Mam 37 lat. Co ja wiem o życiu?
fot. Bartek Muracki

17 minut czytania

/ Muzyka

Mam 37 lat. Co ja wiem o życiu?

Rozmowa z Pablopavo

Nie gram dobrze na żadnym instrumencie, nie mam dużej skali głosu, fajną mam barwę, bo długo palę papierosy, więc mi się wyrobiła. Staram się pisać dobre teksty. I to tyle. Nadrabiam pracowitością. Żeby być fair wobec słuchaczy i losu, trzeba zasuwać

Jeszcze 4 minuty czytania

MONIKA STELMACH: Podobno już nie lubisz rozmawiać o Warszawie.
PABLOPAVO:
Nawet lubię, ale nie jestem varsavianistą, a dziennikarze zaczęli mnie tak traktować, pytając o szczegóły architektoniczne czy historyczne: czy pamiętam, kto zbudował tor kolarski na Grochowie, i co ja o tym sądzę? Sądzę, że obecnie kwitnie tam miłość, picie browarów i badyle. W pewnym momencie poczułem przesyt mówienia na ten temat, bo rozmów o Warszawie naprawdę sporo już przeprowadziłem.

Będziesz jeszcze pisał piosenki o Warszawie? Na płycie „Wir” nie ma ani jednej.
W swoim życiu napisałem pewnie ze 200 piosenek, z czego jakieś 30 jest o Warszawie, ale przylgnęła do mnie opinia barda warszawskiego. Kocham Warszawę i będę o niej pisał, jednak chciałem nieco zerwać z tą łatką.

Dlaczego tak bardzo cię uwiera?
Lubię Wysockiego i Okudżawę, w moich piosenkach są ślady tych fascynacji. Ale czegokolwiek bym nie nagrał, to i tak zostanę bardem, bardem warszawskim albo poetą ulicy. Ładne, wyświechtane określenia, które nic nie znaczą. A przecież gram bardzo różne rzeczy, które do barda mają się nijak. Chciałbym nieco więcej namysłu nad tym, co robię.

W jakim gatunku muzycznym umieściłbyś płytę „Wir”?
Nie mam pojęcia. Krytycy muzyczni lokują ją gdzieś w synthpopie. Zawsze słuchałem dużo różnej muzyki i lubię czerpać z różnych gatunków muzycznych. Właściwie żadnej ze swoich płyt nie umiałbym umieścić w jakimś konkretnym gatunku muzycznym. 

Paweł Sołtys „Pablopavo”

Ur. w 1978 roku. Warszawiak. Wokalista, autor tekstów, gitarzysta. W 2009 roku wyszedł jego pierwszy album „Telehon”, nagrany jako Pablopavo i Ludziki, a w 2011 roku „10 piosenek”. W tym samym roku pojawił się też album „Głodne kawałki” w duecie z Praczasem. W styczniu 2014 roku miała miejsce premiera trzeciej płyty Pablopavo – „Polor” oraz albumu solowego „Tylko”. „Wir” to najnowsza jego płyta, tym razem nagrana z Praczasem i Anią Iwanek. Wiosną 2016 roku ukazał się też wywiad graficzny z Pablopavo „Dym” autorstwa Marcina Węcławka i Marcina Podolca. Od 2003 roku Paweł Sołtys jest też wokalistą Vavamuffin. Współtworzy Zjednoczenie Sound System. Wielokrotnie nagradzany, w 2015 roku otrzymał Paszport Polityki w kategorii „Muzyka popularna”.

Z Praczasem pracowałeś przy płycie „Głodne kawałki”. Tym razem do współpracy postanowiłeś zaprosić też Anię Iwanek.
Najpierw Praczas przygotowywał szkice muzyczne, które były niespieszne, zamglone, a ja pisząc teksty poddałem się tej atmosferze. Na początku bałem się tej melancholii, bo idąc tą drogą łatwo można wpaść w banał.  Z Ludzikami przełamuje to jakimś mocnym słowem, opisem ciemnej strony miasta, a tutaj tego nie było.  Musiałem się pilnować, żeby nie zrobiła się z tego poezja śpiewana, z całym szacunkiem dla tego gatunku, ale to nie moja bajka.

Anka z kolei jest zjawiskową wokalistką. Wiele piosenek jest dialogami męsko damskimi. Wyzwaniem było za to napisanie piosenek z punktu widzenia dziewczyny.

Jak one powstawały?
Zawsze miałem dużo przyjaciółek, z którymi spędzałem i spędzam sporo czasu. Kobiety są ciekawsze od mężczyzn, bo ciekawiej widzą, bardziej wielowymiarowo. Z tych lat spędzonych z dziewczynami próbowałem wyciągnąć jak najwięcej.  Anka uznała te piosenki za swoje, co było dla mnie najlepszą recenzją. Poza tym wiele jest doświadczeń wspólnych dla obu płci, rozstania czy strach.


Ciągle szukasz, zmieniasz składy i style muzyczne. Czego ci brakowało w Vavamuffin, z którym jesteś związany od kilkunastu lat, że postanowiłeś tworzyć również jako Pablopavo?
Kilku rzeczy, ale przede wszystkim pisania piosenek, które do Vavamuffin nie pasują, typu akustyczna ballada „Jurek Mech”. Poczułem, że muszę wyjść poza reggae.  Poza tym w Vavamuffin wszyscy piszemy piosenki, to wymaga nieustannych kompromisów. A ja chciałem mieć 100 procent wolności, ale też odpowiedzialności za to, co się lirycznie wydarzy; opowiadać historie, które leżą mi na sercu, bez zastanawiania się, czy koledze z zespołu to się podoba. Słowem chciałem mieć swój zespół, w którym będę miał głos decydujący.

Dość autorytarnie.
W Vavamuffin jest demokracja, więc tam ścieramy się bardzo. W Pablopavo i Ludzikach jest demokracja sterowana, tzn. wspólnie komponujemy, wszyscy wnoszą bardzo dużo do płyt, ale jak powiem, że czegoś nie robimy, to nie robimy. W końcu jest to podpisywane jako Pablopavo i Ludziki, w tej sytuacji więcej biorę na siebie. Rzadko się jednak zdarza, że muszę postawić na swoim. Dobrałem do współpracy ludzi, z którym się rozumiem i przyjaźnię.  Poza tym w Ludzikach są sami fantastyczni muzycy, którzy mogliby zagrać, z kim tylko chcą, i część gra w innych składach, więc gdybym zaczął wprowadzać rządy autorytarne, to wyśmialiby mnie. Myślałem, że to, co robię poza Vavamuffin, będzie niszą nisz. A wcale tak nie jest. To cud i niespodzianka.

Co zadecydowało o tym cudzie?
Nie wiem, mogę powiedzieć, co mi intuicja podpowiada. Dzisiaj już pojawiło się dużo więcej wykonawców, którzy śpiewają po polsku i piszą teksty o czymś. Kiedy zaczynałem nagrywać jako Pablopavo, obowiązywał trend, żeby śpiewać po angielsku i być bardzo światowym. Okazało się, że ludzie chcą słuchać piosenek niekoniecznie o samotności w Nowym Jorku, bo mało kto w tym Nowym Jorku był, a jak był tydzień, to nie miał czasu na samotność. Od początku postawiłem na to, że w tekstach będę poważnie traktował swojego słuchacza. Myślę, że może to zadziałało.

Między Vavamuffin a Pablopavo jest spory przeskok.
Ci, co znali mnie z Vavamuffin, po pierwszej płycie z Ludzikami pytali, o co właściwie chodzi, to była tak różna muzyka. Są ludzie, którzy nie lubią zmian u swoich artystów, wolą AC/DC, którzy nagrywają jedną płytę od wielu lat. To bardzo dobry zespół, który nie robi wolt. Jak chcesz próbować nowych rzeczy, to zawsze ryzykujesz, że publiczność tego nie kupi. Na początku ten przeskok nie był łatwy. Vavamuffin w tamtym okresie było szalenie popularnym zespołem. Zdarzało się, że zapełnialiśmy kluby na tysiąc osób, a miesiąc później jechałem do tego samego miejsca z Pablopavo i Ludzikami i przychodziło 30 osób. To były bardzo fajne koncerty, pomijając to, że dopłacaliśmy do interesu. Można było się załamać, szczególnie po pierwszej płycie, która miała dobre recenzje, ale nie przekładało się to na słuchaczy. Ale nie poddaliśmy się. Wydawaliśmy kolejną płytę, a potem kolejną. Dziś przychodzi 200–400 osób na koncert i jest dobrze.


Niezła lekcja pokory
.
Bardzo pożyteczna. Zawsze śmieszył mnie nimb rockowego idola. Jestem raczej z punkowej szkoły. Nie uważam się za kogoś lepszego niż moja publiczność. Po koncercie zawsze z zespołem schodzimy do ludzi napić się piwa i pogadać. Co jest szczególnie cennym doświadczeniem w mniejszych miastach. Mieszkając w Warszawie, łatwo uwierzyć, że tak wygląda cała Polska. A cała Polska to nie Saska Kępa. Polska to też Grudziądz i Nakło. Ludzie opowiadają nam o swoich problemach, o tym, że nie ma pracy, że wielu z nich wyjechało. To pozwala spojrzeć na ten kraj może ze smutniejszej, ale prawdziwszej perspektywy.

Wydawnictwa namawiają cię, żebyś wydawał swoje teksty w formie tomików. Dlaczego tak konsekwentnie odmawiasz?
Ostatnio znowu odezwało się Biuro Literackie, tym razem pokusa jest większa, bo teksty wybraliby moi przyjaciele, a jednocześnie poeci, których bardzo cenię. Jestem wielkim fanem i czytelnikiem poezji. Widzę jednak różnicę między wierszem a tekstem piosenki. Kiedy śpiewam, mogę poeksperymentować z rytmem, przyspieszyć, zwolnić, na papierze to będzie błąd rytmiczny. W swoim życiu napisałem kilka wierszy, kilka mi nawet wydrukowali, ale były to rzeczy inne niż teksty piosenek. Dlatego raczej odmówię.

Równie konsekwentnie odmawiasz udziału w programach telewizyjnych.
Nie odmawiam wywiadów, tylko jurorowania w talent show. Może bym się zgodził, gdybym przymierał głodem, ale na szczęście nie przymieram. Obejrzałem kilka odcinków i jestem zaciekłym wrogiem tych programów. W małej mierze skupiają się na muzyce, bardziej na zarabianiu pieniędzy i pokazywaniu jakichś ckliwych historii o ojcu, który patrzy z nieba na wykonawcę. Niewielu zwycięzców zrobiło też szybkie kariery, jakie te programy obiecują. Takie podejście generalnie źle robi muzyce, ale może jestem stary i czegoś tu nie kumam. Dla mnie naturalny rozwój sytuacji jest wtedy, kiedy najpierw grasz w garażu, potem koncert na swoim osiedlu, w swoim mieście, po czym jedziesz do innego miasta i próbujesz nagrywać płytę.

Nie gramy też imprez zamkniętych w rodzaju 25. urodzin firmy. Raz zagraliśmy, bo zepsuł się bardzo drogi klawisz. Z koncertów musielibyśmy odkładać ze 3 miesiące, ale nie było na to czasu, bo jechaliśmy w trasę. Zapłacili nam bardzo dobrze, ale odchorowałem to.

Aż tak?
Nie żebym od razu się ciął, ale miałem poczucie bezsensu. Na takich imprezach ludzie piją browary, jedzą kanapki i gadają.  Zespół jest na doczepkę. Moje piosenki nie bardzo się do tego nadają, bo nie robię czysto rozrywkowej muzyki. Skoro śpiewam jakieś osobiste rzeczy, to chcę być wysłuchany, a tam nikogo to nie interesowało.

Odmówiłeś też wywiadu rzeki?
Odezwał się do mnie mój bardzo dobry kolega, świetny dziennikarz muzyczny i redaktor, ale ja uważam, że jest jeszcze za wcześnie na wywiad rzekę. Mam 37 lat. Co ja wiem o życiu? Nie mam życiorysu Kazimierza Deyny. Jestem panem od piosenek. Nie wiem, czy mam ciekawą opowieść na krótki wywiad, a co dopiero, jakby to miało się ciągnąć przez 300 stron. Ciężko mi było odmówić, bo i wydawnictwo świetne, i człowiek świetny, więc poprosiłem, żeby napisał konspekt, ale tego nie zrobił, więc sprawa umarła.


Zgodziłeś się na wywiad graficzny, powstał komiks „Dym”.
Też nie chciałem się zgodzić. Ale że nie umiem odmawiać, to umówiliśmy się z Marcinem Węcławkiem, który napisał teksty, i rysownikiem Marcinem Podolcem, że przeprowadzimy kilka rozmów i zobaczymy. Byłem przekonany, że się pospotykamy, popalimy papierosy, wypijemy kilka piw, a że to fajne chłopaki, więc i tak będzie miło.  Ale Marcin przysłał rysunki do komiksu i złapał mnie za serce. Podoba mi się jego technika i wrażliwość. Trudno mi było powiedzieć, że tego nie robimy, skoro on już włożył w to tyle pracy.

Nie odsłaniasz tam zbyt wiele.
Dużo o sobie mówię w piosenkach. Niektóre z nich są bardzo intymne. Ale moje historie i przeżycia są w nich przetrawione artystycznie. Taka forma odsłaniania się jest dla mnie do przyjęcia. Poza tym prowadzę nudne życie domatora. Wiele lat graliśmy soundsystemy dwa razy w tygodniu. Można się zmęczyć. Poza tym, jak 80 dni w roku jesteś w klubach grając koncerty, to nie chcesz wolnego czasu spędzać w klubie. Wolę iść z córką na spacer do parku, a ze znajomymi spotkać się w domu, gdzie nie gra głośna muzyka.

Marcin „Flint” Węcławek, Marcin Podolec „Dym. Pablopavo. Wywiad graficzny” Kultura Gniewu/Karrot Kommando 2016Marcin „Flint” Węcławek, Marcin Podolec, „Dym. Pablopavo. Wywiad graficzny”,
Kultura Gniewu / Karrot Kommando 2016
Kultura Gniew

W „Dymie” mówisz: „Kiedy większość znajomych próbowała załapać się do jakiejś agencji reklamowej, my chcieliśmy być kolejną fazą kontrkultury”.
Miałem z 17 lat, kiedy trafiłem na grupę Antikonsjum. W kilka osób zbieraliśmy się w piwnicy. Interesował nas jazz, awangarda, picie, palenie i dziwni pisarze.  Próbowaliśmy też różnych rzeczy: robiliśmy nalepki, bo jeszcze nie było vlepek, zdjęcia, filmy i muzykę. Słuchaliśmy płyt na poważnie i w skupieniu. Wymyśliliśmy taki sposób grania, że wymienialiśmy się instrumentami przy kolejnych piosenkach. A w całej grupie co najwyżej ze 2 osoby umiały grać. Założeniem było, żeby nie powtarzać drugi raz tego samego kawałka. Nagraliśmy na Grundigu ze 180 kaset. Czasami dołączali do nas Paweł Szamburski i Patryk Zakrocki. Dziwiliśmy się, że tak zajebiści muzycy chcą grać z takimi amatorami. Przede wszystkim jednak byliśmy grupą przyjaciół, którzy lubią spędzać ze sobą czas. Ludzie przychodzili i odchodzili, ale trzon to około 10–12 osób. Najbardziej płodny okres był gdzieś w latach 1997–2003. Później każdy z nas zaczął robić swoje rzeczy.

Spotykacie się jeszcze czasami?
Antikonsjum nadal istnieje, raz na pół roku spotykamy się w mniejszym lub większym składzie. Ciągle lubimy sobie razem pograć. Zasada, że żaden utwór nie może się powtórzyć i każdy gra na wszystkim, nadal obowiązuje. Tylko moi znajomi nie chcą tego upubliczniać.

Naprawdę miałeś epizod dilowania narkotykami? Ciekawych rzeczy można się o tobie dowiedzieć  z tej książki.
Nie dilowałem, miałem taką możliwość, ale z niej nie skorzystałem. Myślę, że ten komiks to najgłupsza rzecz, na jaką się zgodziłem. Nie czytajcie tego (śmiech). Pocieszające jest to, że kilku moich znajomych powiedziało, że „Dym” jest też o nich; o czasach, kiedy dorastali; o tym, co sami przeżywali. Jedyną nadzieją dla tego komiksu jest to, że wychodzi poza moją osobistą historię.

Przez dziennikarzy zostałeś uznany za głos pokolenia 30-40 latków.
Nie uważam się za głos pokolenia. Może co najwyżej za kogoś, kto potrafi opisać jakiś fragment rzeczywistości ludzi urodzonych na przełomie lat 70. i 80., zainteresowanych kulturą alternatywną. Jeśli ktoś się w tym odnajduje, to bardzo się cieszę, ale przy pisaniu piosenek nie myślę o takich rzeczach, jak wpisywanie się w jakiś nurt czy bycie głosem pokolenia. Uważam, że trzeba pisać ze szczegółów, z drobnych kawałków. Tylko wtedy udaje się coś powiedzieć. Jak u Hrabala, jednego z moich ulubionych pisarzy, który opowiada o zapyziałych norach, a tak naprawdę pisze o całym świecie. Historia musi być też wiarygodna, dlatego sprawdzam dużo szczegółów, np. czy jak ktoś ukradnie 4 tony węgla, to zarobi na wakacje. 


W swoich piosenkach czę
sto sięgasz po historie ludzi żyjących gdzieś na marginesie społecznym.
Nie lubię słowa „margines”. Piszę o ludziach biednych. Myślę, że to właściwe słowo i nie ma co się go bać. Uważam, że o tych ludzi trzeba się upominać, mówić o nich bez protekcjonalizmu. Wystarczająco dużo jest piosenek, filmów, seriali o klasie średniej, która mieszka w apartamentach i pracuje w biurowcach. Zbyt mało jest o tych, którzy mają marne roboty albo w ogóle ich nie mają, czasami błądzą, czasami mają konflikty z prawem. Nie umiem pisać piosenek o prezesach korporacji. Jakoś mnie oni nie ciekawią. Mało też znam to środowisko; nie chodzę na bankiety; jeżdżę autobusami i tramwajami. Większość życia mieszkałem albo na blokowisku na Stegnach, albo na robotniczym Grochowie. Interesują mnie obrzeża. Nawet jak piszę o Warszawie, to raczej o Olszynce Grochowskiej niż nowym Wilanowie.

Pochodzisz z inteligenckiego domu, więc skąd to ciążenie w stronę „ludzi biednych”?
Nigdy nie pozowałem na dziecko ulicy czy chuligana. Tata był wydawcą, mama nauczycielką, nie byliśmy bogatsi od naszych sąsiadów. W latach 80. mało kto był bogaty w dzisiejszym rozumieniu tego słowa. Co najwyżej jedni mieli wideo, a inni nie mieli. Nie miało to dla nas większego znaczenia, bo wszystkie dzieciaki od rana do wieczora razem latały po podwórku. Bardziej nas interesowało, gdzie można pograć w piłkę, a z wiekiem, gdzie kupić jointy i komu dać w mordę, niż to, co robią nasi starzy. Jak pisał Stasiuk:  Niczego nie było, więc wszystko mieliśmy i byliśmy  szczęśliwi. Może moje zainteresowanie ludźmi biednymi wynika też z wbudowanej wrażliwości;  może z muzyki, której słuchałem, przeczytanych książek – Nowakowskiego, Hłaski, Hrabala – i warszawskich przedwojennych, ulicznych piosenek.

Ostatnio wydajesz płytę za płytą z różnymi składami. Czasami trudno za tobą nadążyć. Czy to już pracoholizm?
Nie gram dobrze na żadnym instrumencie. „Nie śpiewam jak Johny Cash”, bo nie mam dużej skali głosu, fajną mam barwę, bo długo palę papierosy, więc mi się wyrobiła. Staram się pisać dobre teksty. I to tyle. Nadrabiam pracowitością. Znam bardziej utalentowane osoby, które nie mogą realizować się muzycznie i jeszcze się z tego utrzymywać, tylko chodzą do jakichś strasznych prac. Żeby być fair wobec nich, słuchaczy i wobec losu, jakkolwiek to nazwać, to trzeba zasuwać. Poza tym, ja to strasznie lubię.

Co lubisz w swojej pracy?
Moment, kiedy spotyka się kilka osób, wchodzą na próbę z niczym, a wychodzą z piosenką, zakrawa na coś niecodziennego.  Nie chcę popadać w jakieś mistycyzmy, ale to właśnie wtedy dzieje się coś ciekawego. Fajne jest granie koncertów, kontakt z publicznością i nagrywanie płyt, ale najfajniejsze jest robienie piosenek.


Czym nas jeszcze zaskoczysz?
Następna płyta będzie znowu z Ludzikami. Chcemy w niej nawiązać do rozrywkowej muzyki latynoskiej. Nie będzie to oczywiście latino disco, żeby nie było. Będzie natomiast dużo gitary klasycznej. Tylko jedną piosenkę zaśpiewamy  po włosku, właściwie to pierwszy cover w naszej historii. Reszta utworów przejdzie przez nasze wrażliwości i instrumentarium. Sam napiszę teksty piosenek, tym razem również o Warszawie.

Kiedy będzie można usłyszeć Pablopavo i Ludziki w wersji latino?
Teraz pracuję nad nową płytą z Vavamuffin, która wyjdzie jesienią. Później z chłopakami z Ludzików planujemy pojechać w Bieszczady – znajomy udostępnią nam piękną drewnianą XIX-wieczną chatę; banię i piwniczkę z bimbrem. Zamykamy się i pracujemy nad płytą.

Piwniczka z bimbrem może was zgubić.
Będziemy z niej korzystać rozważnie.


Tekst dostępny na licencji Creative Commons BY-NC-ND 3.0 PL.