Powrót do domu

6 minut czytania

/ Film

Powrót do domu

Jakub Socha

Noblista Mantovani, bohater „Honorowego obywatela” przyjmuje zaproszenie z Salas, rodzinnego miasteczka. Kieruje nim nuda czy sentymenty? Zapewne jedno i drugie. Tego, co go spotka po wylądowaniu, nie mógł przewidzieć nawet w najdziwniejszych snach

Jeszcze 2 minuty czytania

Argentyńczyk Daniel Mantovani odbiera Nobla w dziedzinie literatury i wpada w depresję. Między jednym a drugim wygłasza prawdopodobnie najkrótszą przemowę noblowską w historii. Ale to nie wszystko. Brodski w swojej dziękował Achmatowej, Audenowi i Cwietajewej; Vargas Llosa mówił, że „czytanie to najważniejsza rzecz, jaka mu się przydarzyła w życiu”; Miłosz wspominał swojego dalekiego wujka, autora poematów metafizycznych; Szymborska wchodziła w dialog z Eklezjastą i trzeźwo stwierdzała: „Wszelka niedoskonałość lżejsza jest do zniesienia, jeśli podaje się ją w małych dawkach”. Mantovani tym, którzy go słuchają, nie ma za wiele do powiedzenia. Może tylko, że jest skończony. Skończony, bo wie, że za chwilę nagroda zrobi z niego klasyka, lekturę szkolną, pieszczocha. A literatura przecież zawsze powinna wyrastać z buntu, rzucać wyzwanie światu, wymykać się prostym kategoriom. Tak więc, żegnaj, transgresjo, witajcie, ciepłe kapcie. Witaj, smutku.

Witajcie, wygodne adidasy z aerodynamiczną podeszwą. Mantovani nie potrafi się zabrać w nich za pisanie. Zamiast pisać, chodzi na spacery i przesiaduje w wygodnym fotelu w swojej hiszpańskiej willi, jasnej i przestronnej. Wraz z asystentką przegląda prestiżowe zaproszenia i wszystkie wyrzuca do kosza, po chwili jednak wraca do jednego – zaproszenia z Salas, jego rodzinnego miasteczka, które opuścił we wczesnej młodości; scenerii, w której rozgrywają się wszystkie jego książki. Kieruje nim nuda czy sentymenty? Zapewne jedno i drugie. Tego, co go spotka po wylądowaniu w ojczyźnie, nie mógł przewidzieć nawet w najdziwniejszych snach.

Zamiast limuzyny z szoferem, czeka na niego stary rzęch, który oczywiście rozkracza się w szczerym polu – za kierownicą siedzi wiejski głupek, który w związku z tym, że zapomniał papieru toaletowego, podciera sobie podczas postoju tyłek kartką z książki noblisty. To by pozbawiło chyba każdego złudzeń. Gdy już nasz bohater dotrze na miejsce, sadzają go wraz z miasteczkową miss piękności na wozie strażackim, żeby zrobił rundę honorową po mieście, którego ulice świecą pustkami. Potem jest jeszcze impreza w ratuszu, spotkanie z niespecjalnie zainteresowaną nim publicznością, wizyta w lokalnej telewizji, której studio wygląda jak schowek na mopa, jurorowanie w konkursie bohomazów stworzonych przez lokalnych malarzy.

„Honorowy obywatel”, reż. Gastón Duprat i Mariano Cohn„Honorowy obywatel”, reż. Gastón Duprat i Mariano Cohn



Mantovani robi dobrą minę do złej gry. Choć nie lubi być fotografowany, cierpliwie ustawia się do kolejnych selfie; opowiada o swojej pracy; sumiennie wypełnia wszystkie obowiązki świeżo mianowanego Honorowego Obywatela miasta Salas; grzecznie uśmiecha się do wszystkich zaczepiających go wariatów, a jest ich cały hufiec. Niepostrzeżenie zaczyna się zaciskać na jego szyi pętla, którą założą mu wspólnie niedoceniony przez niego artysta plastyk i przyjaciel z młodości, który ożenił się z jego byłą dziewczyną.


Choć jest w „Honorowym obywatelu” bez wątpienia materiał na wizualnie intensywne kino spod znaku Gilliama czy Sorrentino, dwóch reżyserów, Gastón Duprat i Mariano Cohn, zdecydowało się nakręcić swój film w stylu znanym chociażby z kultowego w niektórych kręgach programu „997”, reporterską kamerą, którą zdaje się prowadzić roztrzęsiony amator. Balonik jakichkolwiek pretensji i wybujałych artystycznych ambicji zostaje więc przekłuty już na samym początku. Cohn i Duprat zdrapują pozłotkę, nikomu tu nie odpuszczają, zarówno lokalnym mężczyznom – umysłowym leniwcom i wariatom bez piątej klepki, którzy mają o sobie jak najlepsze mniemanie, jak i Mantovaniemu, temu smutnemu mizantropowi, który po cichu chełpi się swoją pozycją i na wszystkich patrzy z góry, choć oczywiście woli widzieć w sobie prawdziwego humanistę. Reżyserski duet spogląda trzeźwo na wszystko i wszystkich. Na podróże sentymentalne do korzeni; na latynoamerykańską literaturę małych ojczyzn, egzotyczny towar eksportowy, którego wyczekuje zachodni czytelnik, lubiący sobie poczytać i o dziwakach z małomiasteczkowych burdeli, i o szlachetnych małomiasteczkowych szewcach; wreszcie na same małe ojczyzny, w których naprawdę nie ma nic przytulnego, nic hygge, i z których każdy przy zdrowych zmysłach chce jak najszybciej się wyrwać.

Gastón Duprat i Mariano Cohn„Honorowy obywatel”, reż. Gastón Duprat i Mariano Cohn.  Argentyna 2016, w kinach od 6 stycznia 2017Jedno jednak jest pewne, w starciu Salas z Mantovanim to pisarz, jeśli tylko ujdzie z niego z życiem, zwycięży. Cokolwiek się wydarzy, będzie mógł wrócić do swojego ładnego domku, usiąść przed klawiaturą i opisać to starcie – zamienić raz jeszcze doświadczenie w fikcję, odegrać się na rzeczywistości i jeszcze przy tym trochę zarobić. Pojawiające się na marginesie filmu zwyczajne pytania o etykę, o to, czy ktoś, kto dorobił się Nobla, opisując na ostro swoich ziomków, nie powinien jednak przemyśleć swojej postawy, spływają po nim jak po kaczce. Mantovani zdaje się też nie zaprzątać sobie głowy tym, że jest jednak spora różnica między niezgodą a niezrozumieniem. To, że nie zgadza się z postawami reprezentowanymi przez wielu mieszkańców Salas, nie zwalnia go od tego, żeby starać się ich mimo wszystko zrozumieć. 

Kto wie, może udaje mu się wykonać tę pracę w swoich książkach, tylko że o jego książkach, oprócz tego, że zyskały uznanie Szwedzkiej Akademii, nic nie wiemy. Autorzy „Honorowego obywatela” nie zapuszczają się w rejony jego fikcji, nie starają się pokazać tego, w jaki sposób mogłyby nałożyć się na siebie przeżycia z Salas i ich opis, podjęty przez Mantovaniego. Ich ambicje są dużo mniejsze, a szkoda. Mógł powstać ciekawy film o życiu i literaturze, ostatecznie otrzymujemy jednak tylko opowieść o wizycie noblisty w rodzinnym mieście. Ekscentryczną i zabawną.