Gabinet cieni

5 minut czytania

/ Film

Gabinet cieni

Darek Arest

Ludzie zrzucają maski, sekrety wychodzą na jaw, obiad się przypala, przyjęcie zmienia się w katastrofę. Wszystko wiadomo. „Party” w reżyserii Sally Potter w zasadzie nie potrzebuje recenzji ani opisu. Wystarczy zapoznać się z obsadą

Jeszcze 1 minuta czytania

Janet właśnie otrzymała nominację na ministra zdrowia w opozycyjnym gabinecie cieni. Kiedy gotuje dla swoich gości, odbierając kolejne telefony z gratulacjami, widać, że ledwo powstrzymuje łobuzerski uśmiech. Kwitnie nie tylko jej kariera, ale też życie miłosne – czuje nieustanne wsparcie kochającego męża, o dreszcze podniecenia troszczy się tajemniczy kochanek, który ku jej radości bombarduje ją kolejnymi wiadomościami. A są jeszcze przyjaciele, którzy zaraz zjawią się na uroczy wieczór w londyńskim domu. Zgodnie ze starym filmowym zwyczajem, każdy z nich, oprócz życzeń, przyniesie ze sobą niebezpieczny sekret, który zdetonuje w salonie, ku uciesze widzów i trwodze gospodyni. Nie minie godzina, a kulturalni i oczytani przedstawiciele angielskich elit będą wyć, strzelać fochy, szarpać się i tarzać po dywanie. No, ale jeżeli na przyjęcie zapraszasz takich gości, jakich zaprosiła Sally Potter, to naprawdę byłoby szkoda, gdyby wszyscy coś przekąsili, wypili po lampce wina i po prostu rozeszli się do swoich domów.

Filmy o przyjęciach zamieniających się w katastrofę to osobny gatunek, mamy w nim zresztą pewne narodowe osiągnięcia. W polskim wydaniu bohaterów łączą jednak zwykle niewygodne więzi krwi. Tymczasem u Sally Potter spotyka się rodzina idealna – taka, którą się wybiera i przebiera w procesie długotrwałej selekcji. To ludzie, których łączy wspólnota przekonań, trwająca latami przyjaźń, wartości, a także (niespodzianka) interesy i piętrowe relacje erotyczne. Angielski tytuł, poza oczywistym znaczeniem, może także odsyłać do dosłownie rozumianej „partii”, z którą bohaterowie Potter mniej lub bardziej się utożsamiają. Nie tracą okazji, by światopogląd swój manifestować, a reżyserka – by te deklaracje weryfikować. Ile warte są dla nich ideały, kiedy wchodzą w kolizję z pożądaniem, poczuciem bezpieczeństwa czy choćby prozaiczną wygodą? Scenariusz powstawał w atmosferze nadciągającego brexitu, ale polityczna wymowa filmu nie jest szczególnie rozbudowana. Można ją w zasadzie sprowadzić do pytania o granicę między prywatnym a publicznym, między wartościami a wygodnymi kłamstwami. Najważniejsi są aktorzy i humor.

„Party” „Party”, reż. Sally Potter, Wielka Brytania 2017, w kinach od 5 stycznia 2018 „The Party” nie potrzebuje w zasadzie ani recenzji, ani streszczenia. Wystarczy zapoznać się z obsadą, by krytyczne sarkania straciły jakiekolwiek znaczenie. Szczęśliwą gospodynię gra Kristin Scott Thomas. Patricia Clarkson wciela się w uwodzicielsko cyniczną przyjaciółkę, a Bruno Ganz w jej uduchowionego kochanka. Cherry Jones i Emily Mortimer są parą spodziewającą się trojaczków z in vitro i konfliktów wynikających ze sporej różnicy wieku, a Cillian Murphy wchodzi w buty znerwicowanego bankiera, uzbrojonego w giwerę i kokainę. Wspominany już wyrozumiały mąż Janet, stateczny profesor o nieobecnym spojrzeniu, ma trudną do rozpoznania twarz Timothy’ego Spalla. Ciągnąca się za tymi aktorami widmowa galeria postaci mogłaby zniszczyć każdy film, ale Potter, zamiast uciekać od skojarzeń, postanowiła się nimi zabawić. Począwszy od Spalla, który ogrywa tu swój nowy, chorobliwie zeszczuplały wizerunek, do Ganza, którego rozświetlone ezoterycznym spokojem spojrzenie większość świata kojarzy przede wszystkim z tysiącem youtube'owych przeróbek sceny z „Upadku”, w której odgrywa oszalałego ze wściekłości Hitlera.

Każda z gwiazd jest tu znakomita, nawet jeśli każda znakomita jest na trochę inny, niekoniecznie spójny z innymi, sposób. Nawet bez upychania tych występów do jednego rejestru wszystko się ze sobą w tym farsowym sosie zestraja, dowcipy brzmią czysto, a katastrofa dostarcza sporo radości, choć wszystko odbywa się – zważywszy na nazwisko reżyserki – w dość konwencjonalny sposób. Sally Potter, autorka słynnego „Orlando”, mówi o swoim najnowszym filmie jako kinematograficznym wyzwaniu – zagęszczonym doświadczeniu filmowym, wykreowanym przy użyciu uderzająco niefilmowych środków. Czy można wyeliminować wszystkie te rozpraszacze – efekty specjalne, plenery, skoki w czasie i przestrzeni – i nie wpaść w pułapkę tego, co po polsku zwykło się nazywać z niesmakiem „teatralnością”? „Party” ma siedmiu bohaterów, trwa 71 minut, akcja zamknięta jest w niewielkim londyńskim domku, a zrealizowane przez Aleksieja Radionowa zdjęcia („Orlando”, „Idź i patrz”) są na domiar złego czarno-białe. Jeżeli wbrew wszystkiemu seansowi towarzyszy chwilami poczucie marnotrawstwa i niewykorzystanego potencjału, to eksperyment Potter spokojnie można uznać za udany.