Bieda i  człowieczeństwo

13 minut czytania

/ Obyczaje

Bieda i 
człowieczeństwo

Darek Arest

Spider-Man reprezentuje biedę niemniej skutecznie niż Peja. Chociaż trudno być ikoną proletariatu w wartej miliony dolarów zbroi, w którą ubrali go twórcy najnowszego filmu

Jeszcze 3 minuty czytania

Pierwszy numer „Spider-Mana”, który dostał się w moje ośmioletnie dłonie był fenomenalny pod tak wieloma względami, że prawie mogę zapomnieć o wszystkich wcześniejszych, które przegapiłem, i późniejszych, na które długo nie było mnie stać. Zeszyt wydany przez TM-Semic, oznaczony jako „5/1990”, kosztował 9500 starych złotych. Niełatwo zrozumieć ciężar tej gotówki w czasach hiperinflacji. Ktoś powie: 95 groszy. Internet dopowie, że była to wówczas odgórnie ustalona równowartość jednego dolara i jednocześnie niemal kilograma wołowiny, czyli na dzisiejsze realia i nowe złotówki – coś pomiędzy 3 a 30 PLN. Ceny mogą być względne, ale „Spider” był bezwzględnie drogi, nawet dziesięciokrotnie droższy od polskich komiksów z antykwariatu, a jego zakup był ekscesem, który usprawiedliwiała jedynie nadzwyczajna okazja. Okazji nie pamiętam, natomiast sam komiks mogę do dziś relacjonować strona po stronie.

Był to idealny pierwszy kontakt z uniwersum Marvela. Zeszyt pozwalał nachapać się tego wspaniałego świata, bo zawierał aż dwie historie („Mamo, patrz, to się naprawdę OPŁACA!”). Pojawiły się w nich postaci ważne dla Pająka (ciocia May, ukochana Mary Jane, choleryczny szef „Daily Bugle” Jonah Jameson) i dla całego uniwersum (gościnny występ zaliczył bajecznie bogaty król zbrodni Kingpin oraz żywiołowu heros Ludzka Pochodnia). Na tylnej okładce reklama „kartki z melodyjką”. Na żółtych stronach redakcyjnych list 16-letniego Arka Wróblewskiego, który w przyszłości będzie te strony prowadził (tymczasem grzecznie gratuluje wydawnictwu wspaniałej roboty i bezlitośnie punktuje amatorskie błędy redakcyjne). Najlepsze oczywiście w środku. W pierwszej historii Spider walczy z, występującym także w najnowszym filmie „Spider-Man: Homecoming” Jona Wattsa, Sępem. W drugiej trafia na zdradzieckie amerykańskie przedmieścia. Największą atrakcją jest oczywiście główny bohater – bohater harmonijnie godzący cudowność ze zwyczajnością.

Częściej łapie kieszonkowców, niż zbawia świat, sieci gęsto przeplata dowcipasami i nigdy nie traci dystansu do swojej superbohaterskiej roli. W cywilu, w odróżnieniu od wielu kolegów po fachu, nie jest królem egzotycznej krainy, potężnym kosmitą, czy milionerem żyjącym w szklanym wieżowcu (do najbogatszego Jednego Procenta należą tu w równej mierze altruiści i największe łotry). Miał robić karierę naukową na uniwerku, ale trudno to pogodzić z codziennymi patrolami. Rachunki też nie chciały płacić się same. Pracuje jako fotoreporter – jest wolnym strzelcem, co w latach 90. brzmiało jeszcze seksi i nie kojarzyło się z umowami śmieciowymi oraz brakiem ubezpieczenia. Kupienie komiksu ze swoimi przygodami musiałby jednak głęboko przemyśleć. Jest młody, wrażliwy, uczciwy i dowcipny, ale też najzwyczajniej w świecie biedny.

Heros na śmieciówce

Nie wszyscy superbohaterowie są milionerami, ale problemy finansowe szczęśliwym trafem raczej ich omijają. W komiksach Marvela podejście do kwestii finansowych jest zwykle dość niefrasobliwe: złoczyńcy korzystający z kosmicznej technologii napadają na emerytki, a herosi demolują pół miasta, próbując udaremnić kradzież w supermarkecie. Tym, że słupki się nie zgadzają, nikt nie zawraca sobie głowy (wykorzystali to kiedyś twórcy historii „Secret War”). Tymczasem Peter Parker jest zawsze pod kreską i nieustannie przetrząsa kieszenie w poszukiwaniu ostatniego dolara. Wynajmuje ciasną kawalerkę, ugania się za nisko płatnymi zleceniami i wiecznie boksuje z kompleksami wobec dobrze zarabiającej dziewczyny. Przed właścicielką mieszkania panią Muggins ucieka szybciej, niż przed pożeraczem światów Galactusem, bo nic nie przeraża go bardziej, niż widmo niezapłaconego czynszu.

W supermarkecie i w Białym Domu

Ubóstwo to duża część uroku Petera, na który nieobojętni są nawet jego wrogowie. W filmie Jona Wattsa Sęp próbuje złapać młodziaka na poczucie klasowej wspólnoty, namaszczając go na bohatera proletariatu. „Ich nie interesuje los takich jak my” – mówi, mając na myśli Tony’ego Starka, milionera, bawiącego się w Iron Mana. Sęp jest robotnikiem, któremu udało się awansować do wyższej klasy średniej dzięki łamaniu prawa, uczciwym obywatelem zepchniętym na drogę przestępstwa przez arogancję możnych tego świata (w komiksie też miał rys tragiczny – był wynalazcą, który mści się za kradzież swoich projektów). Jego tyrada jest jednak trochę naciągana, bo podstawą wykluczenia Petera nie jest tu kapitał finansowy, czy intelektualny, ale wiek.

Chłopak marzy o wstąpieniu do Avengers, ale Iron Man karze mu trzymać się blisko ziemi, bo nie chce mieć szczeniaka na sumieniu. Tom Holland, rocznik 1996, jest nie tylko najmłodszym filmowym Spider-Manem (wcześniej wcielali się w niego 30-latkowie: Toby Maguire i Andrew Garfield), ale też jako pierwszy eksponuje na ekranie jego cechy dziecięce. Da się tu dostrzec sensowną analogię – w komiksowym bezczasie bohater skazany jest na wieczne finansowe szczenięctwo. Niekończące się aspirowanie do świata dorosłych nie różni się wiele od pukania do bram wyższej warstwy społecznej. Peter może harować jak mróweczka i wspinać się na szczyty dojrzałości, a ścieżki ewentualnego awansu i tak pozostaną dla niego raczej zamknięte.

Symbolem statusu finansowego Petera jest w komiksie jego „kwatera główna”. Avengersi mieszkają we wspaniałej, pilnie strzeżonej rezydencji przy Piątej Alei, Fantastyczna Czwórka gania się po pięciu szczytowych piętrach Baxter Building na Madison Avenue, X-men urzędują w wytwornej X-Mansion. Peter wynajmuje maleńkie mieszkanko przy 410 Chelsea Street, w którym gnieździ się sam, bądź ze swoją dziewczyną (to skomplikowane). Nie ukrywa tu super-komputerów, kostium trzyma w szafie na wieszaku, obok koszuli i dżinsów, a na misję wyrusza przez świetlik w łazience. Na ikonę proletariatu może być to jednak za mało, czy raczej – zbyt wiele. Finanse to jedno, jest jeszcze kwestia perspektyw. Bohater ma wolny zawód, dziewczynę modelkę i sekretne alter-ego, co pozwala mu „bywać w świecie” i „miewać dostęp” do rzeczy i wiedzy, o której nie śniło się szaraczkom. Mieszkanie jest może małe i wynajęte, ale jednak na Manhattanie. Nawet jeśli dla Marvelowskich bohaterów Manhattan to po prostu taki „punkt zero”.

Biednemu wiatr w oczy

Są w uniwersum Marvela robotnicy i zubożali farmerzy, ale nikt skuteczniej niż Pająk nie brata się z nowojorską klasą pracującą. Spider patroluje najbiedniejsze zaułki, ubezpiecza budowlańców pracujących na wysokościach, pomaga dzieciakom i emerytom. Nie ma dla niego spraw zbyt drobnych i ludzi zbyt szarych. Większe wydarzenia porywają go ze szlaku, na którym spotyka głównie kieszonkowców i pospolitych bandziorów, a jego status bohatera jest równie niepewny, co finansowe jutro. W kostiumie z ekstazą odrywa się od ziemi, bo w cywilu skutecznie więzi go przyziemność. Do tego Nowojorczycy nie zawsze cenią jego wysiłki, czasem musi nawet uciekać przed policją. W „proletariackości” Spidera mniej chodzi o same pieniądze, a więcej o uwikłanie w banał, o prozaiczną rzeczywistość, z którą przysłowiowy Jeden Procent dawno stracił wszelki kontakt. Peterowi nigdy ona nie odpuszcza i zawsze jest gotowa ugryźć go w tyłek.

Weźmy numer 5/1990. W pierwszej historii (przedruk „Web of Spider-Man” #3), Peter walczy z Sępem i Sępowcami, ale jego głównym zmartwieniem jest to, żeby podczas walki nie zgubić pudła z kapeluszem (prezent urodzinowy dla cioci May) i wydusić nieco grosza ze skąpego szefa. W drugiej przygodzie („The Amazing Spider-Man” #267) w pogoni za drobnym złodziejem wyrusza na przedmieścia (metrem!). Wyrwany z wielkomiejskiego kontekstu i wstawiony między parterowe domki, walczy przede wszystkim z przeziębieniem i poczuciem obciachu. Zamienia się w chłopca w piżamie, który biega po trawnikach, ucieka przed psami i użera ze strażą sąsiedzką. Jego jedynym sprzymierzeńcem jest tu kilkuletnia Shanna (w polskim tłumaczeniu – „Mike”) i dwóch operatorów śmieciarki. Scenariusz Petera Allena Davida, z elegancją zilustrowany przez Boba McLeoda, to bezlitosna proza dnia codziennego herosa – od płatków śniadaniowych do kolacji z mikrofali. Spożywanej w majtkach i w towarzystwie telewizora (w polskiej wersji ogląda „ALFa”, w oryginale – „Dallas”).

Na Święcie Dziękczynienia i na Comiccont

Oczywiście gość o takich zdolnościach mógłby zostać sportowcem, albo najemnikiem, ale handlowanie mocą nie jest w jego stylu (z wielką mocą idzie wielka odpowiedzialność – nauczył go przed śmiercią wuj Ben, pokazywany czasem jako wzorcowy working class hero). Jeśli Peter podejmuje próbę zmiany swojego statusu, czyni to głównie przez wzgląd na innych – swoją biedę dostrzega, gdy musi wspomóc finansowo ciocię, albo szykuje się mentalnie do małżeństwa. W ten sposób łapie kolejny plusik u ośmiolatka, który bogactwo wyobraża sobie jako nieograniczony dostęp do nowych komiksów. W eleganckim ubraniu i towarzystwie Peter czuje się niezręcznie, a z wojny w kosmosie z ulgą wraca do (nie)swojego zapyziałego domku. Wyczyszczone konto zdaje się łączyć u niego bezpośrednio z czystością moralną. Biedę mógłby nieść na sztandarach – rzecz nie bez znaczenia w Polsce lat 90., gdzie ubóstwo, stawało się popularnym motywem obelg.

Tytan ze szkła

Kruchość finansowa znajduje też wyraz fizyczny. Szczupły chłopak z delikatną jak na komiksowe realia muskulaturą jest w stanie pokonać każdego, ale wokół przeciwników uwija się niczym maleńki, pracowity owad. Komiksowi scenarzyści próbowali zbroić go w rozmaite gadżety (w latach 70. miał nawet Spider-Mobil), ale niewiele z nich się przyjęło. Tradycyjnie uzbrojony jest jedynie w „miotacze sieci” własnego pomysłu i szmaciany kostium, który chroni jego tożsamość. Pod spodem nosi zwykle tylko bieliznę i ta nagość w obliczu wroga ma symboliczną siłę. Rysownicy chętnie eksponowali „szmatławość” pajęczego kostiumu. Po ciężkich walkach jest on czasem w strzępach – spod rozerwanego materiału świeci pokrwawione ciało, przez dziury w masce przebijają się włosy i prześwitują fragmenty poobijanej twarzy. Napakowany technologią kostium filmowego „Spider-Mana”, zamieniający go niemal w cyborga, to policzek wymierzony tej idei – nawet jeśli Iron Man pedagogicznie poucza, że od opakowania ważne jest waleczne wnętrze.

Spider-Man miał wiele wcieleń i wiele kostiumów. Tym najważniejszym pozostaje pewnie Venom – żywy czarny kostium przywieziony z kosmicznej wojny (pojawił się w trzeciej części cyklu z Maguirem). Choć jest tworem organicznym, zwiększa możliwości Petra podobnie jak czyni to cyber-elektro-mechaniczny kostium z filmu. Ma wiele przewag nad kawałkiem tradycyjnej niebieskoczerwonej szmatki: może przybierać dowolną formę, udawać regularne cywilne ubranie, i samodzielnie wytwarza sieci. Ale ma też niebezpieczne aspiracje. Starał się przejąć kontrolę nad Peterem. Gdy został odrzucony, jak na pasożyta przystało, szybko znalazł sobie innego nosiciela, ale wcześniej młody heros musiał stoczyć z nim walkę, której stawką było jego człowieczeństwo. Klęska – fizyczna, ale też finansowa – towarzyszy Peterowi jak cień i stanowi o jego tożsamości (w podobnym duchu pisał o Winnetou Marek Bieńczyk w „Książce twarzy”). Spider-Man niezwyciężony (ale także obrzydliwie bogaty) po prostu przestałby być Spider-Manem.


„Z biedą na zawsze związany / stamtąd się wywodzę, prawdą, że się z niej wyrwałem / ale najważniejsze to, że nigdy nie zapomniałem / ale najważniejsze to, że swej skóry nie sprzedałem / ale najważniejsze to, że tożsamość zachowałem” – mógłby sobie rapować Peter Parker, unosząc się nad Nowym Jorkiem, bo biedę reprezentuje niemniej skutecznie, niż Peja. Tyle że część o „wyrwaniu się” pozostaje marzeniem ściętej głowy. Od lat 60. pracuje na zlecenie, od pół wieku mieszka w wynajętym mieszkaniu. Tymczasowe życie wieczne. Jak na komiksowego herosa przystało, jest uwięziony w pewnym momencie swojego życia i pewnym statusie materialnym. Brzmi to wszystko dość znajomo i niepokojąco pokrywa się z pesymistycznymi diagnozami socjologicznymi, które mówią, że prawdziwy awans klasowy pozostaje scenariuszem nieco tylko mniej fantastycznym od opowieści o zamaskowanych mścicielach. Przynajmniej w tym sensie wszyscy żyjemy w barwnym komiksowym uniwersum.