Kino pod namiotem

Kino pod namiotem

Jakub Socha

Na Dwóch Brzegach kino często ustępuje miejsca spotkaniom z ludźmi kina. Nie ma w tym nic złego, szczególnie, że spotkania prowadzone są w żywej, bezpretensjonalnej atmosferze. Widzowie chętnie wchodzą w dialog, nie uśmiechają się ironicznie

Jeszcze 3 minuty czytania

Z Nowych Horyzontów pojechałem prosto na Dwa Brzegi. Nim dotarłem na miejsce, wiedziałem, że zaraz sporo się zmieni. Z jednej strony – Wrocław, hotele, tramwaje, rozkopy, bary sałatkowe, tradycyjne, kuchnie świata, multipleksy; program, który wpędza w desperację: filmy od rana do wieczora, wyświetlane w kilkunastu klimatyzowanych salach; wygodne krzesła, z pluszu, rozłożyste, z boku zainstalowana podpórka na napój. Z drugiej – Kazimierz Dolny, mały rynek, wokół którego wszystko się dzieje („rynek zdobny w pie-ękno”), knajp kilka na krzyż, tylko dwa kina, większe rozpięte pod namiotem: siedzi się na plastiku, pod nogami drewniane deski, spomiędzy nich gdzieniegdzie wybija trawa; niektórzy na filmy wchodzą z psami. Program nie pozostawia wielkiego wyboru, z niczego nie trzeba z bólem rezygnować.

We Wrocławiu jednego z pierwszych dni spotkałem dziwnego pana, który nosił dwa kapelusze na głowie, w ręku trzymał wypchaną reklamówkę i jadł z dwóch talerzy. Namolny typ. Oczywiście się przysiadł. Po chwili zadał zagadkę: „ile to jest 2:2x2?” Jedni mówili: 2, inni – ½. Skąd ta rozbieżność? Zwyczajnie: inne szkoły, inny kod kulturowy. Jaka jest prawidłowa odpowiedź? W Ameryce ta pierwsza, w Polsce – ta druga. Szalony matematyk-kapelusznik oparł na niej teorię o stanie polskiej i amerykańskiej gospodarki. Niby Amerykanie lepiej gospodarzą, bo tak liczą, że zawsze mają więcej. Nowy kryzys finansowy w Stanach, o którym telewizory nadają bez przerwy, trochę podważa tę teorię-spekulację, ale ja nie o tym.

5. Festiwal Filmu i Sztuki DWA BRZEGI
30 lipiec – 7 sierpień 2011
W Kazimierzu Dolnym też miałem spotkanie – z kimś zupełnie innym. Boję się tworzyć wokół tych spotkań jakieś większe analogie, proszę może samemu sobie to, przed czym ja się powstrzymuję, dośpiewać. Tak czy inaczej w małym miasteczku nad Wisłą spotkałem cygańską wróżbitkę. Nie było nic o liczbach, choć kilka monet sprytnie mi pani zwinęła. Zaczęło się od peanu na część mojej brody i zaliczenia mnie do grupy społecznej „tych ciemnych”, na co z ochotą przystałem. Gdy już skończyliśmy grzeczności, pani wyciągnęła karty i złapała mnie za ręce. Wywróżyła mi szczęście z blondynką i samochód, którego i tak nie zamierzam kupić. No i było jeszcze, że skończę na bogato.

Pod koniec dnia Cyganka mignęła mi w mercedesie, którym wracała do domu ze swoimi przyjaciółkami po dniu ciężkiej pracy. Wiózł je szofer (!), którego widziałem pierwszy raz na oczy (znów Białoszewski: „umknęli w cudzej samochodowości./ Zapuścili motor, brody. Ciach!/ I jak po chiromancji drogą życia/ wjechali in medias res./ Zaznaczy ich za to kres/ wiśniowy”). Ja wróciłem na pokazy. 

Na Dwóch Brzegach kino po prostu często ustępuje miejsca spotkaniom z ludźmi kina. Nie ma w tym nic złego, szczególnie, że spotkania prowadzone są w żywej, bezpretensjonalnej atmosferze. Widzowie chętnie wchodzą w dialog, nie uśmiechają się ironicznie. Pytają, proszą o autografy, ustawiają się do wspólnych zdjęć. Przebywanie wśród gwiazd – festiwal gwiazd, pretensjonalny, jak ten, który kiedyś odbywał się w Międzyzdrojach? Właśnie nie. W Kazimierzu nikt się nie zapomina. Jest prowincjonalnie: w czasie spotkań buczy ekspres do kawy, ustawiają się kolejki po drożdżówki, w tle trzaskają drzwi do toj-tojów. Żadnych czerwonych dywanów: w wydzielonej przestrzeni, gdzie odbywają się sesje, pod nogami uczestników rozpościerają się pasy sztucznej trawy, taki zielony dywan.

***

Grażyna Torbicka wraz z zespołem postanowiła w tym roku na różnorodność; retrospektywy nie były pełne, za to było ich sporo. Liliana Cavani, Grzegorz Królikiewicz, Leonardo Sciascia, Andrzej Kondratiuk, Roberto Rossellini, tyle klasyków. Z młodych Pablo Larraīn – odkrycie tegorocznego festiwalu. Ten chilijski reżyser nakręcił do tej pory trzy filmy, ale już po nich widać, że przyszłość będzie należała do niego.

Larraīn obsesyjnie wraca do czasów dyktatury Pinocheta. W swoim najgłośniejszym filmie, „Tony Manero”, nagrodzonym w Rotterdamie i Warszawie, opowiada historię niejakiego Raúla Peralty, kryminalisty, lesera, choreografa, który ogarnięty jest obsesją na punkcie głównego bohatera „Gorączki sobotniej nocy”. Stąd też tytuł filmu. Szalony facet: impotent, morderca, pożal się boże artysta. Równie szalony, jak czasy, w których żyje. Santiago de Chile za Pinocheta wygląda w filmie jak miasto po apokalipsie. Po ulicach jeżdżą tylko wojskowe ciężarówki albo nieoznakowane samochody tajniaków. Ludzie chodzą po ścianach, przemykają ze spuszczonym wzrokiem i zamykają się w obskurnych ruderach, do których i tak wdziera się świat. Raúl alias Tony Manero jest dzieckiem swoich czasów – przerażającym monstrum ubranym w kiczowaty, śnieżnobiały garnitur, czarną koszulę rozpiętą pod szyją i błyszczące lakierki. Mocne kino, które schemat opowieści o seryjnym mordercy przekuwa w mocny obraz totalitarnego świata, gdzie nawet marzenia stają się chore. Bez wątpienia jeden z najlepszych filmów festiwalu.

„Tony Manero”, reż. Pablo Larraīn

W ciekawy dialog z konwencją wchodziły też dwa inne filmy: „Zabójcze piosenki małego miasta” Eda Gass-Donelly’ego i „Meek’s Cutoff” Kelly Reichardt. Pierwszy to gra z czarnym kryminałem, drugi – z westernem. Akcja filmu Gass-Donelly’ego rozgrywa się w Ontario Mennonite, małej kanadyjskiej mieścinie, w której naprawdę niewiele się dzieje. Aż w końcu pojawia się trup – zmasakrowane ciało młodej dziewczyny. Śledztwo prowadzi Walter, lokalny policjant, pan w wąsach, w średnim wieku, początkowo wydaje się całkiem poczciwy. Aż w końcu daje o sobie znać przeszłość – mroczne ja stróża prawa, o którym on sam próbuje zapomnieć, zdusić w sobie. Sukces śledztwa jest tu nierozerwalnie związany z fiaskiem tej próby. Gorzka nagroda czeka na Waltera i Pyrrusowe zwycięstwo. Fatalizm tej opowieści podbija jeszcze niedźwiedzia muzyka zespołu Bruce’a Peninsula – głęboki dźwięk, miarowy rytm bębnów przybliża nieuchronne.

Spiralą lecą w dół, zataczając coraz większe koła, również bohaterowie „Meek’s Cutoff”. Jest rok 1845. W Ameryce jeszcze dziko i na pewno nie tłoczno. Gdziekolwiek spojrzeć, tam pustynia. W kadrze prawie bez przerwy trzy małżeństwa i trzy wozy. Prowadzeni przez dziwnego trampa, idą przez ziemię jałową do ziemi obiecanej. Niby na skróty, ale droga coraz bardziej się wydłuża. Osadnikom zaczyna brakować żywności i wody; jakby tego było mało – pojawia się znikąd milczący Indianin. Reichardt zderza heroizm pierwszych Amerykanów z bezwzględnością natury. Ale nie próbuje zdemontować mitu Dzikiego Zachodu. Jej film trudno już nawet nazwać antywesternem. Nie stoi za nim potrzeba kontestacji, walki z konwencją, stereotypem. Dookoła jest bezkresne nic, po którym błąka się bez celu kilka osób. Nie ma czego zbierać, czego siać, nie ma z kogo szydzić, kogo kopać.

„Meek’s Cutoff”, reż. Kelly Reichardt

***

Dzisiejsze kino żyje beznadzieją. W Kazimierzu, tak jak na Horyzontach, nieustanna komunia – artyści kładą widzom na języki żyletki. Kojarzy mi się to z niezapomnianą sceną z serialu „Carnivale”. Dół, masakra, padaka, jest słabo, straszliwie, ogólnie niedobrze. Ile można? Taki Cioran na przykład pławił się w ciemności, ale ponoć bardzo lubił czekoladę. Są zdjęcia, na których zajada ją i się uśmiecha. To ta szczelina, której – wykończony festiwalowymi filmami – coraz bardziej szukam. Nie znalazłem jej we „Wściekłości” Kitano. Japończyk po raz kolejny opowiada o yakuzie, czyli ludziach, którzy dobrowolnie odcięli się od świata i zamknęli w szklarni, gdzie czekają aż karta się odwróci i ze ścigających staną się ściganymi. Dwa kierunki obowiązują w tym świecie: degradacji i awansu, który prędzej czy później kończy się upadkiem na samo dno, czyli śmiercią. Smutno się patrzy na te pionki, które nawet nie zdają sobie sprawy z własnego położenia. Można oczywiście zbudować na tym wątłym schemacie metaforę fatalizmu, ale chyba nie ma sensu.

Rozczarowała też Lenne Ramsay, autorka filmu „Porozmawiajmy o Kevinie”. Jej nawet nie wypominałbym czarnowidztwa, trudno bowiem zrobić film o matce, której syn wpadł na pomysł, by wymordować jak największą liczbę kolegów ze szkoły, w kolorze indygo. Mam jej jednak za złe, że za szybko uciekła z niepopularnego pola i opowieść o tym, że macierzyństwo nie zawsze musi być darem niebios, zamienia w historię o zdolnym demonie, dziedzicu szatana, który sieje zniszczenie z tego samego powodu, co Joker – bo tak.

„Porozmawiajmy o Kevinie”, reż. Lenne Ramsey


Film braci Dardenne, który otworzył Dwa Brzegi, w odróżnieniu od większości rzeczywiście szuka innych kolorów; cóż z tego – „Chłopiec na rowerze” to chyba najsłabszy film w ich karierze. Belgowie znów opowiadają o dziecku. Znów jest to dziecko samotne, zagubione, na dodatek z ADHD. Ciągle widzimy je w ruchu. Gdzieś biega, coś załatwia, wprowadza w życie swoje wielkie plany. Próbuje nawiązać na nowo kontakt ze swoim ojcem. Gdzie jest matka, nie wiadomo. Ojciec natomiast do żadnych spotkań się nie pali. Boi się, że mały pokrzyżuje jego plany, ale nie potrafi mu tego powiedzieć. Do tego momentu jest to świetny film, ale – podobnie, jak w „Porozmawiajmy o Kevinie” – nagle wszystko siada. Na scenę wkracza młodociany gangster i dobra fryzjerka. Rozpoczyna się psychomachia, walka o duszę dziecka. Prostoduszna, naiwna i oczywista. Jest blisko wtorkowego filmu z telewizji, tego z cyklu „urzekła mnie twoja historia”. To, że „Chłopiec na rowerze” ostatecznie nie dobija do tego portu, jest zasługą fantastycznych aktorów, którzy wygrywają walkę z napisanym dla nich banałem.

Ciekawe, że „Chłopiec na rowerze” dostał w tym roku Grand Prix w Cannes ex equo z „Pewnego razu w Anatolii” Turka Nuri Bilge Ceylana, filmem, który zakończył tegoroczny festiwal w Kazimierzu. Bezdyskusyjnie najlepszy obraz festiwalu, o klasę lepszy od utworu braci Dardenne.

Ceylan nie stara się zatrzymać w miejscu, jego filmy ciągle ewoluują. W najnowszym autor „Uzaka” eksperymentuje z formą kina policyjnego. Przez ponad dwie godziny obserwujemy ekipę dochodzeniową, która wraz z dwoma podejrzanymi, lekarzem, wojskowymi i prokuratorem przeczesuje pustkowia w poszukiwaniu miejsca zbrodni. Nic nie idzie jak trzeba. Jest noc, zimnica. Z godziny na godzinę wszyscy stają się coraz bardziej poirytowani. Nerwy próbują ukoić rozmową. Rozmawiają o wszystkim: o żonach, błędach z przeszłości, metodach pracy, zwątpieniu. Turecki reżyser daje im szansę, by się wygadać, ale pozwala też sobie czasami się zagapić. Fantastyczna jest scena, gdy kamera podąża za toczącym się z góry jabłkiem. W tle słychać opowieść, ale w obrazie jest tylko owoc, który jeszcze przed chwilą wisiał na drzewie.

Noc się kończy. Wszyscy zmęczeni. Doktor, który w pewnym momencie staje się głównym bohaterem, rankiem musi jeszcze przeprowadzić sekcję zwłok. Po zakończonej pracy przykłada czoło do szyby. Za oknem widzi żonę denata i syna, którzy przed chwilą zidentyfikowali ciało. Idą polną drogą, lekkim wzniesieniem, pod nimi leży boisko piłkarskie. Nagle piłka ląduje pod nogami chłopaka, ten bezwiednie do niej podbiega i zwraca ją graczom. Nie, ten gest nie znaczy, że piłka jest zbawieniem, że człowiek wszystko potrafi zapomnieć. Kopnięcie piłki jest tylko sygnałem – obrazem, którego szukałem – powrotem do życia mimo żałoby, czekoladą smutnego Ciorana.

„Pewnego razu w Anatolii”, reż. Nuri Bilge Ceylan