Wciąż bardziej obcy
„Obcy: Przymierze”

9 minut czytania

/ Film

Wciąż bardziej obcy

Darek Arest

Główną ambicją załogi Nostromo, która zmagała się z obcym w 1979 roku, było dotrzeć do domu i otworzyć butelkę zimnego piwa. Dziś Ridleya Scotta interesują raczej ludzie (i roboty), którzy próbują zdetronizować bogów

Jeszcze 2 minuty czytania

Prawie 40 lat temu w genialnym filmie Ridleya Scotta załoga kosmicznego frachtowca Nostromo wylądowała na planecie, na której nie powinna lądować, jeden z jej członków pochylił się nad organizmem, od którego należało trzymać się z daleka, a potem było już tylko dużo krzyków i beznadziejna ucieczka przed niezniszczalnym kosmicznym drapieżnikiem. To wspaniałe kino – horror science fiction z politowaniem patrzący na ramy gatunkowe, uwodzący klaustrofobicznym nastrojem. Widz może być pewny tylko tego, że akcja nie toczy się w tym samym kosmosie, przez który podróżują bohaterowie „Gwiezdnych wojen”. Duża w tym zasługa scenarzysty Dana O’Bannona, choć jednak mniej chodzi tu o „co”, bo niemal wszystko zawiera się w „jak”.

Kosmiczna przygoda na pokładzie Nostromo przypomina rejs U-Bootem. Załoga pławi się w smarach, własnym pocie i – przez większą część czasu ekranowego – w nudzie. Niemal czuć zatęchły zapach ciasnych kabin, atmosfera jest gęsta. „Dobre książki są zawsze prawdziwe, nawet gdyby opisywały rzeczy, które nigdy się nie wydarzyły i nie wydarzą. Są prawdziwe w innym sensie – jeśli mówią, powiedzmy, o kosmonautyce, to tak, że poznaje się coś z tej ciszy, która jest zupełnie inna od ziemskiej, z tego spokoju, tak doskonale nieruchomego. Cokolwiek przedstawiają, mówią zawsze to samo, że człowiek, tam, nigdy nie będzie u siebie”. Pierwszy „Obcy” wygląda jak pełnometrażowa adaptacja tego fragmentu Lemowskiego „Opowiadania Pirxa”.

Nowe przymierze

Po „Obcym” (1979) Scott zrobił jeszcze „Blade Runnera” (1982) i wziął trzydziestoletni rozbrat z gatunkiem, który od niechcenia zrewolucjonizował. Obcy żył tymczasem swoim życiem. Serię kontynuowali inni reżyserzy, a każdy z nich poczynał sobie z nią cokolwiek swobodnie. James Cameron urządził jatkę z tłumem komandosów, David Fincher zrobił thriller z wątkami religijnymi, Jean-Pierre Jeunet przeniósł cykl w rejony autoparodii. Jakkolwiek nie oceniać tych filmów, stanowią one niewątpliwie gwałt na duchu oryginału. Scott tymczasem montował kolejne wersje reżyserskie „Łowcy androidów” i dochodził do wniosku, że nie bardzo mu się to wszystko podoba. Postanowił więc zgwałcić własny film po swojemu – dopisując do niego serię prequeli, opowiadających o zdarzeniach poprzedzających akcje pierwszego filmu serii. Trudno się dziwić, że kosmiczny drapieżca nie wygląda na zachwyconego.

Technicznie rzecz biorąc, „Przymierze” jest więc prequelem filmu z 1979 roku, ale przede wszystkim jest to jednak sequel „Prometeusza” (2012) – poprzedniego filmu z nowego cyklu. Łącznikiem między starym a nowym jest figura zabójczego kosmity i warstwa plastyczna filmu – obie nowe części trzymają pod tym względem sztamę z oryginałem, chociaż duchowo są mu odległe niemal z definicji. Dopisywanie jasnej i przejrzystej genezy zabija bowiem egzystencjalną wymowę filmu sprzed czterech dekad, w którym zagłada przychodzi znikąd i bez wymyślnych przyczyn. Brak odpowiedzi na temat pochodzenia obcego, jego biologii czy psychiki pogłębia grozę – bezinteresowne okrucieństwo staje się odbiciem zimnej i cichej obojętności kosmosu. Skonfrontowani z tymi żywiołami ludzie muszą zwątpić w to, że są czymś więcej niż tylko ogniwem kosmicznego łańcucha pokarmowego. Im mniej wiemy, tym mocniej brzmi to pytanie. Zwłaszcza, że w nowych filmach odpowiedzi przychodzą jakby z innej galaktyki, w której przez science fiction przebijają wyraźnie echa baśni fantasy.

1. „Obcy - 8. Pasażer Nostromo”, 2. „Obcy - decydujące starcie”, 3. „Obcy 3”, 4. „Obcy: Przebudzenie”

Zmianę tonacji ustala w „Przymierzu” już pierwsza scena, w której android David grany przez Michaela Fassbendera rozmawia ze swoim konstruktorem, którego nazywa ojcem. „Skoro ty stworzyłeś mnie, to kto stworzył ciebie?” – pyta. Kim jesteśmy? Dokąd zmierzamy? Siła filmu z 1979 roku tkwiła w banale i przyziemności – to one nadawały filmowi ciężar. Ludzie z „Nostromo” to kierowcy kosmicznego TIR-a. Ich główną ambicją jest dotrzeć do domu, włączyć telewizor i otworzyć butelkę zimnego piwa. Przewożącą kosmicznych kolonizatorów załogą „Przymierza” kierują podobne bodźce, ale to nie o nich jest ten film. Dziś Scotta interesują ludzie (i roboty), próbujący odnaleźć bogów, aby ich zdetronizować. Ich losy reżyser maluje w tonacji mitu o stworzeniu: zamiast niepojętego proponuje nam złożone teorie w duchu Ericha von Dänikena, zamiast ciszy – spotkanie z obcymi cywilizacjami. Być może cały projekt powstawał tak długo, że do scenariusza naturalnie przeniknęły tropy z nowego „Łowcy androidów” (którego ostatecznie wyreżyserował Denis Villeneuve – premiera w październiku), a nawet wątki Mojżeszowe z „Exodusu” (2014).

Opery robotów

„Obcy: Przymierze”, reż. Ridley Scott, USA 2017, w kinach od 12 maja 2017„Obcy: Przymierze”, reż. Ridley Scott, USA 2017, w kinach od 12 maja 2017Fani muszą się wypłakać. Ale kiedy już pogodzimy się z tym, że „Przymierze” jest kiepską kontynuacją cyklu, warto skupić się na tym, co oryginalnego może nam zaproponować. Jak przystało na dzieło twórcy „Łowcy androidów”, jest to film bardzo ładny. Powtarzam ostatnio to zdanie jak mantrę: Scott nie zrobił chyba filmu, który by źle wyglądał. Dotyczy to w równej mierze plenerów, scenografii, zdjęć i decyzji obsadowych. Brytyjczyk jest świetnym filmowcem, panuje nad obrazem i atmosferą, choć wydaje się, że tym razem zbyt mocno zawierzył konwencji, jakby drżał przed regułami gatunku, które sam przed laty napisał. Słabo wypada przede wszystkim sam kosmita, zredukowany do roli wszędobylskiej zarazy; nadobecny na ekranie, traci swój nieuchwytny charakter. Jego najmocniej eksponowaną przez scenarzystów cechą jest dziwna skłonność do rozbijania szczęśliwych związków. Inną kulą u nogi jest symboliczna następczyni (czy raczej poprzedniczka) Ellen Ripley. Katherine Waterson z wdziękiem wchodzi w buty Sigourney Weaver, która czterokrotnie wcielała się w twardą heroinę uwikłaną w co najmniej pogmatwaną relację z obcym, ale tak naprawdę jedyną pełnowymiarową postacią w całym filmie jest android David.

Pozostawiony w niewesołej sytuacji w finale „Prometeusza”, gdzieś pomiędzy filmami, odnajduje w sobie ostatecznie człowieczeństwo, ze wszystkimi tego zgubnymi konsekwencjami. W poprzednim filmie jego bratnią duszą był bohater „Lawrence'a z Arabii”. Tutaj staje przed szansą poznania swojego młodszego brata – niemal identycznego androida należącego do załogi „Przymierza”. Stanowi on idealną publiczność, przy której David rzuca wyzwanie swojemu ludzkiemu ojcu – wychodzi z roli, jaką mu napisano, i sam angażuje się w akt stworzenia. Można by ten wątek zbanalizować jako opowieść o kolejnym robocie, który nasłuchał się Wagnera, ale to zdecydowanie najciekawszy element filmu, z potencjałem do podźwignięcia całej historii. W odróżnieniu od całej reszty, wyraźnie fascynuje on reżysera, i szkoda jedynie, że został wtłoczony w ten zużyty model scenariusza, który stanowi o tożsamości serii. Zbyt dużo czasu ekranowego zmarnowano na udawanie, że twórców obchodzi los zbłąkanych wędrowców i że wciąż bawi ich zabawa w kotka i myszkę, jaką urządza sobie z nimi zmiennokształtny kosmita.

Krwawa masakra odbywa się pro forma, jakby była nudną koniecznością. W całej historii serii niespodziewane zwroty akcji nie były równie spodziewane, a bohaterowie nie podejmowali głupszych decyzji. Wielu z nich to tak oczywiste scenariuszowe mięso armatnie, że szkoda nawet wysiłku, by pamiętać ich imiona, a tym bardziej zaciskać za nich kciuki. Tak jak sam obcy, stanowią jedynie narzędzie samopoznania robota, któremu zamarzyło się być bogiem. Trudno przejmować się załogą „Przymierza”, której leniwe marzenia o dziewiczej planecie, gdzie każdy będzie mógł postawić sobie chatkę nad jeziorem, przerywa awaria i tajemnicza transmisja, stanowiąca zaproszenie do tradycyjnego alienowskiego oberka. Lądują więc na planecie, na której nie powinni lądować, nachylają się nad czymś, nad czym nie powinni się nachylać, aby po serii rażących naruszeń zasad BHP spędzić resztę seansu na tradycyjnie beznadziejnej ucieczce. Okazuje się, że sam Ridley Scott potrafi powtórzyć cały ten taniec, nie myląc ani kroku, i równocześnie nie potrafi ocalić ani odrobiny pierwotnego dreszczu. Ostatecznie, by zabić żywotnego drapieżnika, nie trzeba było wcale miotaczy ognia.