Czułość

Czułość

Darek Arest

Gruba kreska Larceneta amortyzuje egzystencjalną wymowę „Codziennej walki”. W każdej chwili przypomina, że ostatecznie, bez względu na przydarzające się mu dramaty, człowiek to tylko taki śmieszny ludek z wielką głową

Jeszcze 2 minuty czytania

Kozetka psychoanalityka to dziś dla komiksu równie oryginalne miejsce akcji, co niegdyś statek piracki. Więcej to mówi niestety o niewesołych zmianach dokonujących się w mojej biblioteczce niż o samym medium, ale fakt pozostaje faktem: komiks osobisty, autobiograficzny, będący formą autoterapii stał się konwencją, a to, że bohater mierzy się z raczej z wewnętrznymi demonami niż z upiorami z alternatywnych wymiarów, wbrew sloganom z okładek, nie oznacza, że automatycznie mamy do czynienia z arcydziełem. Nie skąpiłbym „Codziennej walce” splendoru kolejnego już w tym roku „komiksu roku”, gdyby nie to, że określenia w rodzaju „wielki” i „genialny” stoją w tak jaskrawej sprzeczności z jej skromnością. Wbrew gabarytowi i objętości (powiększone A4, 240 stron), album ten nie ma w sobie nic z monumentu. Jego treść i forma plastyczna buntują się nawet przeciwko twardej oprawie i błyszczącemu papierowi, na którym go wydrukowano. Nie wywoła on opadu szczęki u osoby wertującej strony i nie wstrzyma akcji serca audytorium, któremu streścicie fabułę. To prozaiczna opowieść o miłości wymagającej wychodzenia poza strefę komfortu, budowaniu relacji z innymi ludźmi i ze światem, który wydaje się na przemian zachwycający i odrażający. Delikatnym ciosem w szczękę jest jedynie zderzenie tych treści z prostą, karykaturalną kreską, która okazuje się zdolna do niezwykle subtelnego opowiadania.

Czuły barbarzyńca

Komiks, także ten w wydaniu dokumentalnym, raczej nie próbuje ścigać się z filmem i literaturą na realizm. Ale nawet w tym kontekście Larcenet jest dość radykalny. Jego rysowany kilkoma prostymi liniami bohater zwlekający się w pierwszej scenie z kozetki, zamiast na francuskie przedmieścia, mógłby udać się do wioski smerfów – ze swoim wielkim nosem i krótkimi nóżkami nie wzbudziłby tam sensacji. Być może niebiescy bracia zrozumieliby nawet jego złożone, ale wyraziście zarysowane, egzystencjalne dramaty. Marco to fotograf nękany zaburzeniami lękowymi, wypaleniem zawodowym i ogólną niechęcią do świata. Chwilowo ustabilizował lot – otwierająca opowieść wizyta u terapeuty ma być ostatnią. To jeden z kilku uchwytów bezpieczeństwa, które będzie tu wypuszczał z drżących rąk. Z gabinetu wychodzi z zamiarem wybicia się na niezależność, choć tak naprawdę dojrzewał będzie do zależności, co okaże się zresztą sztuką dużo trudniejszą. Życie w swoim rytmie i na własnych warunkach zapewnia psychiczne bezpieczeństwo, ale ma ograniczenia. Wbrew temu smętnemu opisowi, „Codziennej walce” nie brakuje humoru, budowanego często typowo komiksowymi środkami, ale nośnikiem żartu nigdy nie jest rysunkowa karykatura. Za wielkimi kinolami i płaskimi kolorami kryją się postaci traktowane z czułością i uwagą godną najlepszych tradycji dokumentalnych.

Wypięcie się na realizm ułatwia komiksowi płynne poruszanie się między rzeczywistością a fantazją, co zwykle oznacza otwarcie drzwi dla realizmu magicznego. W „Codziennej walce”, jeśli do głosu dochodzi już cokolwiek poza prozą życia, jest to raczej strefa koszmaru, w którą bohater wkracza podczas swoich stanów lękowych. Jest jeszcze inny rodzaj przerywników – rytmicznie powracające i rysowane bardziej realistycznie plansze, skomponowane ze zdjęć robionych przez Marco. Towarzyszą im zwierzenia bohatera („Moje historie miłosne pokazały mi, że lubię samotność. Zawsze fascynowała mnie nieobecność, zaś obecność mnie nuży”). Sięgają one głębiej i skutecznie doświetlają bohatera, ale są oszczędnie dozowane. Larcenet woli unikać bezpośredniości i detalu, chętnie za to posługuje się białymi plamami. Sesje w gabinecie psychoanalityka, zamiast uginających się od tekstu dymków, sprowadzają się do kilku kadrów, na których Marco porzuca terapię, podejmuje ją na nowo, albo buntuje się przeciwko propozycji ograniczenia lekarstw. Romans, który przemeblowuje jego życie, też wydarza się gdzieś poza polem widzenia – w jednej chwili nieznajoma opatruje jego kota w gabinecie weterynaryjnym, a kilka stron dalej przepracowują już kryzys związku, potykającego się o pomysł wspólnego mieszkania.

Manu Larcenet, „Codzienna Walka”Manu Larcenet, „Codzienna walka”. Wydawnictwo Komiksowe, 230 stron, w księgarniach od września 2016Zderzenie realizmu i krzykliwej kreskówkowości to niejedyna tu pozorna sprzeczność. Świat widziany przez Marco wydaje się pełen lęków, wrogości i zwiastunów nieubłaganie nadciągającej apokalipsy, ale dominującą cechą spojrzenia pozostaje czułość. Nie jest to bynajmniej naturalna konsekwencja (nad)wrażliwości bohatera. Jego stany lękowe niewiele mają wspólnego z ogólnie pojętą „lękliwością” – mały gniewny ludek ochoczo rzuca się ludziom do gardeł, z powodów ideologicznych albo czystego egoizmu. Prowokuje uzbrojonego sąsiada, gniewnie wrzeszczy do ekranu telewizora, na którym toczy się beznadziejna polityczna bitwa, zdarza mu się warknąć na najbliższych, jakby całą wrażliwość wyczerpał przy pstrykaniu fotek. W jednej chwili chce iść na wojnę z całym światem, w drugiej, gdy ledwie poznana dziewczyna źle odczytuje jego sygnały i zaczyna się ochoczo rozbierać w hotelowym pokoju, kurczy się na ziemi w pozycji płodowej. Koszmary rozwiewa jednak w końcu rześki wiatr, a lód w sercu roztapia jakiś nieoczekiwany drobiazg. „Nie ma co: kiedy życie nie daje nam w dupę, jest cudowne!” – mówi stary znajomy ojca Marco. Na takich delikatnych zmianach nastroju zbudowany jest ten komiks i jeśli czułość udziela się czytelnikowi, to dlatego, że Larcenet nie wymusza wzruszenia, omija ckliwości, a największym dramatom pozwala rozgrywać się poza kadrem.

Patos zwyczajności

Bardziej kłopotliwa jest sprzeczność między polityczną wymową komiksu a eskapizmem reprezentowanym przez jego bohatera. Marco głęboko przeżywa francuskie wybory prezydenckie, z przerażeniem obserwuje powyborczy karnawał rozgrywający się na ulicach, próbuje zaangażować się w nagłośnienie protestu w likwidowanej stoczni. Zdecydowanie staje w obronie wartości, ale trudno nie zgodzić się z jego przyjacielem z dzieciństwa, dziś oddającym swój głos na ksenofobiczny Front Narodowy. „Ty nie chcesz pogadać, Marco, chcesz tylko udowodnić mi, że się mylę”. I dodaje, jakby rozgrzeszając go: „A najgorsze jest to, że może masz rację, ale mam to w dupie”. Spójny światopogląd to przywilej wynikający ze statusu życiowego. Łatwiej być idealistą, żyjąc w chatce na obrzeżach świata, gdy praca nie jest kwestią przetrwania, ale osobistego spełnienia, a proletariacki trud to jedynie temat nostalgicznych zdjęć. Marco pracuje w swoim tempie, robiąc to, co lubi, lub – gdy nie ma ochoty – nie robiąc nic. Wyleguje się na trawie, odpala papierosa od papierosa, czeka na inspirację, głaszcząc swojego wrednego kota Adolfa. Wiemy, że dzięki fotografiom egzotycznej nędzy udało mu się odłożyć trochę grosza, ale gdyby się nie udało, przytuliłby pewnie wsparcie proponowane przez rodziców albo najął się u jakichś gazetowych krwiopijców.

„Codzienna walka” może nie być autobiograficzna, ale ciężko wyobrazić sobie, żeby nie była głęboko osobista. Bohater nie nazywa się Manu i nie jest autorem komiksów, ale kreska Larceneta, mająca w sobie coś z gniewnych rysunków w zeszycie, demonstrujących bunt przeciw nudzie lekcji, wydaje się wyrażać bardzo osobisty stosunek do świata. Rymuje się też ze strategią, którą w zdjęciach Marco dostrzega zaprzyjaźniona właścicielka galerii („Wygląda to, jakbyś koniecznie chciał uczynić swoje prace zwyczajnymi”). Zresztą dokładnie przeciwko takiemu podejściu buntuje się sam Marco, kiedy odkrywa zapełnione prozaicznymi spostrzeżeniami pamiętniki ojca i przeżywa ten sam rodzaj zawodu, co większość czytelników Gombrowiczowskiego „Kronosa”. Żali się, że nie może odnaleźć tam swojego imienia, ale rani go chyba przede wszystkim sprawozdawczy charakter tych zapisków i stojący za tą perspektywą światopogląd. Domyśla się tego jego kochanka, Émilie. „My zawsze domagamy się wielkich uczuć, pięknych rzeczy, idealnych i nieodpartych. On, jego życie… wygląda na to, że widział je poprzez drobiazgi… Tak jakby pozwalał światu się kręcić… spokojnie...”. I Marco, a z nim Larcenet, próbują tego samego.

Na polskie wydanie składa się komplet czterech albumów, wbrew intuicji obejmujących okres znacznie dłuższy niż cztery pory roku. Jednak trudno się uwolnić od wynikającego z tej konstrukcji nastroju cykliczności i dojrzewania. Dojrzewa nie tylko Marco i jego związek, ale także rysunek Larceneta. Sylwetki bohaterów na ostatnich stronach zdają się jakby bardziej szczegółowe anatomicznie, świat robi wrażenie odważniej obłożonego światłocieniem, jakby nabierał głębi i tracił jaskrawość karykatury. Wertuję więc album od końca do początku, żeby przyłapać autora na gorącym uczynku, ale nie udaje mi się znaleźć momentu, w którym maleją nosy i rośnie liczba detali. Warstwa plastyczna może tu delikatnie ewoluować, ale jest bardzo konsekwentna. To ona amortyzuje egzystencjalną wymowę „Codziennej walki”, zawsze gotowa przypomnieć, że ostatecznie, bez względu na przydarzające mu się dramaty, człowiek to tylko taki śmieszny ludek z wielką głową. Jeśli otwarcie kreskówkowe twarze stają się gdzieś po drodze głęboko ludzkie, to znaczy, że Larcenetowi udało się tu coś zasługującego na kilka dużych, choćby i niezgrabnie wyrażonych pochwał.