Informacyjne supermutanty
Lee Schein CC BY-NC-ND 2.0

27 minut czytania

/ Obyczaje

Informacyjne supermutanty

Rozmowa z Marcinem Napiórkowskim

Prawem dżungli przebija się to, co najmocniejsze i najbardziej wyraziste. Jeśli nawet pół procent polskiego internetu wierzy w Wielką Lechię albo wszechświatowy spisek koncernów farmaceutycznych, to jego głos jest bardzo widoczny – mówi badacz teorii spiskowych

Jeszcze 7 minut czytania

JAKUB DYMEK: Dlaczego szkalujesz pradawne imperium Lechitów?
MARCIN NAPIÓRKOWSKI: Można by powiedzieć, że było tak. Trafiłem w księgarni na książkę, która stała obok tej mojej o pamięci powstania warszawskiego i sprzedaje się sto razy lepiej. W akcie zazdrości aż ją kupiłem. I co się okazało? To opowieść, która powinna leżeć na półce „fantastyka”. Historia o liczącym tysiące lat prasłowiańskim imperium, założonym przez uciekinierów z zatopionego kontynentu Mu. Jego istnienie ukrywają przed nami watykańscy i niemieccy okupanci. Czego tam nie było! Przywoływanie źródeł ewidentnie fałszywych, ignorowanie tych prawdziwych, odwołania do literatury o kosmitach i brak namysłu krytycznego. Najwyraźniej człowiek, który to pisał, nie miał pojęcia o warsztacie historyka, ale przysiadł na kilka wieczorów przed internetem i postanowił wywrócić do góry nogami ustalenia naukowe ostatniego stulecia. Jakby twierdził, że wszyscy badacze, którzy poświęcają życie na zinterpretowanie jednej enigmatycznej wzmianki w kronice czy mozolne wykopaliska archeologiczne, to albo ślepi i głusi frajerzy, albo agenci przekupieni przez papieża i Angelę Merkel. No więc w słusznym gniewie napisałem na „Mitologii współczesnej” krytyczną recenzję. To jedna z hipotez, jak wypowiedziałem wojnę pradawnemu imperium Lechitów.

Ale to odpowiedź nieprawdziwa czy przynajmniej niepełna. Bo przecież nie jest tak, że ilekroć ucieknie mi autobus, wskakuję do internetu i rozpoczynam dziką kampanię przeciwko linii 175 i jej podłemu kierowcy. Nie robię też medialnej awantury, kiedy otrzymam nie taką kawę, jaką zamawiałem. W ogóle chyba, poza pewną grupą komentatorów internetowych i blogerów, nie piszemy w internecie o wszystkim, co budzi nasze emocje. Co więc właściwie popchnęło mnie do szkalowania? Co takiego jest w koncepcji pradawnego imperium Lechitów, że z olbrzymią przyjemnością rzuciłem się do pisania? Co sprawia, że tysiące czytelników chciało o tym przeczytać i gorąco komentować moją recenzję? I dlaczego niektórzy z nich nazwali mnie żydem, ba!, katolikiem, Niemcem, członkiem spisku, i szybko doszli do wniosku, że ktoś mi jeszcze za to całe pisanie w jakiś zorganizowany sposób płaci?

A moim zdaniem napisałeś o pradawnym imperium Lechitów, bo kłuje cię w oczy prawda. Nie możesz się pogodzić z tym, że po tej ziemi mogli tysiące lat temu chodzić pradawni Polacy, Lechici, nasi przodkowie, którzy władali wielkim imperium i ktoś w końcu, wbrew establishmentowi naukowemu, o tym pisze.
Ktoś powiedział mi coś, czego nie wiedziałem i czego nigdy mnie nie uczono. Bo co, jeśli to prawda? Nie byłem przecież tutaj 1700 lat p.n.e., nie kończyłem archeologii, a haplogrupy R1a1 nie poznałbym, gdyby wyskoczyła z krzaków i kopnęła mnie w tyłek. Więc w pewnym sensie mają rację ci, którzy mówią, że reaguję obronnie, bo wyprano mi mózg: najpierw w szkole, a potem na uniwersytecie; że nauczono mnie myśleć w szablonowy sposób i wierzyć w objawioną prawdę. W podobny sposób wierzę, że Ziemia jest kulą, szczepionki są dobre dla dzieci, a globalne ocieplenie jest antropogenne. To zaufanie wobec autorytetów każe mi przyjąć, że 1700 lat p.n.e. rosły tu kwiatki, pachniała łąka i może, być może, jakieś odziane w skórę plemiona rzucały sobie dzidami. 

A nie mówili w szkole, żeby poszukiwać prawdy, nie bać się odkrywać, poszerzać zainteresowania?
Mówili. Ale w ten sam sposób, w który przekonywali, że każdy może zostać piłkarzem, fotomodelem, strażakiem i drugą Kasią Tusk. W przedszkolu nas zachęcają, żeby odkrywać i poznawać świat. W pierwszej klasie każą robić jakieś ograniczone eksperymenty, które pozwolą nam samym odkryć to, co i tak ktoś odkrył już przed nami. A w trzeciej klasie mówią, że sorry, ale nasza szkoła nie ma pieniędzy na Wielki Zderzacz Hadronów, więc możecie sobie w podręczniku poczytać, jak dorośli bawią się naprawdę drogimi zabawkami, a sami lepiej już nie kombinujcie, bo i tak na niczym się nie znacie. I w ten sposób ta dziecięca ciekawość i radość z eksperymentów zostaje zabita na niezwykle wczesnym etapie. I tu następuje nieoczekiwany zwrot akcji! Bo ludzie, którzy się na to nie zgodzili, którzy tę pierwotną ciekawość i radość odkrywania zachowali, to często właśnie ci, których określamy mianem „czubków”.

Czyli kto właściwie?
Tropiciele wielkiej Lechii, zwolennicy teorii o płaskiej Ziemi, wielbiciele kaszy jaglanej. To są często ludzie, którzy mają odwagę powiedzieć: nie ufam autorytetom, sprawdzam, chcę wszystko przebadać sam…

O Wielkim Zderzaczu Hadronów – i o pradawnym imperium Lechitów też – można przeczytać w internecie. Dlaczego jeden rodzaj wiedzy cieszy się większym poważaniem od innego?
Porzućmy ten grobowy ton, dodajmy trochę różu! W pewnym sensie rozmawiamy o realizującej się na naszych oczach utopii. Postępuje demokratyzacja wiedzy. Monopol interpretacyjny – kapłanek, starszych, naukowców – zostaje przełamany. I każdy może robić to, co kiedyś czynili tylko uprzywilejowani: tworzyć, spisywać i propagować wiedzę. Ale spełniony sen często zamienia się w koszmar.

Okazuje się, że głosy osób, które całe życie poświęciły badaniu jakiegoś tematu, są zwykle nieatrakcyjne. Ktoś, kto na poważnie zajmuje się astronomią, matematyką, genetyką, może pochwalić się co najwyżej jednym, malutkim odkryciem. Dwoma, jeśli ma niesamowite szczęście. Całościową opowieść o świecie i tym, jak on działa, mogą wygłaszać hochsztaplerzy, naiwni pasjonaci albo naprawdę dobrzy dziennikarze-popularyzatorzy. 

Chyba to właśnie robią?
Owszem! Ale zarazem między różnymi obiegami wiedzy wciąż zbyt mało jest niezbędnych mostów. Badacze cytują badaczy a blogerzy – blogerów. Większość blogów, forów i portali historycznych stanowi uczciwy, szczery wysiłek amatorów czy półamatorów, którzy czasami wpadają w pętlę cytowania innych amatorów, ale niekoniecznie powstaje z tego od razu pisarstwo o pradawnym imperium Lechitów. Co więcej, ci amatorzy robią coś, do czego nasza kultura bardzo zachęca: dzielą się pasją i rozwijają się, czasem nawet zaczynają dzięki hobby prowadzić własne badania i wzbogacają naszą debatę publiczną. Ci blogerzy jednak – nawet jeśli włożą w swoją pasję lata – nie będą specjalistami w dziedzinach naukowych, którymi się zajmują. Pozostaną raczej specjalistami od blogowania (to też ważna rola!).

A teraz na odwrót: jeśli ktoś zajmuje się naukowo jakimś zagadnieniem i przechodzi całą żmudną ścieżkę akademicką, na blogowanie o tym, nad czym pracuje, nie ma zwykle ochoty i czasu. Może pisać o swoich badaniach hobbystycznie 15 minut dziennie, ale wtedy nie będzie dobrym blogerem, bo to wymaga pracy i jest osobną branżą samą w sobie. Czyli badacz rzadko będzie skutecznym popularyzatorem. Ludzie, którzy umieją opowiadać historie, i ludzie, którzy dostarczają faktów, to są często osobne grupy.

I teraz czasem na obrzeżach internetu – w wyniku pomyłki, nieuwagi, głuchego telefonu albo intencjonalnego działania – kiełkują sobie te niesamowite, dosłownie fantastyczne teorie, które karmią się urywkami faktów i wiedzą z pogranicza obiegowego oczytania i zabobonu. Stąd nagłe odrodzenie teorii płaskiej Ziemi, pradawne imperium Lechitów i kolejne „kody żyda”, które rzekomo da się wyczytać z numeru PESEL. Prawem dżungli przebija się to, co najmocniejsze i najbardziej wyraziste. Więc jeśli nawet pół procent polskiego internetu wierzy w Wielką Lechię albo wszechświatowy spisek koncernów farmaceutycznych, to jego głos jest bardzo widoczny. Do tego, na każdego gościa, który naprawdę wierzy w imperium Lechitów, przypada trzech śmieszków piszących sobie dla beki teksty o Wielkiej Lechii, które są nieodróżnialne od tych „poważnych”. I tak machina się napędza.

Kiedy jednak oburzeni ludzie protestują – bo na przykład ich dziecko ma niepożądane objawy poszczepienne – i kwestionują autorytet nauki, odkrywają, że faktycznie istnieje „zmowa”: akademia i media mówią jednym głosem i odmawiają prawa do odmiennego zdania tym, którzy czują się skrzywdzeni, niewysłuchani, ignorowani.
Masz na myśli to, że działa pewien rodzaj samospełniającej się przepowiedni? Ci, którzy wyznają teorie spiskowe czy inne formy „wiedzy alternatywnej”, na pewnym głębokim poziomie mają rację. Istnieje pewien system wytwarzania twierdzeń naukowych, w którym można pewne rzeczy powiedzieć – i one są wynagradzane, a o pewnych rzeczach trzeba milczeć pod groźbą ostracyzmu. Tylko że ten system działa na dość skomplikowanych zasadach: w grę wchodzą procesy recenzowania, prestiż czasopism naukowych czy ośrodków badawczych, pozycja badaczki czy zespołu. Teorie spiskowe bardzo ten obraz upraszczają. Zwykle wyjaśniają świat za pośrednictwem najprostszych, zrozumiałych dla wszystkich mechanizmów. Na przykład poprzez rozumiane bardzo naiwnie przepływy pieniądza.

No właśnie, „follow the money”, jak uczy nas popkultura, wszystkie seriale o policjantach i dziennikarzach śledczych.
I czasem zasada ta jest bardzo dobra! A czasem prowadzi na manowce teorii spiskowych, miejskich legend albo nawet paranoi. W skrajnych przypadkach ostrzegawcze światełko zapala się, kiedy wszyscy mówią na jakiś temat to samo i krytykują tych, co mają inne zdanie. „Oho, to na pewno zmowa, ktoś im za takie gadanie płaci” . Zdarzają się oczywiście w życiu sytuacje z cyklu „tłum ślepców i błyskotliwy geniusz”. Zwykle jednak, kiedy w jakiejś sprawie panuje konsensus, to ma on solidne podstawy. Jeśli jedna osoba mówi, że jesteś pijany, to może być błąd percepcji. Jeśli dwie osoby mówią, że jesteś pijany, powinieneś się zastanowić. A jeśli wszyscy na przyjęciu mówią „IDŹ DO DOMU, JESTEŚ PIJANY”, to jest bardziej prawdopodobne, że faktycznie pora spać, a nie że koncerny taksówkarskie zmówiły się z twoimi przyjaciółmi, żeby wysłali cię do domu i zarobili pieniądze, które podzielą między siebie i wydadzą na wódkę. 

Ciekawym eksperymentem jest dla mnie w tym kontekście zadanie pytania: a co jeśli oni faktycznie mają rację? Co jeśli Ziemia jest płaska?

Marcin Napiórkowski

Semiotyk, strukturalista, tropi współczesne mity. Wykłada w Instytucie Kultury Polskiej UW. Autor książek „Mitologia współczesna” (2013), „Władza wyobraźni” (2014) i „Powstanie umarłych” (2016). Współpracuje z „Tygodnikiem Powszechnym”, prowadzi blog mitologiawspolczesna.pl poświęcony legendom miejskim, teoriom spiskowym i pseudonauce.

Nie możesz udowodnić, że nie jest. 
Też nie znam się na tym! Znam się na bardzo wąskiej dziedzinie zwanej semiotyką. Fizyka, złudzenia optyczne, matrix, cośtam – wszystko może być iluzją. Nie mogę powiedzieć też, że autor książki o Lechitach nie ma racji, kiedy pisze, że istniało Imperium Gobi założone przez ocalonych z katastrofy kontynentu Mu… bo może istniało?

W teoriach spiskowych i ich prawdziwości lub nieprawdziwości nie chodzi o to, że ktoś wierzy w Imperium Gobi, a nie wierzy w szczepionki. Chodzi o to, że tym pojedynczym wierzeniom towarzyszy niezwykle rozbudowana teoria na temat całego świata. Żeby uwierzyć, że Ziemia jest płaska, muszę też przyjąć, że wszystkie fotografie NASA zostały sfałszowane, wszyscy uczeni są w zmowie, rządy wszystkich krajów bronią wstępu na Antarktydę, która faktycznie jest wielkim pierścieniem itd.
Kiedy więc wypowiadam się na temat teorii spiskowej, to w gruncie rzeczy nie wypowiadam się na temat zupełnie nieistotnego faktu, jaki kształt ma Ziemia. Bo jeśli Ziemia jest płaska, ale żyje mi się tak samo, jak dzień wcześniej, kiedy myślałem, że jednak jest kulą…

…to co za różnica?
No właśnie, nie ma różnicy. Problem polega na czymś innym: płaska Ziemia jest tylko pretekstem do opowiedzenia historii o świecie. Szczepionki – poza tym, że nieszczepienie dzieci może być niezwykle niebezpieczne i bym je odradzał – też są pretekstem do opowieści o świecie. To opowieść, w której istnieją proste i złowrogie zarazem globalne metody kontroli. 

Wiele komentarzy pod moim tekstem o pseudonauce i maili, które dostaję, dotyczy szczepionek właśnie. I one mówią na przykład, że koncerny farmaceutyczne są niezwykle bogate…

…bo są…
…lekarze są skorumpowani przez te koncerny…

…bywają.
Dlaczego więc ja nie chcę przyznać, że nie ma dowodów na stuprocentową skuteczność szczepionek, za to są dowody na to, że dalej jesteśmy dojeni na kasę? Otóż dlatego nie chcę tego przyznać, że gdy słyszę takie twierdzenia, to wiem, że ich autorki i autorzy wcale nie wyciągają z nich pełnych wniosków. Sami nie podążają za tym, co powiedzieli. Przecież szczepionki to beznadziejny biznes! Szczepi się dziecko raz na to, a raz na tamto, i koniec. Dlaczego koncerny farmaceutyczne nie miałyby dodawać do wody jakichś substancji, od których wciąż byśmy chorowali, żeby ciągle trzeba było nas leczyć? Jeśli są w stanie oszukiwać nas toksycznymi szczepionkami, to po co w ogóle zatrzymały się w pół drogi i nie zrealizowały planu dużo bardziej ambitnego i popłatnego? Koncerny farmaceutyczne mogłyby przecież zarabiać nie 100 złotych za szczepionce raz na całe życie, lecz tyle samo miesięcznie czy tygodniowo!

Gdyby Ziemia była płaska, to po co ktoś miałby wydawać pieniądze na fałszowanie zdjęć i bronienie nam dostępu do Antarktydy? Jeśli ten ktoś ma taką zdolność perswazyjną, to czemu jeszcze nie powiedział ludziom, że grozi nam atak kosmitów i każdy musi zrzucić się w tej chwili po 100 złotych od głowy na superarmatę, która wystrzeli Bena Afflecka w kosmos i nas uratuje?

Problem nie dotyczy poszczególnych twierdzeń. Nie chodzi o odrzucenie wyłącznie kilku faktów, bo przecież nawet zwolennicy najdzikszych teorii uznają jednocześnie 90 procent pozostałych ustaleń nauki. Chodzi o ignorowanie logiki, która im samym kazałaby wyciągnąć z ich twierdzeń oczywiste konsekwencje. 

A nie jest tak, że jesteśmy karmieni dietą medialną, która odwraca naszą uwagę od rzeczy faktycznie groźnych? Mamy przejmować się strojem Dody i miną prezydenta Dudy na widok tego stroju albo ciążą żony piłkarza, albo jakimś skandalikiem publicystycznym, a nie wielkimi zmianami klimatycznymi czy kolejną bańką kredytową, która może wybuchnąć?
W pewnych kwestiach manipulacje dotyczącego tego, jak jest, i tego, co się nam pokazuje, są możliwe, choć w dobie internetu dużo trudniejsze. Dziś ten, kto ma telewizję, kontroluje co najwyżej swoich piętnastu telewidzów – nieco tylko sprawy upraszczając. Nie ma centralnego ośrodka cenzurowania debaty i manipulowania opinią publiczną.

Naprawdę potężny mechanizm odwracania uwagi i zawracania nam głowy głupotami istnieje. Tylko on nie ma postaci obcego, Reptilianina ani paskudnego lewaka, opłacanego z pieniędzy Sorosa, lecz siedzi w naszych głowach. Nie znam się na neurobiologii i innych podobnych gałęziach nauki, ale mam swoje tropy semiotyczne dotyczącego tego obszaru. I one mi podpowiadają, że gorszy pieniądz wypiera lepszy. Jak to się ładnie mówi po polsku: „gdy scrolluję mojego walla w social media”, to, owszem, mignie mi jakaś tabelka czy wykresik o tym, że mamy globalne ocieplenie, ale potem… TYŁEK DODY! No niemożliwe, klikam. SMS-y Rysia Petru? Klikam. Serwisy internetowe żyją nie z tego, że George Soros – czy sam Pan Bóg – da im sto dolarów za każdego człowieka, którego nakarmią wartościową informacją o przyszłości świata. Dostają pieniądze od reklamodawców i pośredników za klikalność, jaką generują.

I znów ten sam mechanizm. Trudne, wieloaspektowe opowieści zostają wyparte przez mocne, proste i dosłowne opowiastki o wszystkim. Nie znaczy to, że jedno i drugie – prawdziwe wiadomości i mocne historie – nie mogą dotyczyć tej samej sprawy! Zdarza się czasem tak, że realne zagrożenie staje się porywającą masy historią. Wedle mojej najlepszej wiedzy smog jest realnym zagrożeniem. Ale – również wedle mojej najlepszej wiedzy – nie jest czymś, co się pojawiło w tym roku. Dopiero teraz pojawiła się natomiast moda na smog.

Bo niemieckie firmy chcą nam wcisnąć swoje ekologiczne piece i dlatego szkalują polskie naturalne i zdrowe powietrze. 
A polskojęzyczne media chcą nas zmusić do kupowania tych bolszewickich maseczek smogowych, święta racja. 

Żyłeś trzydzieści lat, oddychałeś tym powietrzem i co – nie przeszkadzało ci?
No nie przeszkadzało. Bo dopiero teraz pojawiły się środki wyrazu dla tego przeszkadzania, takie jak aplikacja mierząca poziom zanieczyszczeń i pozwalająca zrobić zrzut ekranu, który potem umieszczamy w mediach społecznościowych. Nowe rodzaje ekspresji tworzą nowe dyskusje. Pamiętamy wszyscy ze szkoły historię o reformacji, prawda? Ludzie zaczęli czytać, pisać, wymieniać się poglądami, no i się zaczęło…

Podstawowa zasada debaty polega na tym, że mówi się o tym, o czym się mówi, zaś nie mówi się o tym, o czym się nie mówi. Powiedzmy, że w jakimś afrykańskim państwie wybuchła straszliwa wojna, o której nie pisaliśmy w poniedziałek, wtorek ani w środę. Gdybyśmy nagle w czwartek zaczęli mówić o ofiarach, to zrobiłoby się trochę głupio, bo...

…gdzieście byli przez ten cały czas?
Jest coś podejrzanego w tym, że nagle media zaczynają się czymś interesować. Albo inaczej, nie ma w tym nic podejrzanego z definicji, ale odbiorca ma pełne prawo być podejrzliwym wobec nagłych wybuchów zainteresowania sprawami, które wcześniej były, jakoś tak się złożyło, mniej interesujące.

Z drugiej strony, jak się mówiło, że Donald Trump jest głupi w poniedziałek, wtorek i środę, to trochę nie wypada mówić już potem nic innego w czwartek, prawda? Kontynuacja też jest ważna, a zwroty akcji trzeba zawczasu przygotować. Ja na przykład uważam, że Donald Trump jest globalnie ważnym tematem. Ale to niepokojące, kiedy potrzeba codziennego pisania o tym, jaki to Donald Trump jest głupi, dominuje nad szeregiem innych, nie mniej istotnych problemów. No, ale gdybym wiedział, jak ten paradoks rozwiązać, tobyśmy teraz nie rozmawiali, tylko razem z Jurkiem Owsiakiem czekałbym w kolejce po Nobla.

Czyli jako przedstawiciel establishmentu próbujesz mnie teraz przekonać, że spiski nie istnieją? A jakoś przekonano świat, że Irak posiada broń masowego zniszczenia, byśmy po latach dowiedzieli się, że zafałszowano przed nami rzeczywistość na wysokim szczeblu władzy. 
Wcale nie! Spiski istnieją. Powstanie listopadowe? Spisek kadetów! Ciekawe jest na przykład używanie w pogardliwym sensie terminu „zwolennicy teorii spiskowych” w kontekście ludzi, którzy podważają oficjalną narrację o World Trade Center. Przecież to był spisek! Istniała tajemna, potężna organizacja, która była w stanie zrealizować masterplan, jak z filmu katastroficznego: porwać samoloty, które potem wleciały w uprzednio założonej sekwencji w budynki… przecież to się wydarzyło. Więc ci, którzy zazwyczaj opowiadają o tajemnych, ponadnarodowych złowrogich organizacjach, dążących do wywołania III wojny światowej, mieli w tym przypadku rację. 
Problem w tym, że ci sami ludzie, którzy wszędzie tropią spiski, teraz stwierdzają: „O nie, na to nas nie nabierzecie”. I opowiadają zupełnie alternatywne historie: te budynki się same nie zawaliły, to był inside job, Al-Kaidy nie było itd.

Ale spór nie toczy się o to, czy spiski istnieją, czy nie. Chodzi raczej o moc sprawczą spisków i ich lokalizację. Jeśli będziemy wierzyć w moc sprawczą spisków powyżej pewnej granicy, to już nie będziemy mogli normalnie żyć. Jeśli uważam, że premier i prezydent się mylą, są złymi politykami, a ich recepty gospodarcze są do niczego – to jest w porządku. Kiedy zaczynam podejrzewać, że są podstawionymi przez kosmitów figurantami, którzy chcą wprowadzić globalny reżim totalitarny, to powinienem natychmiast zapisać się do Wojsk Obrony Terytorialnej, nauczyć się strzelać i próbować rozwalić ten spisek od środka. I to drugie może być dla wszystkich dość niebezpieczne. A jeśli uważamy, że premier i prezydent sami są Reptilianami, to mój kontrspisek przeciwko ich spiskowi powinien przybrać jeszcze większy rozmiar. Ale jak daleko to może zajść?

Amerykańska #pizzagate pokazuje jednak, że niektórzy biorą ten wariant na poważnie.
Przy pewnym poziomie rozpowszechnienia takie historie rzeczywiście znajdują ludzi gotowych traktować je śmiertelnie poważnie, czy to będzie Eligiusz Niewiadomski, zamachowiec na waszyngtońską pizzerię (gdzie rzekomo była siedziba siatki pedofilów pod wodzą Hillary Clinton), czy osoby skłonne przekonać całe swoje miasteczko do tego, że w okolicy grasują sataniści albo czarownice, i rozpocząć nagonkę. Należałoby zastanowić się nad tą logiką, która każe im dochodzić do takich, a nie innych wniosków. 

Co to znaczy „zastanowić się nad tą logiką”?
Mam znajomego anestezjologa. Przed zabiegiem daje pacjentom ankietę, wychodzi na chwilę, żeby wypełnili ją w spokoju, po czym wraca i pyta, czy już gotowe. Starsza pani odpowiada mu: „Tak, tak, panie doktorze, gotowe”. A on na to odwraca kartkę w jej rękach i tryumfalnie pyta: „A po drugiej stronie?”. Po czym narzeka, jacy to ludzie są głupi, że nikomu nie przyjdzie do głowy odwrócić kartki. A to nie ludzie są głupi, tylko ta ankieta! Jak jedna osoba walnie głową w przeszklone drzwi w sklepie, to się można śmiać, ale jak na tę szybę wpadnie piętnasta osoba, to staje się jasne, że architekt się, delikatnie mówiąc, pomylił. Kiedy błąd czy niezrozumienie powtarzają się, należy sprawdzić, czy tworzą wzór. A jeśli tak, to czy w nasze sposoby komunikowania da się wprowadzić takie bezpieczniki, które zredukują ryzyko niepożądanych konsekwencji. Kiedy mówię o zastanowieniu się nad logiką teorii spiskowych czy pseudonaukowych, mam na myśli właśnie poszukiwanie takich powtarzalnych wzorców i mechanizmów.

Problem polega na tym, że zwykle problemem zajmują się eksperci z dziedziny, której dana teoria dotyczy. Historycy obalają teorie o imperium Lechitów, wakcynolożki – te dotyczące szczepień itd. W ramach kierowanego przeze mnie projektu badawczego poświęconego kulturze wernakularnej porównujemy formy wierzeń i wyobrażeń tego rodzaju z bardzo różnych dziedzin, starając się zbudować dokładniejszy język opisu twierdzeń, które zwykle kwitujemy wzruszeniem ramion i określeniami „bzdura”, „wariactwo”, „amatorszczyzna” czy „postprawda”.

No właśnie… „postprawda” jest ostatnio na mojej czarnej liście.

O, ciekawe. Dlaczego?
Sam na fali mody użyłem go kilkukrotnie, nim zorientowałem się, że właściwie nie wiem, co to znaczy. Czy za postprawdą stoi jakaś teoria, która tłumaczy, z czym mamy do czynienia, czy to po prostu nowe i modne słowo, które określa wszystko, co nieprawdziwe albo politycznie nam się nie podoba? 

Czasy, kiedy był jeden autorytet i istniały mocno ugruntowane, uświęcone wręcz, monopole informacyjne, już nie wrócą. Gdy było się profesorem w Polsce, dajmy na to, trzydzieści lat temu – nie mówiąc już o jakichś Niemczech z początku minionego wieku – można było liczyć, że coś się powie, a ludzie w zachwycie padną na kolana i będą bić pokłony. Ale czy naprawdę tęsknimy za tymi czasami, kiedy nawet bzdura wypowiadana przez wąsatego profesora miała status prawdy objawionej?

Jedni tęsknią, inni nie.
Czy postprawda rzeczywiście tłumaczy nam naturę tej zmiany, jej konsekwencje i nowe okoliczności? Może raczej wrzuca do jednego wora zarówno nowe bzdury, jak i stare, znosi różnice między nimi, a nic w zamian nie daje? Jak kiedyś rządy chciały kogoś zniszczyć, to też go oczerniały i opowiadały najgorsze bzdury, podpierając się autorytetem państwowym, naukowym czy prawnym. Czy to znaczy, że w prepostmodernizmie była prepostprawda?

Kiedy w dniu zamachu na meczet w Kanadzie, którego sprawcą był najprawdopodobniej prawicowy fanatyk, serwis informacyjny publicznej telewizji pyta: „Muzułmanie strzelali do muzułmanów?” – możemy nazwać to postprawdą. Ale prawicowy odbiorca powie wtedy: „Może to i skandal, ale prawdziwy skandal to wy, lewacy, wymyśliliście z tym całym postmodernizmem, z tym, że wszystkie interpretacje są równoważne, a tak w ogóle to chłop może być babą, a baba chłopem, i to jest dopiero głupie”. I właściwie nie wiadomo, czy postprawda jakkolwiek lepiej opisuje rzeczywistość.

Jakie zatem podejście proponujesz?
Trzeba sobie uświadomić różnice między odmiennymi rodzajami wiedzy, a nawet konflikt między nimi, i jakoś się w tym poruszać ze świadomością, że świata bez kłamstwa i świata absolutnej zgody w ogóle nie będzie.

Bo przeciwieństwem świata, gdzie się kłamie i wierzy w bzdury, jest kolejna dystopia, nie „postprawdy”, ale jakiejś totalitarnej „prawdy”, gdzie nikt nie mówi czegoś innego niż ogół, a pełną harmonię społeczną gwarantuje brak jakiejkolwiek debaty czy krytyki?
Wszyscy żyliśmy nadzieją, że demokratyczna wiedza uzdrowi się sama, że najsłabsze interpretacje okażą się nieskuteczne i w toku debaty odpadną. Mogło się wydawać, że stworzyliśmy takie środowisko informacyjne, w którym miejsce najbardziej egzotycznych, kuriozalnych, nieprawdopodobnych pomysłów jest gdzieś na marginesie. Nie przewidzieliśmy jednak, że demokratyzacja nie tylko znosi ograniczenia, lecz także usuwa punkty orientacyjne, zmniejszając np. znaczenie tytułów naukowych, doświadczenia itp. Dlatego może dojść do powstania informacyjnych supermutantów – opowieści zupełnie absurdalnych, które jednak przebijają się do opinii publicznej dzięki perfekcyjnemu dopasowaniu do możliwości, jakie dają nowe media.

Wielka Lechia jest właśnie przykładem takiego przekazu – bardzo prostego, łatwego do zwizualizowania, dostarczającego niezwykle atrakcyjnej tożsamości. Dzisiaj, gdy jeden wyznawca teorii płaskiej Ziemi z Bydgoszczy zgada się z drugim z Cincinnati, powstają rzeczy, mówiąc młodzieżowo, „nie do ogarnięcia”. Coś takiego byłoby nie do pomyślenia w architekturze komunikacyjnej właściwej dla radia, telewizji i drukowanej prasy. 

Jednak równolegle mamy rekordowo niski poziom zaufania do mediów, polityki i nauki. Do tego można jeszcze dołożyć brak pewności jutra i rezygnację z jakiegoś projektu przyszłości, którą wypełniają doraźne fantazje. Z tym wszystkim zbiega się sukces partii nazywanych populistycznymi czy radykalnymi. Niektórzy chcą nazywać to „postprawdą”.
A może właśnie poziom nieufności zawsze był podobny, ale dziś, i to nie wychodzi w badaniach ilościowych, zaszła inna, bardziej nieuchwytna zmiana, która polega na tym, że to żaden wstyd i siara powiedzieć, że nie wierzy się nauce. Kiedyś takie deklaracje mogły kogoś postawić w roli idioty. Nikt nie rozumiał, jak działa fizyka kwantowa i teoria strun, ale trzeba było udawać, że się kupuje to w całości. Dziś nie. Może to nawet sprawa godności powiedzieć: „Ja też mam własny rozum i nie muszę wierzyć w to, co mi mówią naukowcy”. Na pewnym poziomie obserwujemy właśnie, jak cudowny proces emancypacji wypalił nam w twarz.

Czyli wracamy do, mimo wszystko, całościowej narracji? Uważasz, że teorie spiskowe, pseudomedycyna, alternatywne media i populistyczna polityka to w gruncie rzeczy jeden fenomen?
Dodajmy też, że historycznie wiedzę skomplikowaną czy abstrakcyjną też należało przełożyć na język mitu czy emocji. Epoka postprawdy ma się niby charakteryzować tym, że większy wpływ mają odwołania do emocji niż ustalonej wiedzy. Ale kiedyś, kiedy trzeba było kulturowo zakorzenić wiedzę o tym, że nie należy jeść trujących grzybków w lesie, ktoś mówił swoim współplemieńcom legendę o takiej jednej, co poszła do lasu, zjadła nie takie grzybki i ją licho porwało. Postprawda jest nowym, modnym terminem na nazwanie szeregu fenomenów, które zostały wcześniej nazwane i opracowane, daje złudne wrażenie, że obcujemy z czymś nowym. 

Nie ma żadnej wielkiej tajemnicy w tym, że wolimy opowieści osobiste, dotyczące bezpośredniego doświadczenia, proste i zamknięte zarazem. Jako cywilizacja zawsze ich potrzebowaliśmy. Współczesna zmiana być może ogranicza się do tego, że jedni opowiadają je lepiej niż inni.