Bieszczadzki niedźwiedź

7 minut czytania

/ Film

Bieszczadzki niedźwiedź

Jakub Socha

Drugi sezon „Watahy” przerasta o głowę sezon pierwszy. Tam była tylko przyroda, tu jest porządna intryga i prawdzwe postaci

Jeszcze 2 minuty czytania

Są dwa niebezpieczne niedźwiedzie, które grasują w rejonie Bieszczad. Jeden z nich zaatakował, zabił i zjadł dwa żubry, nie tak dawno mówiono o tym w ogólnopolskich oraz regionalnych gazetach. Drugi atakuje ludzi – ten drugi niedźwiedź jest tak naprawdę człowiekiem. Kiedyś pracował jako strażnik graniczny, po oskarżeniu o zabójstwo uciekł z aresztu i schował się w lesie. Z czasem zamienił się właśnie w niedźwiedzia. Zarósł, przybrał na wadze, zaczął stronić od ludzi, stał się coraz bardziej mrukliwy. Wybrał życie bez telefonu komórkowego, w nieogrzewanej norze.

W drugim sezonie „Watahy” powraca ujęcie, gdy widzimy z wysoka, jak wyjęty spod prawa Wiktor Rebrow brnie przez błota i zaspy nisko na nogach, zgięty – przez moment wydaje się, że pobiegnie dalej na czterech łapach. Jest królem tego lasu. Mój kolega po obejrzeniu pierwszych odcinków nowej „Watahy” bardzo się zdenerwował, nie mógł uwierzyć, że ktoś mógł wpaść na pomysł, żeby Rebrowa, granego przez Leszka Lichotę, zamienić w latającego jak postrzelony po Bieszczadach niedźwiedzia. W odróżnieniu od mojego szwagra, nie oglądał pewnie nigdy serialu dokumentalnego „Drwale i inne opowieści Bieszczadu”. Tam panów, którzy znaleźli sobie budę w lesie i postanowili w niej zamieszkać, jest więcej niż sporo. Na przykład w odcinku 13 jeden z bohaterów, zaraz po literatce alkoholu opowiada tak: „Myślę sobie: kupię sobie budę, postawię sobie, mieszkam sobie. Trochę mi się skrzywiła, mówią mi: podniósłbyś ją! Czym ją podniosę? Przewróci ci się, mówią. Jak się przewróci, łóżko postawię sobie w inną stronę”. Tej „innej stronie” towarzyszy tajemnicze zgięcie ręki w łokciu, które ilustrować ma sposób przyszłego ustawienia łóżka.

W każdym razie Rebrow w swojej budzie siedzi już od czterech lat. Choć do tych czterech lat, które upłynęły od finału pierwszego sezonu, się w drugim w ogóle nie wraca, a przecież w żadnej mierze ten pierwszy nie skończył się tak, żeby można było na cztery lata spokojnie zasnąć. Scenarzyści postanowili jednak uśpić swoich bohaterów – nie wiemy nic: ani jak Reblow szukał swojej budy, ani co się stało z jego zdradzieckim przyjacielem Grzywą, ani jak się przez ten czas rozwijała kariera prokuratorki Igi Dobosz. Wszystkim to wyszło na zdrowie.

W fabule pierwszego sezonu było tyle bzdur, z odcinka na odcinek rozmnażających się w zastraszającym tempie, że nie było sensu ich zasypywać. Pozostawało tylko uciec do przodu. I tak właśnie się stało. Równocześnie realizatorzy powtórzyli otwierający pierwszy sezon gest – w drugim znów wszystko zaczyna się od kilkunastu trupów. Tym razem są to imigranci, znalezieni w kontenerze w środku lasu. Ich śmierć ściąga w Bieszczady raz jeszcze Dobosz, rzuca cień na Grzywę i wpływa na Rebrowa – oto w jego budzie ląduje dwójka ocalałych uciekinierów: matka z synkiem, który wycieńczony drogą, trzęsie się w gorączce. Równocześnie stary gangster wychodzi w więzienia, w góry przybywa oficer ABW. I się zaczyna. A potem zgrabnie się kręci – scenarzyści co jakiś czas zmieniają w swoim rowerku przerzutki, nie piłują już całej trasy na jednej. Raz za razem wchodzą kolejni podejrzani, jedni bardziej, drudzy mniej, raz za razem pojawiają się kolejne tropy w śledztwie – tropy, którymi trzeba się zająć, które trzeba porządnie zbadać, żeby można je było wykluczyć. Ale żeby porządnie je zbadać, trzeba mieć czas, a czasu nie ma, bo włączają się we wszystko media i politycy, którzy jak najszybciej chcą efektów. Naciski rodzą złe decyzje, złe decyzje rodzą dodatkowe ofiary, a potem każą wrócić do punku wyjścia, gdzie niektóre ślady uległy już zatarciu. Mamy tu więc i ciuciubabkę, i zgaduj-zgadulę. Zagadkę kryminalną i dzisiejszą Polskę.

To, co w debiutanckim sezonie było dobre, nadal jest dobre albo nawet lepsze – przyrody zdaje się jakby więcej, może właśnie dlatego, że Rebrow mieszka w lesie. Nie ma zbyt wielu seriali, w których przyroda byłaby tak intensywnie obecna. I tak dziwna – jeśli ktoś nie był na przykład nigdy w górach, oglądając „Watahę” może czuć się zagubiony. Niektórzy pewnie będą przekonani, że jest tutaj całkiem sporo błędów montażowych, bo przecież nie może być tak, że facet idzie najpierw nasłonecznionym, porośniętym trawami i kosodrzewiną wzgórzem, a potem schodzi do doliny zasypanej śniegiem. Tych nagłych przeskoków jest dużo – raz, że zamieniają całą scenerię w coś na kształt „Alicji w Krainy Czarów”, dwa – podkreślają, że z przyrodą nie ma żartów i że jej akurat nijak nie da się kontrolować. Pasaży przyrody, szczególnie tych z lotu ptaka, jest może w serialu za dużo, ale nie narzekam – zawsze lepiej gapić się z wysokości chmur na szczyty gór niż na dachy wieżowców. Najważniejsze, że ten serial o Bieszczadach kręcony był w Bieszczadach, a nie w Żeraniu. W Bieszczadach, ale ciągle w Polsce.

Drugi sezon nie oddycha już całe szczęście tak mocno męskimi feromonami, oddycha nie tylko naturą, ale wreszcie także i światem, i Polską – serial dobrze pokazuje, że świat i Polska wydzielają różne zapachy i że wcale nie tak łatwo da się je ze sobą połączyć. Mamy i tragedię uchodźców, i rosnących w siłę nacjonalistów, władze centralne, które wolą odsuwać od siebie wszystkie problemy, i prowincję, żyjącą w poczuciu, że nikt się o nią nie upomni. Tematy z pierwszych stron gazet i ludzi, którzy raczej do gazet nie zaglądają. Publicystycznych połajanek twórcy jednak się wystrzegają, koncentrują się na emocjach, podbijanych przez uprzedzenia i pieniądze. I przede wszystkim na samym śledztwie.

Prowadzą je równolegle Rebrow i Dobosz – każde z nich po swojemu, przy użyciu innych metod. Brną do tego samego celu, ale wcale nie znaczy to, że ich interesy są zbieżne. Twórcy darowali sobie tym razem wycieczki do najciemniejszych ostępów ich jaźni, zamiast wikłać się w psychologię postanowili pokazać ich w działaniu. Teraz, patrząc na nich, człowiek już nie zastanawia się, czy czasami nie brakuje im aby piątej klepki, bez której wydają się po prostu ślepi. Oczywiście, tym razem też popełniają błędy, zachowują się nieodpowiednio, za szybko wyciągają wnioski. Teraz jednak nie są one wynikiem nierównej walki ze swoją głową. Tylko właśnie z czasem. Pojawiają się one także pod wpływem presji ze strony świata i Polski, bo od świata i Polski – nawet gdy jest się niedźwiedziem i wybiera się życie w bieszczadzkiej norze – nie da się uciec.

Cykl tekstów współfinansowany przez:

PISF