Ballady i romans
Daria Zawiałow, fot. materiały prasowe

12 minut czytania

/ Muzyka

Ballady i romans

Piotr Kowalczyk

Zawiałow próbuje uchwycić trochę wolnościowego pędu, który kojarzymy ze Stanami Zjednoczonymi. Że są to skojarzenia na poziomie wizyty w lokalnym Hard Rock Cafe? Cóż, bohaterką płyty jest w końcu „Dziewczyna pop”, a nie doktorantka amerykanistyki

Jeszcze 3 minuty czytania

Gdy zapytałem o Darię Zawiałow jednego z wyjadaczy rodzimej branży muzycznej, usłyszałem wiele mówiącą opinię: „Podobnych do niej dziewczyn było milion, ale tylko ona miała pomysł na siebie i konsekwentnie budowała swój wizerunek”. A więc Zawiałow – wyprzedająca może jeszcze nie stadiony, ale już wielkie hale sportowe, dla wielu artystka pokolenia – nie była od zawsze złotym dzieckiem polskiej piosenki? Najwyraźniej nie. Czy zatem wszystko w tej branży jest kwestią dobrego biznesplanu?

Darię Zawiałow – wychowankę telewizyjnych talent shows, chórzystkę u Maryli Rodowicz i nałogową uczestniczkę wszelkiego rodzaju konkursów piosenki – trudno z czystym sumieniem nazwać tylko i wyłącznie produktem. Jej piosenki nie wydają się wyplute przez algorytm. Po pierwsze, na tle polskiego mainstreamu radiowego są bardziej odważne – zarówno jeśli chodzi o aspekt wokalny i producencki, jak i tekstowy. Często coś mnie w nich też zaskakuje – raz będzie to nad wyraz poetyckie sformułowanie, potem pewna niezręczność czy, jak na nowej płycie, niepohamowany potok popkulturowych referencji. Po drugie, „Daria Zawiałow” (projekt, teksty, muzyka, strona wizualna) wydaje mi się bardzo spójna z Darią Zawiałow, posiadaczką konkretnego głosu i fizyczności, osobą o konkretnej energii. Oczywiście co jakiś czas w mainstreamie odnajdują się naturszczycy w rodzaju Błażeja Króla czy coals, ale jeśli chce się szturmować listy przebojów, to lepiej mieć spójną wizję. Słyszę więc kawałki Zawiałow i właściwie automatycznie zgadzają mi się one z wizją „Darii chłopczycy”, do której często nawiązuje sama artystka.

Zawiałow nie jest w stu procentach produktem, ale metodyczności w działaniu nie można jej odmówić. Tajemnicą sukcesu warszawianki z Koszalina (wyjechała do stolicy jako licealistka) jest nie tylko baza – talent i ciężka praca. W równej mierze zawdzięcza go aspektowi biznesowemu, sprawnemu odnalezieniu się w realiach branży: doborowi współpracowników (od producentów do product managerów) czy serdecznościom wymienianym z kluczowymi postaciami polskiego mainstreamu.

Zawiałow nie zraziły niepowodzenia w telewizyjnych talent shows – potraktowała je jako etap kariery, który trzeba pokonać. Brodka? Podsiadło? Sanah? Ralph Kamiński? Współczesna gwiazda pop po prostu musi tam zacząć. Poza tym to świetna okazja do networkingu. W telewizji się nie udało, jednak Daria nie chciała żegnać się z marzeniami o karierze, więc latami zdzierała gardło, grając na weselach, i tak zarabiała na rachunki. Dzięki temu doświadczeniu utrzymała przy sobie chałturzącego z nią w tym okresie Michała Kusha – producenta, z którym później zdobywała platyny i Fryderyki.

Kolejną obowiązkową planszą, którą aspirująca gwiazda pop musi przejść, jak w komputerowej strzelance, jest trasa koncertowa Męskie Granie – rodzima Lollapalooza połączona z polskim „We Are the World”. Krok po kroku, rok po roku Daria Zawiałow stawała się jedną z najbardziej kojarzonych twarzy tego cyklu.

Wracając do wizji, trzeba wspomnieć, że Zawiałow to także artystka, która myśli o płytach bardzo projektowo. Każdy jej kolejny album stanowi osobny koncept. Zawiałow dokonuje nawet czegoś w rodzaju krytycznego podsumowania swoich poprzednich dzieł. „Rozwijać się i zmieniać chcę”, jak śpiewał Janerka. Właśnie potrzeba ewolucji sprawiła, że wydanym pod koniec października albumem „Dziewczyna pop” artystka rozpoczęła współpracę z producentem Bartoszem Dziedzicem.

Pierwsze trzy longplaye, z których każdy kolejny był coraz większym komercyjnym sukcesem, produkował Michał Kush – wspomniany basista i klawiszowiec, będący częścią koncertowego zespołu Zawiałow. Oboje doszli jednak do wniosku, że wokalistka potrzebuje nowego impulsu. Zadzwoniła więc do Dziedzica, mającego w branży opinię człowieka zamieniającego wszystko, czego dotknie, w złoto i platynę. Wystarczy wspomnieć, że ma na koncie m.in. bestsellerowe płyty Moniki Brodki, Artura Rojka i Dawida Podsiadły. „Inni producenci go nienawidzą” – można by dodać za memem, gdyby nie to, że Dziedzica – na poły inżyniera dźwięku, na poły psychologa – w branży szanują chyba wszyscy.

Przy czym Dziedzic nie uważa siebie za cudotwórcę – nie zrobi ze słabej piosenki kawałka znośnego. Powtarza, że dobra kompozycja obroni się nawet źle zagrana i słabo nagrana. Rzadko bierze zlecenia, które uważa za chałtury – musi w dany projekt zaangażować się emocjonalnie, stać się jego częścią. Na najsłynniejszych produkowanych przez niego płytach jest wpisany jako współautor muzyki, a nie tylko producent.

Daria Zawiałow, Dziewczyna pop, Sony Music Poland 2023Daria Zawiałow, „Dziewczyna pop”. Sony Music Poland 2023Rola Dziedzica nie kończy się na odpowiednim ustawieniu brzmienia, nagraniu ścieżek czy sugestiach kompozycyjnych. Ma też sporo do powiedzenia na temat warstwy lirycznej piosenek artystów, z którymi pracuje. „Nasza ogólna edukacja jest do dupy. Prowadzą nas w szkole na jakieś straszne spektakle teatralne i wszystko, czego nas uczą, oparte jest na tej teatralności. A my dzisiaj potrzebujemy więcej autentyczności. Potrzebujemy mówić do siebie prawdziwym, szczerym językiem. (…) Doradzam ludziom, którzy do mnie przychodzą, by nie pisali poetyckich tekstów. Żeby nie robili teatru” – powiedział kilka lat temu w rozmowie z Tomkiem Doksą dla Red Bull Music Academy. W innym wywiadzie producent opowiadał o tym, jak hip-hop zmienił model komunikacji z fanami, również na scenie pop. Jego zdaniem wokalista nie może ze swojego koncertu robić przedstawienia teatralnego albo mszy świętej, ale musi dawać iluzję, że wszystko, co się dzieje na scenie, jest częścią prawdziwego życia, jego prawdziwej persony (jakkolwiek nie byłoby to perfidne oszustwo).

Nic więc dziwnego, że Zawiałow usłyszała od Dziedzica (ponoć w dość ostrych słowach), że ma odejść od egzaltacji, którą wyczuwał w jej dotychczasowym repertuarze, i uprościć swoje teksty. Te na „Dziewczynie pop” faktycznie są bezczelno-trywialne z domieszką licealnej pretensjonalności. Zawiałow nie boi się śpiewać o najprostszych impulsach i dzielić banalnymi obserwacjami: „Dalej lubię starego Coldplaya / Barman tu puszcza chujową muzę / Coś we mnie pękło, wiesz, że umieram / Boję się wracać do domu w burzę” („Tom Yum”). Teksty na „Dziewczynie pop” są kanciaste i lekko niedopracowane, tak jakby Zawiałow próbowała zrobić z polszczyzny wygodną przestrzeń dla prostych piosenkowych komunikatów (bo przecież język polski naturalnie ciąży ku „mszy” i „teatralności”). Rytmiczna zwięzłość i tempo wielu piosenek powodują, że gdy wers nie jest w stanie pomieścić dość sylab na potrzeby poetki, to z rowerka spada gramatyka. Przykładem niech będzie „Ballada o Niej”, dedykowana zmarłej babci artystki: „Cyberkartki tak wkurzały mnie / A dzisiaj chcę / Szukam cię na telefonie / Niedostępny masz abonent / Wiem, masz teraz dobrze się”. No, nie jest to szczyt językowej poprawności, ale dodaje tej wypowiedzi intymnego charakteru. Niech rzuci kamieniem, kto nie myślał z rozczuleniem o nestorach i nestorkach wysyłających e-kartki czy tworzących amatorskie grafiki komputerowe. 

Wokalistka w kolejnych piosenkach sypie referencjami i w tym elemencie po prostu nie umie się zatrzymać. Jeśli album „Wojny i noce” z 2021 roku był inspirowany motywami z popkultury japońskiej, to „Dziewczyna pop” próbuje uchwycić trochę wolnościowego pędu i beztroski, które odruchowo kojarzymy ze Stanami Zjednoczonymi. Czego tu nie ma: film „Drive”, Sonic Youth, Blondie, The Strokes, David Bowie (obowiązkowo), Jean-Michel Basquiat, nowojorska dzielnica Chelsea będąca mekką bohemy artystycznej... Że często są to skojarzenia na poziomie turystycznej wizyty w lokalnym Hard Rock Cafe? Cóż, bohaterką płyty jest w końcu dziewczyna pop, a nie doktorantka amerykanistyki, więc siłą rzeczy poruszamy się w rzeczywistości trochę basicowych fantazji („Chciałam kiedyś twoją dziewczyną być / W conversach z pacyfką, taki był styl”).


Zresztą kto przeżył złamane serce, fatalne zauroczenie, romans, epizody depresyjne lub miał inne dość uniwersalne ludzkie doświadczenia, ten i potrzebę basicowości zrozumie. Cała płyta tematycznie krąży wokół rozstań, romansów, tęsknoty za byłymi, poszukiwania momentów ekstazy i wyzwolenia. W „Balladzie punk” (najbardziej nieoczywistym hicie na tym albumie) Zawiałow wyznaje: „Och, nie, całuję cię / Dziwne, że nie jest dziwnie, więc / Już wiem, że będzie źle / słuchać Cigarettes After Sex”.

Mamy polską Taylor Swift w domu? Faktycznie zdarzają się tu fragmenty pobrzmiewające liryką popularnej Amerykanki słynącej z tych wszystkich opisów niewłaściwych mężczyzn, którzy odchodzą z jej życia, ale stają się tematami kolejnych piosenek. Choć pod względem szyderczego humoru i talentu do obmawiania swoich byłych z Taylorką nie może się równać nikt, to Zawiałow zgrabnie podejmuje próbę wyśmiania pewnego osobnika w piosence tytułowej.

Wydaje się, że Dziedzic – współautor muzyki na „Dziewczynie pop” – przynajmniej częściowo postanowił powtórzyć przynoszącą sukces formułę z „Małomiasteczkowego” Dawida Podsiadły: jasne brzmienia klawiszy, płaska, „nowofalowa” motoryczna perkusja (bądź automat perkusyjny), melancholijna epickość refrenów, tak świetnie sprawdzająca się zarówno w radiu, jak na stadionie czy dużym festiwalu. Nie zdziwi mnie więc, gdy kilka piosenek z tej – już teraz szalenie popularnej – płyty, która będzie jeszcze promowana dużą trasą koncertową, na stałe zagości w największych radiach.

Można odnieść wrażenie, że producent, który zmusił Darię Zawiałow do uproszczenia przekazu tekstowego, sam zadbał o maksymalną surowość materiału muzycznego. Często główny motyw w piosence jest oparty na rytmicznym akustycznym riffie gitary, powtarzanym przez całą kompozycję. Dobrze dobrane szarpnięcie po strunach potrafi zbudować całą piosenkę, ale bywa też monotonne. W wielu piosenkach brakuje więc jakiegoś rodzaju zaskoczenia, wybicia z rytmu, przełamania. W kilku miejscach materiał nagrany przez Zawiałow i Dziedzica ociera się wręcz o pastisz. „FIFI HOLLYWOOD” pobrzmiewa wczesną Laną Del Rey. Biorąc pod uwagę, że twórczość Amerykanki to również zbitka kilku stylizacji retro, to mamy tu do czynienia z piosenkowym gabinetem luster.

Jedynym gościem na „Dziewczynie pop” jest Taco Hemingway, który po raz pierwszy w karierze nie zarapował swoich wersów, tylko je… zaśpiewał, brzmiąc przy okazji jak pełnoetatowy wokalista. Tekst jego zwrotki w piosence „SUPRO” próbuje opisać niedziałającą relację za pomocą paradoksów („Wspólnych książek zawalone półki / Lecz nie znaleźliśmy wspólnych słów”). Mam wrażenie, że Filip Szcześniak potrafiłby takie wersy wymyślać zbudzony w środku nocy. Niedawno Daria Zawiałow gościła na płycie Taco. Teraz jego rewizytę należy z kronikarskiego obowiązku odnotować… i chyba na tym zakończmy.

Paradoksem jest to, że upraszczając muzykę i warstwę tekstową, Zawiałow stworzyła najbardziej ambitną płytę w swojej karierze. Album koncepcyjnie chwytliwy i spójny wizualnie. Nawet kolejność piosenek układa się tu w coś w rodzaju opowieści w trzech aktach. Do jej nagrania został zaangażowany topowy producent, a płyta została wydana w kilku wersjach. Ale jest jeszcze inne oblicze Darii Zawiałow, które artystka ujawnia w kameralnej „Balladzie znad rzeki”. Umieszczona prawie na końcu dość nowocześnie brzmiącego albumu, wyraźnie kontrastuje z resztą materiału. Może równie dobrze skojarzyć się z twórczością tak Edyty Bartosiewicz, jak i Phila Elveruma (genialnego, acz skromnego muzyka z okolic Seattle, który cieszy się u nas zastanawiającym kultem). „Ballada znad rzeki” uświadamia, że Zawiałow nie powinna mieć problemu z zagraniem koncertu unplugged, a hipotetyczna „dziewczyna folk” prędzej czy później nadejdzie.