, w Bralinie studiem plastelinowych animacji, w Wasilkowie studiem dubbingu. W Gródku biblioteka była najpierw miejscem warsztatów dziennikarstwa, a potem redakcją lokalnego portalu. W Babimoście wyszła w plener, organizując warsztaty fotograficzne, w Korszach zaś – seanse filmowe na ścianie amfiteatru. W Nakle Śląskim była wymienialnią – nie książek, lecz ciuchów.

Powyższe przykłady pochodzą z leksykonu Towarzystwa Inicjatyw Twórczych „ę”, które prowadziło program łączący i wspierający młodych ludzi z małych miejscowości i lokalnych bibliotekarzy we wspólnej realizacji samodzielnie wymyślonego projektu.

Większość pozaczytelniczych działań w bibliotekach publicznych ma projektowy charakter. To czasowe zakrzywienie bibliotecznej czasoprzestrzeni, które ma ograniczoną możliwość odciśnięcia trwałego śladu na instytucji zorganizowanej wokół księgozbioru.

Zaglądam do sprawozdania biblioteki z 15-tysięcznego miasteczka: oficjalna wartość książek to ponad 0,5 mln zł, wszystkie pozostałe środki trwałe to mniej niż 50 tysięcy. Taka proporcja musi mieć znaczenie. Regały ciasno nabite książkami, których niekiedy od lat nikt nie brał do ręki, to nie rezultat braku wyczucia w projektowaniu wnętrz. To tylko zmaterializowana koncepcja biblioteki – solidna jak pół miliona złotych. Oczywiście nie jest tak, że od bibliotekarza nic nie zależy, a pieniądz dyktuje wszystko. A jednak wydaje się, że inwentarz jest w tym przypadku autorem pomysłu na miejsce przynajmniej w równym stopniu, co bibliotekarz. To bibliotekarz ma zobowiązania wobec księgozbioru, księgozbiór wobec bibliotekarza – żadnych.

Księgozbiór to między innymi książki do wypożyczania, ale też obiekt domagający się szeregu działań, często dla nas niewidocznych. Sięgam do sprawozdania z innej biblioteki. „Od stycznia 2004 r., dzięki zakupionemu systemowi «SOWA» tworzymy katalog komputerowy, wprowadzając wszystkie zakupione książki na bieżąco, a zakupione przed 2004 r. w miarę możliwości”. W pierwszej połowie 2013 r. katalog komputerowy obejmował już ponad 70 proc. księgozbioru, to niemal 10 lat znojnej informatyzacji. O braku kurzu na książkach już wspominałem?

Z jednej strony biblioteki są wciągane do działania w przeróżnych projektach. Z drugiej zaś instytucjonalnie wciąż konserwuje się centralną rolę księgozbioru, który wymaga odmiennych kompetencji i predyspozycji. Od bibliotekarza oczekuje się, że będzie coraz śmielej wchodził w rolę animatora kultury, ale jednocześnie na co dzień wciąż trenuje się go w roli kustosza zbiorów. Dziś mniej się już dziwię, gdy bibliotekarz – po tym, jak długo i zajmująco opowiadał o organizowanych w bibliotece wydarzeniach i przedsięwzięciach – zapytany o największy potencjał placówki, wskazuje na nowości wydawnicze. Pozornie uparte myślenie książkami łatwiej jest pojąć, jeśli weźmie się też pod uwagę, że podstawą rozliczenia pracy jest wciąż liczba wypożyczeń.

„Nie możemy zapominać, że głównym zadaniem biblioteki jest wypożyczanie książek”. To fraza znana każdemu, kto miał okazję prowadzić rozmowy z bibliotekarzami na temat ich pracy. Bywa ona wyrazem przywiązania do tradycyjnie pojmowanej roli, ale przede wszystkim jest to trafne rozpoznanie instytucjonalnego klinczu. Książka jest fascynującym medium, ale w ilości hurtowej potrafi naprawdę przytłoczyć.

Gdy w 2008 r. po raz pierwszy uczestniczyłem w terenowym badaniu bibliotek, jednym z jego elementów była rozmowa o bibliotece jako przestrzeni. Punktem wyjścia stały się radośnie nierealne fotografie nowoczesnych bibliotek „zagranicznych”: przestrzeń, pluszowe kanapy, wielkie kolorowe pufy, niskie stoliki kawowe. Pierwsze, na co zwracano uwagę, to że na zdjęciach niemal nie pojawiają się książki. Bibliotekarze bywali tym zdegustowani lub rozbawieni – podobnie zresztą jak ja. W końcu co to za biblioteka, w której nie widać książek? Dziś myślę, że chyba jedyna sensowna.


Cykl tekstów wokół tematu animacji kultury publikowany jest we współpracy z Narodowym Centrum Kultury w ramach przygotowań do NieKongresu Animatorów Kultury.

 








Tekst dostępny na licencji Creative Commons BY-NC-ND 3.0 PL.