Kino moralnego niepokoju na Lido
„The Shape of Water” Guillerma del Toro

17 minut czytania

/ Film

Kino moralnego niepokoju na Lido

Aldona Kopkiewicz

Wśród filmów jednoznacznie politycznych, wybrano w tym roku w Wenecji uniwersalną pochwałę inności. Złotego Lwa zdobył „The Shape of Water” Guillerma del Toro

Jeszcze 4 minuty czytania

W konkursie dominowały filmy o ambicjach wychowawczych, czyli takie, które mają uwrażliwiać na kulturowe opresje, społeczne wykluczenia i polityczne katastrofy. Pytania o kształt świata zostały zadane zgodnie z liberalno-lewicującym poczuciem sprawiedliwości, były to pytania bezpieczne i przewidywalne, a przede wszystkim zadane w dobrze skrojonej, przystępnej formie. W większości stały za nimi niezłe, realistyczne filmy; ale nie dla widzów czekających na rzeczy jakkolwiek doniosłe artystycznie, nie wspominając już o trudnych czy nawet przełomowych. A jednak te nagrodzone, „Foxtrot” ze Srebrnym Lwem i „Kształt wody” ze Złotym, wymykają się takim formułom, choć ten ostatni wybór nazwałabym mimo to najbezpieczniejszym z możliwych.

Filmy bezpośrednio pytające o aktualną sytuację polityczną pojawiły się w pierwszych dniach weneckiego festiwalu. W „Downsizing” Alexandre’a Paine’a dwóch norweskich naukowców wynajduje genialny sposób na wyzwolenie nas z przyczyny wszelkich bolączek dzisiejszych czasów – przeludnienia. Jeśli wszyscy zmniejszymy się do lilipucich rozmiarów, nie będziemy szkodzić środowisku. Poza tym nawet przy skromnych środkach finansowych w pomniejszeniu staniemy się bogaczami. Nadszedł czas na życie w utopii. Mali Norwegowie wybierają życie w eko wspólnocie, mali Amerykanie budują sobie raj na bogato. Do takiego miejsca przenosi się nazbyt dobry i naiwny dla Ameryki Paul Safranek (Matt Damon). Tam oczywiście odkrywa, że nawet nowy świat nie jest doskonały, a za przyjemności ładnego życia klasy średniej płacą spauperyzowani obywatele krajów nierozwiniętych. Potem okazuje się też, że zmniejszyło się tylko 3% ludzkości, więc świat i tak przepadnie. Eko Norwegowie i tu jednak okazali się przewidujący, wybudowali super schron, który przetrwa wszystko i zachowa ludzkość dla lepszych czasów. Ale czy ucieczka to właściwe rozwiązanie? Czy nie lepiej pozostać tu, w świecie, by naprawiać go dając zupę ubogim starcom i chorym kobietom, rzuconym na pastwę losu, gdy stracili swoje nielegalne prace? No właśnie, film Paine’a jest niepozbawioną humoru przypowieścią i satyrą na współczesność, a snując apokaliptyczną wizję przyszłości nie tyle straszy zagładą, ile zadaje etyczne pytania o nasze jak najbardziej osobiste postawy. Jak widać jednak odpowiedzi na te pytania daje dość naiwne.

Podobną naiwnością zgrzeszył Ai Wei Wei w dokumencie „Human Flow”. Ten długi, nakręcony z rozmachem, pełen pięknych ujęć, jak z Herzoga, film prowadzi nas przez najważniejsze współczesne obozy i szlaki uchodźców. Oglądamy dramatyczne sceny, rozpacz i niemoc ludzi, których z domów wygnały wojny. Bez wątpienia jest to bardzo smutne i poruszające, nie wiem jednak, do kogo skierowany został ten przekaz, chyba właśnie do kulturalnych obywateli Zachodu, którzy chcą obejrzeć wybitnego artystę pokazującego nędzę, ból i upodlenie migrantów autentycznie, a jednak stylowo, bo w eleganckich kadrach. Obejrzeć wybitnego artystę całkiem dosłownie, bo pojawia się on na ekranie co 10 minut, wykonując jakiś bardzo ludzki gest pocieszenia uchodźcy. Dobry człowiek ten Ai Wei Wei, nie zaszkodziłaby mu jednak jakaś bardziej rzeczowa namysł nad problemami związanymi z migracją.

 

Inny rodzaj łatwości i efektowności znalazłam „Suburbiconie” George’a Clooneya. Tu polega ona na zbyt dużym epatowaniu horrorem i zbyt nikłą analizą spraw, o których miał być ów film, czyli rasizmu i ogólnoludzkiej nienawiści. Również tutaj typowego amerykańskiego mężczyznę gra Matt Damon, ale tym razem pokazuje jego ciemną, okrutną, maczystowską stronę. Gra głowę równie typowej jak on sam rodziny z amerykańskiego snu, który rozgrywa się w podmiejskiej dzielnicy „Suburbicon”. Ta rzeczywistość lśni słodyczą, wygląda dokładnie jak reklamy z lat 50., sprawia surrealistyczne wrażenie. W pewnym momencie do owego cukierkowego świata wprowadza się także czarna rodzina. I kiedy cała dzielnica będzie zajęta linczem, normalna amerykańska rodzina, ta Matta Damona i partnerującej mu Julliane Moore, ukaże swoją najstraszniejszą, ociekającą przemocą stronę. Ocieka ona krwią tak bardzo, że właściwie nie wiemy, skąd ta przemoc w człowieku. Rasizm z kolei pokazany został w tym kluczu – ot zjawili się, a my ich nie chcemy, bo my jesteśmy biali, a oni są czarni. Być może nie ma w rasizmie nic więcej niż to, że pozwala zająć się sąsiadem zamiast patrzeć na swoje winy, pewnie nie ma. Więcej jednak o rodzinnej i sąsiedzkiej nienawiści opowiedział mi skromny film „W cieniu drzewa / Under the Tree” (poza konkursem). Mili i grzeczni Skandynawowie, ich zwykłe rodzinne frustracje i drobne wzajemne resentymenty przeradzają się w równie krwawy koszmar, jest to jednak znacznie lepszy portret tego, jak działa wzajemna niechęć, drobne utarczki, małe nieprzyjemności, i nieprzepracowane traumy. Kiedy jednak oglądałam „The Insult” libańskiego reżysera Ziada Douiri, w którym głupia męska zwada staje się niemalże przyczyną ogólnonarodowego libańsko-palestyńskiego i chrześcijańsko-muzułmańskiego konfliktu, w którym powraca ciężka historyczna trauma, miałam wrażenie, że choć nasz prywatny sposób obchodzenia się z bliźnim, nasza wzajemna, osobista troska, odpowiedzialność i grzeczność to rzecz elementarna, przedstawianie postawy jednostki jako źródła politycznej przemocy i wszelkich wojen jest przesadą.

Pytania o etykę indywidualną i przyglądanie się postępowaniu jednostek jest zawsze istotne, ale wobec politycznych problemów współczesności może prowadzi do diagnoz chybionych, przynajmniej częściowo. Problemy te są bowiem złożone, nie zależą jedynie od decyzji pojedynczych obywateli, ale od całego systemu politycznego i ekonomicznego. Kino lubi przyglądać się pojedynczym bohaterom, literatura zresztą też. Umiemy opowiadać o dramatycznych wyborach jednostki, robimy to od 2000 lat. Może jednak czas na kino, które stawiałoby bardziej kompleksowe pytania i diagnozy? Wówczas trzeba by pewnie spróbować fabuły eksperymentalnej, czegoś o szerszym horyzoncie i w innej konwencji. Proste historie moim zdaniem naszej politycznej rzeczywistości nie dźwigają, a apelowanie o dobro i etyczność pozostawi jedynie dobre, etyczne i aktywne jednostki w stanie głębokiej frustracji, bo ich indywidualne, codzienne wybory mogą równie dobrze nic nie zmienić.

 

Ta zaś frustracja prowadzi do ostatecznej desperacji, o której opowiada „First Reformed”, bardzo porządny film Paula Schredera, który oscylując w rejonach wyobraźni Bressona i Bergmana nadaje dzisiejszym wyborom politycznym prawdziwie egzystencjalną wagę. Jest to być może waga zbyt ciężka, żeby mógł się z nią utożsamić masowy widz, ale mnie wywołanie filozoficznego ducha trudnych moralnie wyborów weszło całkiem nieźle, być może z sentymentu za starym dobrym nowoczesnym kinem i literaturą poważną, taką mam słabość. „First Reformed” przedstawia pastora Tollera (Ethan Hawke), który zaczyna pisać dziennik. Do jego kościoła nie zagląda już zbyt wielu wiernych, lecz pewnego dnia zjawia się młoda dziewczyna, prosząc o rozmowę ze swoim mężem, aktywistą ekologicznym pogrążonym w depresji, a właściwie rozpaczy, nie wyobraża on sobie bowiem wydania na ten świat swojego dziecka, skoro jest to świat skończony i nie ma na myśli uniwersalnego lęku, ale realne ekologiczne prognozy dotyczące naszej planety. Pastor Toller, sam trawiony rozpaczą, nie potrafi skutecznie dodać mu otuchy, co więcej sam wciąga się w sprawę zagłady naszej planety i zaczyna pytać, czy Bóg wybaczy nam to, co uczyniliśmy stworzonemu przezeń światu. Ostatecznie jednak przemiana osobowości Tollera dokonuje się zbyt łatwo, nawet jak na jego własną desperację. Franciszkańskie pytania o naturę zamieniają się w pragnienie ekoterroryzmu, co w zestawieniu ze zbyt mocną religijną symboliką niektórych scen nadwątla moc osobistego dramatu zarówno aktywisty, jak i pastora. Film ten jest jednak warty uwagi, a wyciszone obrazy i nieśpieszne tempo narracji, budują mroczną, surową atmosferę, której nie da się tak łatwo zapomnieć.

Innym filmem, w którym jednostkowa perspektywa rzeczywiście zadziałała, a polityczny wydźwięk był mocny, lecz dyskretny, i który także, co ciekawe, nosił ślad pamięci po dziełach Bressona, okazał się „Lean on Pete” Andrew Haigha. Jego bohaterem jest piętnastoletni Charley Thompson (Charlie Plummer świetnie poradził sobie z wymagającą rolą samotnika i introwertyka, no i gra tam także Steve Buscemi). Charley pochodzi z amerykańskich nizin społecznych, gdzie mit amerykańskiego indywidualizmu jest już jedynie przykazaniem, byś z całym światem dawał sobie radę sam. Ten chłopak znajduje w sobie jednak tyle siły, szlachetnej zaciętości i odwagi, by dać sobie radę samemu tak, by siebie samego nie stracić. By tak się stało, musi wyruszyć w podróż przez amerykańskie pustynie z koniem o imieniu Lean on Pete, którego wykradł, by uratować mu życie. Szczęśliwie „Lean on Pete” nie zostaje jedynie pochwałą wiary w samego siebie, przeciwnie, chłopak wyrusza w drogę, chce porzucić twardą, męską Amerykę i odnaleźć matczyną miłość, a przede wszystkim – szczerą troskę drugiego człowieka. Historia dojrzewania, fresk z upadłego westernu oraz romantyczny bohater zostały pokazane świeżo i bez pretensji dzięki znakomicie skrojonemu scenariuszowi, w którym doceniono powściągliwość, ciszę i subtelne napięcia. Nie pada tu o jedno choćby słowo za dużo. Ważniejsze jednak, że odpowiedź na osobiste cierpienie, wielką samotność, i społeczną przemoc zostaje wypowiedziana dyskretnie, jako najprostsza, najbardziej oczywista potrzeba odrobiny uczucia, które Charley daje koniu i po które sam przemierzyć musi kawał szorstkiego kraju.


Ale najbardziej intrygującą, przełamującą nurt klasycznych opowieści o jednostce wobec świata historią była ta z filmu „Foxtrot” Samuela Maoza. Tytułowy taniec jest tu figurą sytuacji bez wyjścia, sytuacji, w której kolejne kroki prowadzą do punktu, w którym zaczęliśmy. Pojawia się on w dwóch scenach: tańczy go babka bohatera, która przeżyła Zagładę, a dziś jest pogrążoną w głębokiej demencji staruszką na zajęciach dla seniorów w Izraelu. Tańczy go jej wnuk Jonathan: nudząc się na położonym w jakimś pustynnym wygwizdowie posterunku, gdzie odbywa obowiązkową służbę wojskową i zabawia kolegę. Film otwiera jednak scena, kiedy ojciec chłopaka dowiaduje się, że jego syn zginął. Po długiej scenie, w której oglądamy pierwszą traumę, pokazaną tak realistycznie i konwencjonalnie, że chce się wyjść z kina, akcja obraca się – według kolejnych doniesień była to tylko pomyłka, Jonathan żyje. O co w tym filmie chodzi? Maoz korzystając z różnych środków wyrazu snuje sieć domysłów i fantazji, by opowiedzieć o stracie, a właściwie stratach, stratach każdego z trzech pokoleń Żydów, których przedstawia film. Świetność „Foxtrota” polega natomiast na graniu tym, co być może nierealne, co być może wymarzone, a co tkwi w nas najbardziej dotkliwie jako zasłona i ekran owego bólu. Mnożąc obrazy i historie, reżyser nie wkracza jednak w bieżącą politykę, przeciwnie, udaje mu się z niej wywikłać w stronę refleksji nad poczuciem winy, a także zbliżyć się do tego, czym jest jak najbardziej przypadkowa, najbardziej bezsensowna śmierć. Śmierć, która mogłaby się może nie zdarzyć, gdyby nie historia, gdyby nie polityka, ale która zdarza się zawsze, bo wiecznie umieramy bezsensowną, całkiem przypadkową śmiercią.

 


A skoro jesteśmy przy śmierci, i skoro omówiłam już najciekawsze filmy o znaczeniu politycznym, opowiem o wyjątkowym filmie pokazującym miłość i śmierć tak piękną, że można jej pozazdrościć i mieć cichą nadzieję, że takie rzeczy zdarzają się nawet w rzeczywistości. „The Leisure Seeker. Ella & John” Paola Virziego to prosta historia i film obyczajowy dla wszystkich. Dwoje staruszków, John – emerytowany nauczyciel literatury, który traci pamięć, Ella – spełniona żona i matka, kobieta po raku. Uciekają swoim dzieciom i wyruszają w ostatnią podróż, w amerykańską drogę, a pretekstem jest dom Hemingwaya, którego nigdy nie udało im się zobaczyć. To głęboko wzruszający portret wiernej miłości dwojga ludzi, ich rozpadających się, odmawiających posłuszeństwa ciał i umysłów oraz decyzji, by śmierć nie zdołała ich rozłączyć. Nie wiem, co pisać, bo to taki film, że próba oceny kończy się na zbyt wielkich słowach. W każdym razie Helen Mirren i Donald Sutherland wspaniali!

I chętnie skończyłabym tym czułym akcentem, lecz nie mogę ominąć jednego z najbardziej kontrowersyjnych filmów Festiwalu: „mother!” Darrena Aronofsky’ego. Wybuczany na pokazach prasowych, ale moim zdaniem było to jedno z najlepszych, a na pewno najbardziej interesujących dzieł konkursowych. Zaczyna się jak zwykły horror: małżeństwo w domu na odludziu, ona samotna i wycofana, pełna dziwnych przeczuć, nieswoja. Być może spodziewa się dziecka. On równie nieobecny, pisarz w trakcie kryzysu. Nagle zjawiają się dziwni goście. Nawiedzenie nie przychodzi z piwnicy, ale w postaci obcej rodziny, która wywraca ich życie, po czym wszystko wywraca się tu jeszcze kilka razy, coraz bardziej radykalnie, by odsłaniać kolejne znaczenia, w których psychiczny horror młodej kobiety staje się metafizycznym horrorem relacji między kobietą i mężczyzną, artystą i muzą, Bogiem i stworzeniem, duszą i światem. Broniłabym tego filmu przede wszystkim dlatego, że w końcu ktoś odważył się na film o jakichś filozoficznych i formalnych ambicjach, nawet jeśli nie do końca sprostał temu zadaniu. Aronofsky ma niestety skłonność do kiczu i widać to także w „mother!”, natomiast jeśli przymkniemy oko na pojedyncze przecież, nadmiernie symboliczne sceny, pozostanie jeszcze cała reszta filmu, a reszta to niezwykła scena obrotowa.


Jeszcze więcej kontrowersji wzbudził film Abdellatifa Kechiche’a. „Mektoub, My Love: Canto Uno” miał być śródziemnomorską wakacyjną sielanką o budzącej się seksualności młodych ludzi, ale tak bardzo raził męskim spojrzeniem i pustką treści, że podczas senasu robiło mi się już to słabo, już to nudno. Nie każde upojenie krągłościami kobiecego ciała jest dla mnie seksistowskie, lecz ten film okazał się bardzo jednostronną pochwałą młodych, nieokiełznanych i pochłoniętych radosnym erotyzmem ciał. Owa pochwała jest tak naprawdę wzrokiem śledzącym pupy bohaterek, no, czasem też twarze, lecz najazdy na pupy, zwłaszcza te co bardziej rubensowskie, dominują. Artystyczną ot
oczką tego soft porno są 20 minutowe dialogi o niczym, co, jak rozumiem, ma oddawać najczystszą materię życia, ale jak wiadomo w materii tej kryje się przede wszystkim możliwość znużenia. Młodzi mężczyźni niestety nie cieszyli się aż takim zainteresowaniem reżysera, są tam tylko po to, by uwodzić, rzucać i pisać po nocy pierwsze filmowe scenariusze. Dziewczęta kąpią się, tańczą i pasą kozy w miniówach. Ów pean dla bioder i biustów trwa jakieś trzy godziny, więc szybciej będzie włączyć jakiś film, który nie udaje, że jest czymś więcej, niż filmem erotycznym.

Zwyciężyły za to filmy, które stanęły po stronie kobiecości trudnej, a nawet odrzucanej. Główną nagrodę Orizzonti otrzymał film „Nico, 1988” w reżyserii Susanny Nicchiarelli, dość tradycyjny film biograficzny o artyście, wyróżniający się natomiast tym, że pokazuje legendarną piosenkarkę w momencie, kiedy jej gwiazda już przygasła. Nico została tu pokazana pod koniec życia, w ostatniej solowej trasie. Gra w małych klubach, dziennikarze pytają jedynie o Velvet Underground, ją dręczy zaś głód heroiny i tęsknota za odebranym synem. Zbrzydła, ale czuje się dzięki temu bardziej wolna i właśnie nie tyle schyłek, ile siłę i wolność Nico pokazuje ten fillm.



„Kształt wody” Guillerma del Toro to z kolei baśń, odwrócona „Mała Syrenka” z „Piękną i Bestią” w tle. Trwa zimna wojna, Eliza pracuje w tajemniczym instytucie, gdzie przechowywana jest ostatnia zdobycz amerykańskiej armii – potwór morski, do którego zaczyna ciągnąć Elizę, wyczuwa w nim bowiem inteligentną istotę, która, jak ona sama, nie może mówić. O tę syrenę toczy się jednak polityczna walka, a Eliza nie zawaha się pójść za głosem serca i ruszyć na ratunek ukochanemu. Del Torro przedstawia miłość jako tożsamość braków, dzięki której dla drugiej osoby można być po prostu takim, jakim się jest. W braku należy szukać także własnej wyjątkowości. Nie są to nowe prawdy, film ten nagrodzono raczej za dobry scenariusz i estetykę, rozmach i precyzję scenografii. Wśród filmów jednoznacznie politycznych, wybrano uniwersalną pochwałę inności.