Mur empatii
DonkeyHotey CC BY-SA 2.0

24 minuty czytania

/ Obyczaje

Mur empatii

Rozmowa z Arlie R. Hochschild

Obudziliśmy się w podzielonej Ameryce, gdzie od stania w kolejce po dobre życie ludzie zdążyli się już tak zmęczyć, że wybrali na prezydenta kogoś, kto otwarcie się od nich odwrócił – mówi amerykańska socjolożka

Jeszcze 6 minut czytania

JAKUB DYMEK: W 2011 roku pojechała pani z kalifornijskiego Berkeley, oazy liberalizmu, na najbardziej konserwatywne Południe Ameryki, żeby przez pięć lat rozmawiać z rodakami, którzy zamieszkują, w pewnym sensie, kulturowo-polityczne antypody pani świata. Efektem tych rozmów i socjologicznej pracy, jaka im towarzyszyła, jest książka „Strangers in their own land” – opowieść o emocjach, sposobach myślenia i postawach tych Amerykanów i Amerykanek, którzy czuli się przez ostatnie lata wykluczeni, pominięci i pogardzani przez elity społeczne i polityczne. Przekroczyła pani granicę, ponad którą podzielone społeczeństwa Zachodu ze sobą nie rozmawiają – „mur empatii”, jak go pani nazywa. Czym on jest i dlaczego chciała go pani przeskoczyć?
ARLIE R. HOCHSCHILD: Zaczęłam się przyglądać promowanym przez amerykańską prawicę rozwiązaniom politycznym, które wzbogacają i tak superbogaty 1 procent najzamożniejszych obywateli oraz dają więcej władzy tym, którzy już mają olbrzymią władzę. Jacy ludzie mogą to popierać? Próba odpowiedzi napotyka na mur empatii: może ci ludzie są po prostu źli? Ale to niewiele wyjaśnia, nie przybliża nas w żaden sposób do tych, którzy patrzą na świat inaczej niż my.

Żeby spróbować ich zrozumieć, musiałam porzucić okulary, przez które zazwyczaj patrzę na świat, i pozwolić sobie na olbrzymią dawkę zwyczajnej ciekawości. Okazało się, że to wcale nie było trudne. Przeciwnie, wyciągnięto w moją stronę pomocną dłoń. „My też martwimy się rosnącym podziałem między prawicą i lewicą w naszym kraju” – usłyszałam od wielu ludzi. „Nas też to dotyczy. Dziękujemy, że do nas przyjechałaś”. I jeszcze: „Ludzie mówią o nas, że jesteśmy zacofani, że jesteśmy rasistami, że jesteśmy homofobami – nie wiedzą, kim jesteśmy naprawdę. Cieszymy się, że chcesz nas poznać”. 

Empatia była dla mnie kluczowa. Ludzie znają nawzajem swoje opinie. To nietrudne – włączasz komputer i już widzisz, co to są te lewicowe i prawicowe sprawy. Ale bez poznania ludzi nie można się dowiedzieć, jakie doświadczenia doprowadziły ich do tego, co myślą; w jaki sposób tłumaczą sobie sens politycznych i kulturowych postaw… Opisuję więc moje próby przeskoczenia tego muru, te udane i te niekoniecznie udane, a pewnych rzeczy wciąż nie jestem w stanie złapać. 

Nie trafiła pani do gniazda szerszeni?
Skądże. Choć przyjechałam ze sporym bagażem. „Socjolożka z Berkeley” to wiele mówiąca etykieta [śmiech]. 

Stereotypowa „lewaczka”. 
Oh my god! Ktoś mnie pyta: „Jesteś z Kalifornii?”. [Imituje południowy akcent] „Któóóóreeej częęęęści Kalifooorniiii?”. Na szczęście, z tej bardziej konserwatywnej. Ale stanowiłam dla moich rozmówców okazję, aby i oni skonfrontowali się ze stereotypem osoby z Kalifornii. Ludzie, z którymi rozmawiałam, dali mi niezwykły przywilej poznania ich życia: w jakiej szkole się uczyli? jak wyglądał ich dom dzieciństwa? do jakiego kościoła chodzili i chodzą? skąd są ich rodzice i krewni? Chciałam poznać ich od osobistej strony, a oni odpowiadali: „Jasne, zapraszamy”. 

Arlie R. Hochschild

Amerykańska socjolożka, professor emerita od lat 60. związana z Uniwersytetem Kalifornijskim w Berkeley. Wielokrotnie wyróżniana przez Amerykańskie Towarzystwo Socjologiczne. Najbardziej znana jest ze swojego wkładu w socjologię emocji, książek o pracy i jej związkach z rodziną, miłością, seksem. Jej najnowsza książka o amerykańskim Południu i uczuciach wyborców prawicy, „Strangers in Their Own Land” była nominowana do nagrody National Book Award. Po polsku ukaże się w 2017 roku nakładem wydawnictwa Krytyki Politycznej.

Dlaczego wybrała pani właśnie Luizjanę?
Szukałam enklawy wychylonej tak daleko na prawo, jak Berkeley w Kalifornii jest wychylone na lewo. Gdzie by to miało być? Na Południu, wśród białych, gdzieś, gdzie ludzie są nieco starsi i bardziej religijni. Jak takie miejsce znaleźć? W 2012 roku Barack Obama ubiegał się o reelekcję. W tych wyborach uzyskał połowę głosów białych mieszkańców Kalifornii, 1/3 głosów białych w siedmiu stanach amerykańskiego Południa, ale w Luizjanie nawet mniej niż połowę tego – 14 procent. Luizjana to Południe do kwadratu. To tam najlepiej widać opisany przeze mnie „wielki paradoks”. 

Na czym on polega?
To stan, który ma właściwie najgorszą edukację, najbardziej dotkliwe problemy zdrowotne, najniższą przewidywaną długość życia, najwięcej rozbitych rodzin, najwyższą proporcję samotnych matek… Jak to możliwe, że ten sam stan, który w największym stopniu jest uzależniony od pomocy rządowej, redystrybucji, mechanizmów wsparcia, jest jednocześnie najbardziej wrogi wobec rządu federalnego? Niezrozumiałe. 

Luizjana była nie tylko przykładem „wielkiego paradoksu”, była jego wzmocnieniem, swoistą przesadą. W 2014 roku to był najbiedniejszy stan ze wszystkich. 44 procent jego budżetu pochodziło z rządu federalnego, to naprawdę dużo. I jednocześnie najszybciej osuwał się on w objęcia radykalnego skrzydła Partii Republikańskiej, Tea Party. Do tego dochodzi wielka rola, jaką odgrywa przemysł naftowy w Luizjanie. To jedno z najbardziej zanieczyszczonych miejsc na Ziemi, a jednocześnie najwięcej ludzi sprzeciwia się tam prawnym ograniczeniom dewastacji środowiska!

To nie ma sensu. Jak można sprzeciwiać się ochronie środowiska, kiedy w życiu codziennym – swoim i swoich bliskich – na co dzień obserwuje się tragiczne skutki kolejnych ekologicznych katastrof? 
Tak, mieszkańcy i mieszkanki Luizjany mają interes w tym, żeby to wszystko posprzątać. Ten stan ma drugi najwyższy w kraju wskaźnik umieralności na raka wśród mężczyzn. Nie brakuje tam cierpienia związanego z zanieczyszczeniem środowiska.

Oto, co odkryłam, kiedy w końcu poznałam ludzi z Luizjany lepiej. Po pierwsze, rząd federalny to dla nich reprezentacja amerykańskiej Północy. Stoi za tym historia: w wojnie secesyjnej Północ podbiła Południe i od tamtej pory bezustannie kiwa na nią palcem: „Och, wy głupi, zdemoralizowani, wsteczni południowcy. Ależ my jesteśmy od was lepsi” itd. To jest na Południu odbierane jako napastliwe. Ale do tego akurat nie przywiązywałabym największej wagi – to jeszcze nie jest podstawowy powód odrzucenia rządu. 

Po drugie: ludzie nie ufają rządowi federalnemu, bo nie ufają nawet swojemu rządowi stanowemu. I to naprawdę rozumiem. Jeśli luizjańska agencja odpowiedzialna za ochronę środowiska robi fatalną robotę i w ogóle nie chroni ludzi, to dlaczego mieliby oni uwierzyć, że w Waszyngtonie ktoś postara się bardziej? Ropa kupiła sobie ten stan i teraz płaci agencji odpowiedzialnej za ochronę środowiska, żeby wykonywała „moralnie brudną robotę”, polegającą na udawaniu, że chroni się ludzi i środowisko, podczas gdy faktycznie chroni się interesy przemysłu. Pozwolenia na wylewanie groźnych chemikaliów są rozdawane niesłychanie łatwo, a jednocześnie twierdzi się, że zapobiega się ryzyku związanemu ze składowaniem toksycznych odpadów, pilnuje standardu wody i powietrza itd. Dla własnego przemysłu energetycznego i chemicznego Luizjana jest krajem trzeciego świata, który można sobie skolonizować. Obywatele płacą podatki władzom, które ich nie chronią. Po co? A rząd federalny to po prostu większy wariant tego samego. Rozumiem to, szczególnie że Luizjana nie ma tradycji dobrego rządzenia ani zakorzenionej wiary, że jest ono możliwe.

Wreszcie po trzecie: ludzie nie ufają rządowi, bo postrzegają go jako narzędzie w rękach mniejszości, która z nimi konkuruje. Żeby to zrozumieć, musiałam jednak poznać stojącą za tym „głęboką opowieść”.

Arlie R. Hochschild, „Strangers in Their Own Land: Anger and Mourning on the American Right”. New Press, 368 stron, w amerykańskich księgarniach od września 2016Arlie R. Hochschild, „Strangers in Their Own Land: Anger and Mourning on the American Right”. New Press, 368 stron, w amerykańskich księgarniach od września 2016„Głęboką opowieść”?
Tak, metaforyczną reprezentację doświadczeń, hipotetyczną historię, która jest „jak prawdziwa”. Z niej biorą się moralne osądy, jakich dokonują ludzie, i wątpliwości, jakie czują. To, co uważają za prawdziwe. Brzmi ona następująco.

Stoisz w długiej, długiej kolejce, jak na pielgrzymce. Obok ciebie stoją ludzie tacy jak ty. Na szczycie wzgórza, na które prowadzi pielgrzymka, znajduje się spełnienie amerykańskiego snu. Przez długi czas kolejka nie posuwa się do przodu, nogi już bolą, a ludzie są zmęczeni. I nagle co widzisz?! Ludzie wpychają się do kolejki przed tobą. Kto taki? Czarni – którzy teraz mają dostęp do zawodów i pozycji wcześniej dostępnych wyłącznie dla białych, a dzięki akcji afirmatywnej priorytetowy dostęp do miejsc w liceach i na uniwersytetach i wszystkie zasiłki. Kto jeszcze? Kobiety – och, z kobietami jest jeszcze gorzej, bo one stanowią aż połowę społeczeństwa. Oraz imigranci. A do tego teraz jeszcze uchodźcy. Masz prezydenta, Baracka Obamę, który powinien bezstronnie reprezentować wszystkich, prawda? A on zdaje się machać ręką do tych, którzy wpychają się w kolejkę! To ich prezydent, im pomaga! A może on też jest z tych, co się wepchnęli w kolejkę? Jak ktoś wychowany przez samotną matkę mógł skończyć Harvard? Przecież to za dużo kosztuje, to jakieś oszustwo! Widzisz to wszystko i stwierdzasz, że nie zbliżasz się ani trochę do amerykańskiego snu. A gdy ci przed tobą już do niego dochodzą, to na odchodnym patrzą na ciebie i rzucają: „Jesteście wieśniakami!”. 

To boli?
Ci ludzie bardzo ciężko pracowali i byli uczciwi całe życie. Nie poszli nigdy na studia, ale bynajmniej nie byli głupsi od innych. Nazywanie ich wieśniakami jest dla nich obraźliwe. Ale obraźliwe – tak uważają – jest też to, że ludzie, którzy nie pracowali tak ciężko, nie byli tak cierpliwi i tak pokorni jak oni, dostawali od państwa coś za darmo. To poczucie doprowadziło do wyobcowania: poczuli się „obcy we własnym kraju”. Biali, pracujący i wierzący Amerykanie z Południa zaczęli uważać, że są mniejszością. Że są spychani na margines. Przestało się im podobać, że widzą kolejne grupy i osoby, które mówią: „O, jaki ja jestem biedny”, żądają współczucia i domagają się zasiłków. A oni – moi rozmówcy z Luizjany – nigdy by tak o sobie nie pomyśleli. Nie chcą być uznani za ofiary, patrzą więc z góry na tych, którzy właśnie tego się domagają. Ale tak naprawdę oni też są ofiarami. Tylko takimi, które nie mogą tego powiedzieć. 

Dlaczego?
Biali mężczyźni są uznawani za grupę uprzywilejowaną. Ale badania pokazują, że właśnie biali mężczyźni z klasy robotniczej nadużywają alkoholu i narkotyków, rzadziej biorą udział w życiu lokalnych społeczności, nie mają kontaktu z własnymi dziećmi, rzadziej są w związkach z matkami tych dzieci, występuje wśród nich wysoki odsetek samobójstw. Obserwujemy cichy kryzys, o którym Donald Trump zaczął mówić głośno. 

Mówi pani sporo o poczuciu wykluczenia i marginalizacji białych mężczyzn. Ale ono jest także wynikiem niesłychanie pozytywnych i potrzebnych zmian, o które amerykańskie społeczeństwo walczyło i z których jest w wielkiej części dumne: desegregacji w szkole i miejscu pracy, równych płac dla mężczyzn i kobiet, prawnej ochrony mniejszości… To zmiany w amerykańskim społeczeństwie, nierzadko na lepsze, pozbawiły białych mężczyzn wyjątkowego statusu w wielu dziedzinach życia.
To tylko połowa historii. I to ta mniej ważna. Ważniejsza połowa historii o wykluczeniu i marginalizacji białych mężczyzn z klasy robotniczej mówi o tym, że demokraci nie zrobili wiele, by zdjąć z ich pleców ciężar globalizacji: ucieczkę miejsc pracy za granicę, automatyzację, stagnację wynagrodzeń i upadek statusu społecznego. Nie jest tak, że nie zrobiono zupełnie niczego, ale to demokraci podpisywali umowy handlowe w rodzaju NAFTA, która uderzyła mocno w pracujących Amerykanów. Kto zyskał na tego rodzaju polityce? Ktoś na pewno, ale nie byli to ciężko pracujący mężczyźni i kobiety.

Czy wprowadzić programy edukacyjne i szkoleniowe, które mogłyby pomóc dostosować się albo przekwalifikować? Jak wykształcić więcej inżynierek i inżynierów? Jak powiększyć liczbę miejsc pracy w nowych przemysłach – na przykład energetyce odnawialnej – nie tylko dla najlepiej wykształconych i młodych? To są pytania, na które zaczął odpowiadać chyba dopiero Bernie Sanders w prawyborach 2016 roku. 

Projekty polityczne, takie jak akcja afirmatywna wobec czarnych czy otwieranie rynku edukacji i pracy dla kobiet, zwiększyły konkurencję o miejsca pracy i zasoby. Ale nie wszyscy moi rozmówcy byli zdecydowanie przeciwni tym zmianom. Wszystkie kobiety, z którymi rozmawiałam, pracowały i wierzyły w zasadę „równa płaca za równą pracę”. Ludzie mają wśród krewnych gejów i lesbijki, nie wszyscy pałają do nich nienawiścią. Nie wszyscy też oczywiście są bardzo otwarci. Ale otwartości na Południu jest więcej, niż się zazwyczaj wydaje. Nie tylko lęk przed konkurencją napędza niechęć, raczej nieumiejętność rozpoznania autentycznych problemów, odmawianie prawa do odczuwania dumy i honoru, brak szacunku dla zasad.

Wielkie umowy handlowe, sprzyjanie biznesowi, brak recept dla pracujących – o to wszystko można oskarżyć demokratów. Ale przecież republikanie robili to samo albo i jeszcze więcej.
Bardzo dobra uwaga. Stąd też tak wielka niechęć u moich rozmówców do konwencjonalnych republikanów! Natomiast Donald Trump ogłosił na przykład, że osobiście pojedzie do firmy Carrier w stanie Illinois, producenta sprzętu klimatyzacyjnego, i zabroni przenoszenia miejsc pracy do Meksyku. Albo obiecał, że zacznie twardo grać z Chinami i narzuci nowe cła. To właśnie były próby przemawiania wprost do lęków i oczekiwań pracujących Amerykanów, które szły obok albo w poprzek konwencjonalnych pomysłów republikanów.

Czy w tym wszystkim istotniejsza od polityki nie okazuje się  kultura, której ramy wyznaczają etos pracy, wiara, standardy moralne życia w rodzinie i społeczeństwie, honor związany z przynoszeniem chleba do domu?
Tak. I to, co uchodzi za dobry, a co za niedobry sposób regulacji życia społecznego. Weźmy kościół. Ludzie dobrowolnie oddają 10 procent swoich dochodów na wspólnotę, do której należą: baptystów, ewangelikanów, katolików. Wchodzisz do takiego kościoła – i co widzisz? Opieka nad dziećmi po lewej, klub seniora po prawej, siłownia w piwnicy, porady małżeńskie i doradztwo w sali obok. Wow – to nie zwykły kościół, to właściwie centrum społecznej infrastruktury, hipermarket koniecznych dla wspólnoty usług. Możesz pomyśleć: czego więcej nam potrzeba? Czy naprawdę chcemy płacić wyższe podatki, żeby państwo oddawało je biednym, żeby ci wyprzedzili nas w kolejce do amerykańskiego snu? Czy może wolimy, żeby to wszystko działało tak, jak u nas w kościele?

Kościół służy za model prawidłowej organizacji społecznej, który do tego pokazuje, jak pomagać innym i czuć się dobrze ze sobą?
Nie dla wszystkich, ale dla wielu tak. Tyle że wiele kościołów milczy o trudnych wyborach związanych z koniecznością ochrony środowiska. Możesz pójść do kościoła, żeby wypłakać się po stracie męża, usłyszeć dobre rady i słowa otuchy. Ale nie dowiesz się, co zrobić, żeby twoja tragedia nie spotkała innych, jak bronić się przed wielkim przemysłem, jak rzucić wyzwanie trucicielom. O tym kościół milczy. No, zazwyczaj. Bo są znaki, że coś się zmienia, gdy nawet w bardzo konserwatywnych parafiach za sprawy biorą się młodzi wierni. 

A czy wrogość do systemu świadczeń społecznych – cały język „życia na zasiłkach” i „leniwych bezrobotnych” – też bierze się z osobistego stosunku do pracy, powinności i odpowiedzialności za rodzinę?
Ten stosunek da się opisać za pomocą metafory: jesteśmy w szkole, ale musimy podwyższać oceny tym, którzy najmniej wiedzą i najmniej się uczą. Tak wiele osób myśli o pomocy społecznej. Prawica ma poczucie sprawiedliwości i uczciwości odmienne od tego, jakie ma lewica. Dla moich rozmówców nieuczciwością było to, że ktoś dostaje pieniądze albo zapomogę na żywność, jeśli może pracować. To ich zdaniem nie jest fair. 

Fakt, który z ich obrazu świata umyka – bo oglądają telewizję Fox News – jest jednak następujący: większość ludzi, którzy otrzymują w Ameryce jakąś formę rządowej pomocy, pracuje! Największy program publicznych ubezpieczeń zdrowotnych, Medicaid, w połowie obejmuje dzieci i seniorów, ale druga połowa korzystających z tej formy pomocy pracuje. Najczęściej w usługach, zwykle za płacę minimalną – w związku z tym nasz system pomocy społecznej faktycznie stanowi dodatek do niskiej płacy, z której nie sposób się utrzymać. Pytanie więc brzmi: czy to nie pracodawcy, którzy dzięki temu nie muszą podnosić pensji, są faktycznymi beneficjentami programów rządowych? Mówimy przecież o sytuacji, w której pracownicy sieci fast food polegają na kartkach żywnościowych, które dostają od rządu. 

A czy da się uciec od faktu, że to jest również problem rasowy? Przynajmniej od lat 80. w świadomości Ameryki tkwi stereotyp „królowej zasiłków” – czarnoskórej samotnej matki, która nie chce pójść do pracy, tylko bierze „kasę na dziecko” i wydaje ją na manikiur, zakupy albo imprezy z koleżankami. Popkultura i debata medialna o problemach społecznych w Ameryce sięga chętnie do obrazów przemocy w getcie, imigranckiego półświatka Latynosów albo właśnie scenek „z osiedla”.
A biali oglądają te obrazki i rośnie w nich strach, że wszystko to, co stało się z czarnymi i latynoskimi społecznościami w ciągu ostatnich kilkudziesięciu lat, stanie się teraz z nimi. 

Boją się, że będą zależni od rządu federalnego?
Że stracą niezależność, wolność i będzie im bardzo, bardzo wstyd, kiedy zostaną zmuszeni do wyciągnięcia ręki po pomoc. Badania pokazują, że czarne rodziny były dużo bardziej stabilne w latach 60. niż w 70. i później. Dlaczego? Bo sektor przemysłowy, który wcześniej licznie zatrudniał czarnoskórych Amerykanów, zaczął stosować automatyzację i wyprowadzać miejsca pracy za granicę. Czarnoskórzy pracownicy zostali tym dotknięci szybciej i mocniej niż ich biali koledzy. A teraz ci biali myślą: „Oho, teraz nasza kolej”. Spoglądają na tych niżej od siebie z rosnącym przerażeniem, bo widzą w życiu mniejszości czarną wróżbę o ich własnej przyszłości, jeśli ktoś tego nie powstrzyma.

Konflikt społeczny w Ameryce bardzo się przekształcił od lat 50. Wtedy wojna klas toczyła się w hali fabrycznej. Szło o to, czy ktoś chce ci zapłacić wystarczająco za pracę, czy nie. Po jednej stronie byli pracownicy i związki zawodowe, po drugiej – menadżerowie i właściciele. Dziś ten rodzaj walki w wielu przypadkach wyniósł się za morza – nie ma go w kraju, w gazetach ani w codziennym doświadczeniu pracujących Amerykanów. Bo te fabryki, w których buntowali się ich ojcowie i dziadowie, dziś są w Meksyku i Chinach. 

Ale w kraju nie zapanowała w związku z tym jakaś zgoda narodowa, wręcz przeciwnie.
Widzimy nowe formy konfliktu społecznego. Liberałowie i lewica zwracają uwagę na ruchy w rodzaju Occupy Wall Street i kampanii Sandersa – gdzie spór przedstawia się jako walkę 99 procent społeczeństwa przeciwko 1 procent najbogatszych. Konserwatystów interesuje inny konflikt: między klasą średnią i niższą średnią a biednymi. „Chciwi, leniwi biedacy wyciągający ręce po więcej” – to jest negatywny bohater ich opowieści. Liberałowie jako na sojusznika spoglądają na rząd, konserwatyści – na sektor prywatny. I co się dzieje? Rząd i sektor prywatny toczą między sobą „wojnę przez pośredników”: lewica w imieniu biednych, prawica w imieniu klasy średniej walczą ze sobą, realizując interesy dwóch stronnictw, które faktycznie chcą czego innego.

I jedno z nich chce Ameryki jak z lat 50.? Pani książka uświadamia, że problem z konserwatyzmem nie jest taki prosty: że dom, życie rodzinne, tradycyjne role płciowe – to nie jest dla pani rozmówców jakiś patriarchalny koszmar z literatury feministycznej, tylko ideał spokojnego świata, który wypływa z bardzo konkretnych doświadczeń i sumy racjonalnych wyborów.
Głosujący na prawicę mężczyźni i kobiety, których poznałam w Luizjanie, wcale nie wiodą bardziej tradycyjnego życia niż liberałowie czy lewicowcy. Tak naprawdę „czerwone”, czyli republikańskie, stany Południa mają wyższy odsetek rozwodów, więcej dzieci rodzi się poza związkami małżeńskimi, kobiety pracują… – to nie jest ten tradycyjny model, jaki się utożsamia z wyborcami republikanów. To liberałowie realizują model tradycyjny, bo po prostu ich na to stać, mają lepszą pozycję społeczną. To właśnie paradoks, który wiele mówi o klasowych podziałach w naszym społeczeństwie. 

„Niebieskie kołnierzyki”, z którymi rozmawiałam, chciały tego modelu, popierają go i idealizują, bo to jest coś, do czego aspirują, co jest częścią ich amerykańskiego snu. Sami często nie mają tego podstawowego bezpieczeństwa: żyją w drugim małżeństwie albo opiekują się dziećmi swoich dzieci i ich partnerów, bo ci na przykład wpadli w alkohol albo narkotyki, a do tego wszystkiego pracują na pełen etat i mają starych, schorowanych krewnych albo sami borykają się ze zdrowiem. Trudno się dziwić, że tak bardzo chwalą stabilną rodzinę i tak się wściekają, gdy słyszą, że problemy związków homoseksualnych to ważniejsza sprawa.

A jak często pojawiała się w tych rozmowach kwestia „politycznej poprawności” – rzekomego cenzurowania debaty publicznej, aby spełniała ona standardy wielkomiejskich elit?
Słyszałam to pojęcie dużo częściej w ostatnich czasach niż pięć lat temu. Myślę, że przywrócił je Donald Trump, opowiadając o tym, że liberałowie i lewica chcą wszystkich poniżyć i obśmiać za myślenie inaczej. W pewnym sensie Trump zachęcał ludzi, żeby „uwolnili się” od przekonania, że równe szanse dla wszystkich – także czarnych i kobiet – to coś, w co trzeba w Ameryce wierzyć. Przekonał ich, że przyznanie innym godności nie jest warunkiem koniecznym do życia w społeczeństwie. W efekcie tego u wielu osób powstało przekonanie, że zostali skolonizowani przez elity.

A prawdziwy rasizm, homofobia, nienawiść do kobiet? Uważa pani, że one istnieją w dużo mniejszym stopniu, niż sugerowałby ton kampanii wyborczej, wypowiedzi polityków i powstanie fenomenu tak zwanej „alternatywnej prawicy”, naprawdę wściekle nienawidzącej kobiet?
Uważam, że powinniśmy rozmawiać o problemach mniejszości w sposób, który jest nierozłączny od spraw gospodarki. Powinniśmy mówić o wykluczeniu i dyskryminacji tak, żeby pracujący Amerykanie i Amerykanki słuchali i weszli w ten dialog, żebyśmy byli w tym, w końcu, razem. Nie wystarczy trzymać się starej opowieści o różnorodności i mówić „jestem za prawami czarnych, jestem za mniejszościami, jestem za społecznością LGBT”.

Kiedy wyróżniasz poszczególne grupy i upominasz się o ich prawa, to może ci się wydawać, że robisz to w celu pogodzenia różnych ludzi, ale czasem wychodzi na odwrót i dzielisz ich. W oczach wyborców prawicy wygląda to tak, że oto zaczyna się kolejna wyliczanka ludzi, którzy są ważniejsi od nich.

Jak zrobiła to Hillary Clinton w swoim przemówieniu powyborczym, kiedy wymieniła kobiety, muzułmanów, mniejszości seksualne, ale nie odwołała się do Amerykanek i Amerykanów w ogóle – zostawiając niejako poza swoimi apelami o zjednoczenie dużą część społeczeństwa?
Tak. Jest coś niebezpiecznego w tym, że upominając się o mniejszości, wyrażając troskę i wolę uczciwej pomocy, w efekcie podzieliliśmy ludzi. Że obudziliśmy się w podzielonej Ameryce, w której od stania w kolejce po dobre życie ludzie zdążyli się już tak zmęczyć i tak głęboko zniechęcić do naszych ideałów, że wybrali na prezydenta kogoś, kto otwarcie się od nich odwrócił.