Nierealizm alkomagiczny

8 minut czytania

/ Literatura

Nierealizm alkomagiczny

Darek Arest

Marcin Podolec potrafi znaleźć literacką inspirację w instrukcji obsługi żelazka. W „Morzu po kolana” odsłania komiksową naturę reportaży Marcina Kołodziejczyka, w których liczy się anegdotyczny punch, językowy efekt i wyrazisty obrazek

Jeszcze 2 minuty czytania

Z komiksami nie warto być zbyt zasadniczym. Ominęłoby nas sporo radości, gdybyśmy mieli reagować nerwowo na każdy przejaw seksizmu w seriach sensacyjnych czy kiczu w fantastyce. Weźmy tę deklarację wydawcy: „Uwaga! Tego jeszcze nie było! Dzieło, które liczni puryści reportażu pokochają nienawidzić (a potem skopiują). Bez misji społecznej, definicyjnych górnolotności na temat polskiej prowincji i modnych ideologii – samo gołe życie”. Wiadomo, marketing, ale uściślijmy, że jeśli „to” oznacza połączenie komiksu z reportażem, „to” było już wielokrotnie i w całej palecie odcieni.

Komiks reportażowy jest dość modny, jeśli można tak powiedzieć o w sumie dość niemodnym medium. Informacje o publikacjach Joe'ego Sacco czy Guya Delisle'a nawet w Polsce przebiją się do mainstreamowych mediów, bo dokumentalna treść niejako „rozgrzesza” niepoważną formę, pozwalając redakcji zademonstrować otwarty umysł. Zresztą współautor „Morza po kolana”, rysownik Marcin Podolec, sam romansuje z formami niefikcyjnymi od jakiegoś czasu. Dwa jego wcześniejsze albumy to w zasadzie adaptacje graficzne wywiadów („Fugazi Music Club” i „Dym”, czyli komiksowa rozmowa z Pablopavo). Tym razem artysta, który swobodnie poczyna sobie z komiksem, zwarł szyki z Marcinem Kołodziejczykiem, któremu krytycy lubią zarzucać zbyt swobodne traktowanie formy reportażu. Z tej buntowniczej nadwyżki zrodziło się dzieło zaskakująco harmonijne i konwencjonalne – w każdym razie bardziej wódka z colą niż obiecywany koktajl Mołotowa.

Zapomniane japonki i niedopalone mentole

Marcin Kołodziejczyk, Marcin Podolec, „Morze po kolana”. Wielka Litera, 160 stron, w księgarniach od października 2016Marcin Kołodziejczyk, Marcin Podolec, „Morze po kolana”. Wielka Litera, 160 stron, w księgarniach od października 2016

„Samo gołe życie” z komiksu Podolca i Kołodziejczyka toczy się pod wiatą przystanku autobusowego jakiejś turystycznej mikromieściny w Polsce B. Każdy obywatel przemierzający Rzeczpospolitą w ramach budżetu klasy ekonomicznej bywał w takim lokalu albo chociaż mijał go z niedaleka. Atrakcje są tu ograniczone, ale klientela stała i wierna. Między innymi o tej dziwnej lojalności traktuje komiks. Przewodnikiem jest nam zbankrutowany humanista bez dwóch jedynek, który wyjechał kiedyś na studia polonistyczne, gdzie nauczył się pić i zrozumiał, że akurat w tej pasji doskonale może się realizować w domu. Kiedy nie dogląda pola namiotowego bardziej zaradnego kolegi, zapija smutki z dwójką kumpli. Jeden to melancholijny wulkanizator, który żyje z renty od czasu feralnej awarii podnośnika: kiedy na nogę Gumowego spadł w warsztacie stary rzęch, ta bynajmniej nie ugięła się pod zabójczym ciężarem. Ostatni z muszkieterów jest weteranem szemranych saksów, który nie pod jedną wiatą już sikał, stawiając przy okazji bezbłędne prognozy pogody. Szczurek ma nawet dziecko gdzieś pod Siedlcami, ale jakaś magnetyczna siła zawsze ciągnie go w rodzinne strony, gdzie trwa odwieczny martwy sezon.

Opowieść zaczyna się jesienią, gdy po turystach zostają zapomniane japonki i niedopalone mentole, i kończy składającą nieśmiałe obietnice na przyszłość wiosną, ale martwy sezon to oczywiście także metafora stanu wiecznego oczekiwania, zimowego snu, z którego na polskiej prowincji nie sposób się wybudzić. Gdy alkoholowa mgła czasem się przerzedzi, świadomość ta dociera do sponiewieranego mózgu niczym złowieszcza halucynacja. Według Kołodziejczyka martwy sezon, podobnie jak Polska B, to przede wszystkim stan umysłu.

Już to wystarcza, by wytoczyć ciężkie działa i prewencyjnie „Morze po kolana” ostrzelać. Wizerunek polskiej prowincji jest dość przerysowany nawet bez pomocy komiksu. Marcin Kołodziejczyk, dziennikarz „Polityki”, ma słuch i giętkie pióro, dzięki czemu płynnie posługuje się narzeczem swoich bohaterów i wywija zdaniami, które czytają się same, ale używa tych talentów w sposób nieznośny. Wydaje się, że wbrew deklaracjom nie tylko nie lubi bohaterów swoich reportaży, ale nawet nie jest ich specjalnie ciekawy i bez większych oporów poświęca ich dla powierzchownego efektu. Demaskuje ciasnotę horyzontów i miałkość przekonań, co, zważywszy na to, jak dobiera sobie cele, nie jest szczególnie imponującym osiągnięciem. Jeśli zaś chodzi o Marcina Podolca, to chociaż bardzo cenię jego talent plastyczny i kreatywność każącą mu szukać nieoczywistych inspiracji, to wobec jego „dokumentalnych” albumów czuję co najwyżej życzliwą obojętność. Trudno lekceważyć polski komiks o tak wyrazistym stylu, rysowany ze swobodą i bez oglądania się na innych, ale akurat z „Dymu” i „Fugazi” nie wynika dla mnie wiele ponad to, że coś takiego jak wywiad komiksowy rzeczywiście da się zrealizować. Dlaczego więc ostatecznie wspólne dzieło obu panów nie jest sumą tych wszystkich nieszczęść?

„Morze po kolana”„Morze po kolana”

Ryszard, heros z Verony

Podolec odsłania komiksową naturę reportaży Kołodziejczyka, w których liczy się anegdotyczny punch, językowy efekt i wyrazisty obrazek. To proza, która daje solidne oparcie kreatywności rysownika, zyskując w rysowanych szatach delikatniejsze odcienie. Pełne humoru i ciepła ilustracje otaczają świat miękką pianką umowności, chroniąc bohaterów przed ostrymi ocenami i rozpuszczając nieco tego złośliwego ducha opowieści, który u Kołodziejczyka tak często jest obecny w postaci drwiny. Podolec przygląda się beznadziei na prowincji z większą czułością, chociaż ocena sytuacji pozostaje bez zmian względem literackiego pierwowzoru – ludzie mieszkają w Polsce B raczej z braku aspiracji niż z lokalnego patriotyzmu, żyją w poczuciu bliżej nieokreślonej krzywdy, oczekując na zmianę, której nie wychodzą naprzeciw. Odwracają się od lepszego życia, tak jak trójka siedzących na przystanku bohaterów odwraca się od morza – zapewne najpiękniejszej rzeczy w promieniu wielu kilometrów. Muszkieterowie uciekają w kojącą apatię i pijackie fantasmagorie. Prawdziwym herosem tego świata jest Ryszard, właściciel pola namiotowego i pokojów gościnnych „Verona”, który co prawda także za kołnierz nie wylewa i z morzem ma stosunki chłodne, ale znajduje siłę, by każdego roku dołożyć cegiełkę do swojego turystycznego imperium: naprawić zepsutego pilota od telewizora, odmalować brudną ścianę, kupić frytkownicę.

Tomik, podobnie jak książki Marcina Kołodziejczyka, składa się z krótkich całostek, ale tu są one zorganizowane w zwartą kompozycję. Epizody poświęcone poszczególnym bohaterom przeplatają się, spotykają, a nawet zostają uszlachetnione punktem kulminacyjnym. Opowieść wie, dokąd zmierza, co może być lekkim zgrzytem, jako że traktuje ona o bohaterach, którzy zmierzają dokładnie donikąd.

„Morze po kolana”„Morze po kolana”

Nakładają się na tu siebie zresztą nie tylko historie, ale także warstwy rzeczywistości – zaduch brudnego pokoju krzyżuje się z erotyczną obsesją, ubarwioną dodatkowo pijackim widzeniem. Efektem jest realizm magiczno-alkoholiczny – znamy tego drania z kina, wiemy, jak bardzo lubi upiększać syf promykiem słonka, rozdawać nagrody pocieszenia wszystkim, którzy są gotowi zmrużyć oczy. W „Morzu po kolana” każdy potencjalny cud jest podszyty goryczą. To smutny komiks. Ale jednak komiks. Podolec, który tym razem dodatkowo bawi się kolorem i światłem, skutecznie rozmazuje granicę między nutą realistyczną a baśniową, między brzydkim a pięknym. To nie tylko jego styl, to natura medium, w którym nadrzędna warstwa rzeczywistości nie istnieje albo jest bardzo umowna, a które przede wszystkim zabawia odbiorcę opowiadaniem historii. I dokładnie to robi „Morze po kolana”.

Jednocześnie bohaterowie i ich rzeczywistość nie zamieniają się przecież w fikcję tylko dlatego, że z reportażowej opowieści przeobrazili się w zgrabne rysunki. Jeśli ten komiks chwyta jakąś prawdę o Polsce, to czy ta prawda nie powinna nas raczej uwierać i irytować, zamiast bawić i koić? Dajcie krytykowi gwoździe, a ukrzyżuje się sam. Najbardziej kłopotliwą cechą „Morza po kolana” jest przyjemność lektury.