Siostry Samo Zło

6 minut czytania

/ Muzyka

Siostry Samo Zło

Piotr Kowalczyk

Czy ścieżkę dźwiękową „Córek dancingu” można traktować jako pełnoprawną płytę numer trzy Ballad i Romansów? Wydaje się jednak, że te piosenki dużo lepiej funkcjonują z obrazem niż bez niego

Jeszcze 2 minuty czytania

Triumfalny pochód filmu „Córki dancingu” przez festiwale prawdopodobnie nie byłby możliwy bez towarzyszącej mu ścieżki dźwiękowej. Oniryczną wizję polskiej kultury i obyczajowości lat 80. świetnie uzupełniały autorskie piosenki Ballad i Romansów oraz selekcja coverów. Siostry Wrońskie były obecne przy projekcie od początku. Ich udział nie jest dancingową chałturą. To misja albo przynajmniej rodzaj rodzinnego hołdu. Mama Wrońskich – wykształcona wokalistka – wykonywała swój zawód na balach i rautach, a Wrońskie regularnie oglądały ją w akcji. Tytułowe „Córki…” to więc w pewnym sensie właśnie one.

Muzyka odgrywa w filmie Smoczyńskiej na tyle ważną (i pozytywną) rolę, że sama doczekała się wyróżnienia – choćby na festiwalu filmowym w Nashville, gdzie otrzymała nagrodę specjalną za muzykę. Powstaje pytanie: na ile ten materiał radzi sobie jako autonomiczny zestaw piosenek?

Gdy w 2008 roku Ballady i Romanse debiutowały płytą wydaną przez Galerię Raster, na świecie apogeum popularności osiągała estetyka twee – reprezentowana przez filmy w rodzaju „Juno”, „500 dni miłości” czy życiowo-muzyczne duety (CocoRosie). Twee odwołuje się do takich kategorii jak urokliwość (cuteness), młodość, a także do pewnego seksualnego niedookreślenia. Wyznaje w końcu prymat domowych metod produkcji i instrumentacji nad wielkimi budżetami. Estetyka opiewająca kult amatora została wprzęgnięta w marketingową machinę. Została bowiem wprost stworzona do tego, żeby ocieplić i uczynić bardziej ludzkimi telewizyjne reklamy samochodów, firm ubezpieczeniowych czy porównywarek cenowych. Siostry Wrońskie zaproponowały natomiast lokalną, turpistyczną odmianę twee, jak z obrazów Aleksandry Waliszewskiej (zresztą autorki okładki do najnowszej płyty). Choć piosenki na debiucie urzekały prostotą i celnymi obserwacjami, miało się wrażenie, że wyprodukowane w kuchennych warunkach (dosłownie!) utwory zaraz się rozpadną.

Druga płyta, „Zapomnij”, sprawiała wrażenie profesjonalnego przedsięwzięcia. Potwierdzał to skład współpracowników obecny na albumie w postaci choćby uznanego producenta Marka Dziedzica. „Zapomnij” iskrzy pomysłami, zaskakującymi aranżacjami i szarżami wokalnymi. Nie da się też zlekceważyć liryki Zuzanny i Barbary Wrońskich – szorstkiej i poetyckiej zarazem.

Czy więc „Córki dancingu” można traktować jako pełnoprawną płytę numer trzy? Wielu soundtrackom – „Drive” czy „Spring Breakers” – udało się zaistnieć w osobnym obiegu. Ogon czasami wręcz zaczyna machać psem. To film staje się dziełem kojarzonym z daną ścieżką dźwiękową. Trudno np. myśleć o wspomnianym „Drive”, nie mając gdzieś z tyłu głowy „Nightcall” Kavinskiego. Mam jednak wątpliwości, czy płyta Ballad, będąca pokłosiem filmu, wybije się na podobną niepodległość. Zawartość płytowych „Córek dancingu” nie jest tożsama z tym, co słyszymy w czasie filmu (tutaj całość repertuaru śpiewają siostry Wrońskie, w filmie wykonują go często aktorki). W porównaniu do wersji kinowej inne są też aranże, sporo dodał od siebie producent Marcin Macuk. Z muzycznego punktu widzenia jego podkłady nie są jednak szczytem nowatorstwa. To znów potwierdzałoby tezę o wyraźnym podporządkowaniu tego materiału celom filmu.

Zgodnie z klimatem obrazu Smoczyńskiej płyta brzmi, jakby siostry Wrońskie odwiedziły najdroższy lokal w mieście. Jednocześnie przyznają, że ich inspiracje są dalekie od musicalowego blichtru: „Najsilniej działają na nas smutne historie, źli ludzie, wynaturzenia, brak refleksji nad czymś, co na to zasługuje, romanse, choroby, czy też znęcanie się nad zwierzętami” – mówiły ostatnio w wywiadzie dla „Vice”. Wrońskie ukuły nawet na potrzeby tej płyty nazwę gatunku – sisters evilpop.

Jednym z problemów przy analizowaniu takich fenomenów jak dancingi jest nasze protekcjonalne podejście – sfera uciech cielesnych, tańca, piosenki popularnej w naszej kulturze jest zepchnięta na margines, wstydliwa. Kultura dancingu to generator protekcjonalnej beki. Dla młodego, wykształconego, z wielkiego ośrodka w dancingach zabawne może być wszystko – od składu społecznego bywalców przez repertuar po estetykę takich miejsc. Jednak Ballady i Romanse, Córki Dancingu, Warner 2016Ballady i Romanse, Córki dancingu”, Warner 2016zarówno film „Córki dancingu”, jak i płyta szukają w tym klimacie przede wszystkim liryzmu i melancholii. „Mucha” bombarduje słuchacza smutkiem, w ogóle słowa „smutek”, „żal” i inne pokrewne są na tej płycie wszechobecne.  „Smutne disco” to kolejny obok sisters evilpop tag, którym opisałbym tę płytę w serwisie last.fm.

Uwagę zwraca też wybór coverów. Podane w electropopowym sosie „Byłaś serca biciem” Zauchy (według serwisu Screenagers najlepsza polska piosenka wszech czasów) oddałbym jednak w całości do zaśpiewania Barbarze Wrońskiej, która odnalazła swój pomysł na ten kawałek (część tekstu śpiewa Zuzanna). Drugi cover to poczciwe „Daj mi tę noc” grupy Bolter, w którym głos Barbary przepuszczony jest przez warstwę toksycznego autotune'u. Kuracja powiodła się tylko w części, ale powstały w ten sposób Frankenstein ma swój urok. Hit polskich wesel staje się queerowym hymnem. Całość, choć spójna stylistycznie (trochę neoromantycznych balladowych momentów plus zimny electropop), funkcjonuje w oderwaniu od filmu mimo wszystko trochę bez przekonania. O ile drugi album Ballad i Romansów „Zapomnij” był karuzelą atrakcji, tutaj wszystko podporządkowane jest zimnej, rybiej jakości obrazu Smoczyńskiej. Połączenie onirycznych obrazów i piosenek dało mocniejszy efekt estetyczny niż sama muzyka. Syrenia synergia.