Życie trzyma się mocno

6 minut czytania

/ Film

Życie trzyma się mocno

Jakub Socha

Problemy z traumą sąsiadują w „Manchester by the Sea” z problemami z posłużeniem się po raz pierwszy prezerwatywą – i jakkolwiek to zestawienie byłoby trywialne, wsiąka przez nie życie

Jeszcze 2 minuty czytania

Lee Chandler ma niewiele: kanapę, fotel, małe okienko z trzema szprosami i kratą – a za kratą siatkę drucianą i hałdę śniegu. Niczego też od świata nie chce. Jest w porządku – mówi do swoich tokujących bez przerwy klientów, przetykając ich kible, zakładając uszczelki, dokręcając rury. Rano odśnieża, za dnia pracuje, wieczorami pije samotnie w barze albo przed telewizorem. Kolejny Yoda? Nie, żywy trup.

Coś się wydarzyło w życiu Lee, że już na nic nie czeka. Świat się jednak o niego upomina. Kiedy umiera jego starszy brat, Lee musi wrócić do rodzinnego miasta, tytułowego Manchester-by-the-Sea, żeby wyprawić mu pogrzeb i zająć się jego dorastającym synem, Patrickiem. Niestety mróz skuł ziemię, więc nie można wykopać grobu; w testamencie Joe powierzył Lee opiekę nad swoim dzieckiem. Wychodzi więc na to, że będzie musiał jeszcze na chwilę zostać w mieście. Nie wydaje się to najgorszą katorgą – portowe miasteczko wygląda przytulnie. Jednak główny bohater „Manchester by the Sea” czuje się w nim jak zamknięte w klatce zranione dzikie zwierzę, które już nie bardzo ma siły, żeby się miotać.

Najnowszy film Kennetha Lonergana doskonale wpisuje się w jego twórczość. To kino żywi się śmiercią. Już debiut reżysera, „Możesz na mnie liczyć”, zaczynał się od czołowego zderzenia z ciężarówką, w kolejnym, „Margaret”, też mieliśmy śmiertelny wypadek. Nie inaczej jest tym razem. Lonergan idzie na całego – nie poprzestaje na jednej śmierci, prowokuje kolejne, czym tylko utrudnia sobie życie. Nie ma nic bardziej irytującego niż filmy, które szukają paliwa dla narracji jedynie w kolejnych zgonach. Metafizyczny horror jest w nich tylko kiczem; gra między przypadkiem a przeznaczeniem zasłoną dymną dla myślowej pustki. Reżyser „Manchester by the Sea” wyciąga się z niej za własne uszy. Robi wszystko, żeby nie poddać się minorowemu nastrojowi.

W jednej z najbardziej dramatycznych scen, kiedy groza hula w najlepsze, pod dotknięty niedającą się pojąć tragedią dom podjeżdża karetka. Sanitariusze wyjmują nosze, układają na niej ciało i próbują je z powrotem załadować do środka, ale zacina się jakiś mechanizm – nosze nie chcą się złożyć. Ani za pierwszym, ani za drugim razem. Nie, ciało nie spada z tych noszy, nie turla się z górki do jeziora, gdzie zjada je rekin, którego potem zjada na obiad grupa biznesmenów z Chin – to nie jest „Naga broń”, jednak w płaczliwy ton wbija się inny rytm i inny ton. Kolejna scena, która pokazuje styl Lonergana: Patrick idzie sprężystym krokiem, w pewnym momencie dostrzega na chodniku prosty patyk, podnosi go i zaczyna nim przejeżdżać po sztachetach biegnącego po lewej stronie płotu, nagle skręca, wchodzi na cmentarz i próbuje wepchnąć patyk w zmarzniętą ziemię.

Może są to proste chwyty i proste przełamania, ale Lonergan posługuje się nimi z wyczuciem, tak samo zresztą jak smutną, miejscami może zbyt oczywistą, muzyką klasyczna, która zjawia się w filmie co chwilę. Nieśmiertelne „Adagio g-moll” Albinoniego, dodatkowo Händel i Poulenc. Brzmi pretensjonalnie? Zwiastuje katastrofę? Mogło do niej dojść, Lonergan korzysta jednak z klasyki nie po to, by popisać się wiedzą i rozczulić widza, podrażniając jego kanaliki łzowe. Chce go raczej zdystansować. Te dźwięki, jakby z innego rejestru niż całe rybackie miasteczko, gdzie rozgrywa się akcja, budują oczywiście wzniosłość, ale przez to, że towarzyszą zazwyczaj wspomnieniom Lee, podkreślają równocześnie jego obcość: to, co przeżył, nie daje się oswoić, nie da się tym podzielić; możliwe, że to, co przeżył, na zawsze wypchnęło go ze świata.

„Manchester by the See”, reż. Kenneth Lonergan„Manchester by the Sea”, reż. Kenneth Lonergan. USA 2016, w kinach od 20 stycznia 2017Subtelnie wprowadzane na zasadzie asocjacji retrospekcje sytuują Lee gdzieś na granicy między przeszłości a teraźniejszością, której nie może, a może i nie chce, przywiązany do swojego bólu, pokonać. Inni nie mają tego problemu. Była żona ma już nową rodzinę, Patrick – hokej, zespół muzyczny, dwie dziewczyny i mnóstwo energii. Lee mimowolnie dostaje się w jej pole – robiąc za osobistego szofera swojego bratanka, wikła się w jego hormonalne przygody, kątem oka obserwuje, jak chwilę po śmierci ojca syn rozmawia z kumplami o fenomenie Star Treka, myślami będąc już w swojej sypialni, gdzie wreszcie będzie mógł spędzić trochę czasu z dziewczyną. Problemy z traumą sąsiadują w „Manchester by the Sea” z problemami z posłużeniem się po raz pierwszy prezerwatywą – i jakkolwiek trywialne byłoby to zestawienie, wsiąka przez nie życie. A może inaczej: życie trzyma się zaskakująco mocno.

Dookoła Lee ludzie sobie radzą, cokolwiek by się działo, w końcu wstają rano i zaparzają pierwszą kawę. Bohaterowie podejmują działania, żeby osiągnąć swój cel – głosi jedna z popularniejszych teorii opowiadania filmowego. Lonergan pokazuje, że to wszystko wcale nie jest takie proste. Nie każda historia musi zmierzać do celu i nie zawsze ma się siły na jakiekolwiek czynności.

W jednej z najpiękniejszych scen filmu, kapitalnie zagranej przez Casseya Afflecka i Michelle Williams (w ogóle wszyscy aktorzy idą przez uczuciowy slalom, który funduje im reżyser, bezbłędnie), Lee i jego była żona próbują sobie coś powiedzieć, coś zrobić, ale słowa grzęzną im w gardłach, gesty zamierają w połowie drogi, aż w końcu bezbronni rozchodzą się. Nic nie udaje im się osiągnąć, a równocześnie: jej dziecko płacze w wózku, Patrick szykuje się na kolejną randkę, w barze jest gwar i leje się piwo. W tych sprzecznych sygnałach, siłach, które jednocześnie wyrzucają ze świata i z powrotem wrzucają do niego, jest sedno i siła tego niezwyczajnego filmu, który próbuje pogodzić niedające się przezwyciężyć sprzeczności.