Wydarzenie, jak się wydaje
Kadr z teledysku do piosenki „Nie wiesz nic”

11 minut czytania

/ Muzyka

Wydarzenie, jak się wydaje

Piotr Kowalczyk

„Ladinola” to płyta, o której się dyskutuje, zbiór piosenek zanurzonych w lokalności, sklejonych ze scen i rozmów usłyszanych w tramwajach, na domówkach i w knajpach. Nic dziwnego, że została już właściwie uznana za najlepszy album w dyskografii Pablopavo

Jeszcze 3 minuty czytania

Paszport Polityki, komiks o „życiu i twórczości”… Rosnąca sława Pablopavo do tej pory nie wysadziła jego ego na orbitę. I nie sądzę, żeby kiedykolwiek miało się tak stać. To nie ten model. Pablopavo lubią niemal wszyscy. Przynajmniej ci, którzy mieli okazję go słyszeć, widzieć na koncercie, przeprowadzać wywiad lub śledzić wypowiedzi publiczne. To obecnie chyba dyżurny spoko koleś polskiej piosenki. Na temat polityki, sportu czy kultury wypowiada się rozsądnie, autorsko i barwnie. Sympatię zdobywa wizerunkiem zwykłego gościa w czapeczce z podobizną Kazimierza Deyny czy swoim lekko oldskulowym szykiem, odpornym na modowe kaprysy.

Ciału najbliższa koszula, a Pablopavo potrafi kupić słuchacza prostymi historiami.  Zacytuję znajomego: to piosenki, które przeglądają się w lokalnych kałużach, zamiast oglądać się na Zachód. O swoich bohaterach śpiewa po chrześcijańsku – z empatią tym większą, im niżej w hierarchii społecznej się znajdują. Prędzej napisze tekst (lub pięć) o piciu piwa w barze Grażynka niż wyda z siebie zbitkę psychologicznych banałów. Rzuci ze sceny absurdalną historyjką. Zbije piątkę z piłkarzem Dariuszem Dziekanowskim, którego unieśmiertelnił w piosence „Telehon”. Jest jednocześnie chodzącą studnią odwołań literackich, czym zyskuje punkty u dziennikarek, studentów polonistyki i krytyków muzycznych zorientowanych na literacką wartość tekstów. 

Ci, którzy nie znoszą jego muzyki czy kreacji artystycznej (zdecydowana mniejszość), robią to z niemal tych samych powodów co fani: ostentacyjnej literackości tekstów, muzyki odwołującej się do dwóch przeklętych nurtów (reggae i miejskiego folku) czy (ich zdaniem oczywiście) monotonnych aranży oraz braku interesujących kombinacji akordów. Można ewentualnie nie trawić teatralności w basowym głosie Sołtysa, kojarzącej się z bardem opowiadającym historię na kwartyrniku (tak w ZSRR nazywano domówki z muzyką na żywo). W końcu męczyć może granie kartą autentyczności, „życiopisania”, doświadczeń zbieranych na ulicach i w barach. To tylko kreacja – ale w jej ramach mamy wierzyć, że to sam Pablopavo rozmawiał z „Jurkiem Mchem”, a historię kochanków ze „Złota” zna co najmniej z drugiej ręki.

Last but not least – wszechobecna lokalność, w której balansuje na granicy maniery. Można nawet podejrzewać, że Miasto Stołeczne Warszawa dało Pablopavo jakiś grant twórczy, tak zaciekle opiewa on lokalne blokowiska i śmietniki. Jestem w stanie zrozumieć, że dla niektórych wysokie stężenie Hrabala w tekście piosenki to okoliczność naprawdę nie do przejścia.

Dyskografia Pablopavo od 2009 roku urosła już o siedem płyt (cztery z Ludzikami, dwie z Praczasem oraz jedna solo). Płyty wydawało w tym czasie również dancehallowe Vavamuffin, z którego wywodzi się i którego nadal jest częścią Sołtys. Pablopavo nagrywa więc często i jest gadatliwy. Z autopsji wiem, że pielęgnowanie własnych blokad twórczych przynosi raczej złe skutki. Sołtys natomiast prezentuje rygorystyczną etykę pracy. Jest fabryką piosenek, działającą od lat na pełnych obrotach. Jednocześnie językiem posługuje się w sposób osobliwy, autorski. Niekiedy irytuje, częściej jednak ociera się o mistrzostwo Polski (jak kto woli: świata). Widać to, gdy celowo w piosenkach popełnia błędy językowe – „jeśli to nie twoje pierwsze Ludziki / to wiesz, że robię błędy w odmianie palcy”. Gdy masz swój język i potrafisz go narzucić odbiorcy – jesteś panem sytuacji. 

Z produkcją na wysokich obrotach, wydawaniem płyty za płytą, wiąże się jedno ryzyko – sito selekcji potrafi być zbyt rzadkie. Albumy Pablopavo są spójne pod względem okładek czy specyficznej poetyki tytułów („Telehon”, „Polor”, „Ladinola”, „Tylko”, „Wir”). Każdy jego longplay zawiera też jakiś feler. Na przykład na świetnych „10 piosenkach”, trafiło się wtórne muzycznie „Zostawcie kino Moskwa”, którego nie ratuje słuszne przesłanie. Na „Ladinoli” jest za to „Zima” – miejski folk z pulsacją ska pasujący raczej do płyty Strachów Na Lachy albo do imprezy z cyklu balkan disco (i nie jest to komplement).

Całość jednak jak na ponadgodzinny materiał jest zaskakująco wyrównana. Stąd być może fani Pablopavo przerzucają się w dyskusjach na fejsbuku piątkami swoich ulubionych utworów z „Ladinoli” – niemal się nie powtarzając. Każdy ma tu swoich faworytów.

To chyba pierwsza płyta, na której Pablopavo i Ludziki porywają się na coś w rodzaju myśli przewodniej.  Jak przystało na rzecz niemal koncepcyjną, longplay zawiera nawet swoją mitologię. Nagrywany był w Bieszczadach, w odosobnieniu, wśród przyrody, co miało wpłynąć na jego klimat. Może to efekt braku warszawskiego smogu, ale czuć tu na pewno przypływ weny – zarówno Ludzików (aranże, instrumentacje, poszukiwania stylistyczne), czyli zespołu towarzyszącego Sołtysowi, jak u niego samego jako tekściarza i wokalisty.

Tytuł „Ladinola” –  wymyślone przez Ludziki słowo – brzmi jak egzotyczna muzyczna skala albo nazwa lokalu z kuchnią któregoś z mniej oczywistych europejskich krajów. Rzeczywiście to płyta, która nie może się zdecydować, czym jest. Niemal w każdej piosence (jest ich 17) Ludziki łączą ze sobą kilka stylistyk. Album rozkręca się powoli. Rozpoczynający wszystko utwór tytułowy jest po prostu zaproszeniem do słuchania („A jeśli słuchasz tego, czego życzę, na imprezie / Zatańcz z dziewczyną, która się najbardziej nudzi”). Podobny zabieg, kojarzący się raczej z dziecięcym recitalem, pojawił się zresztą na „10 piosenkach”, gdzie zespół Ludziki namawiał: „kup oryginalną płytę / to piwo za twoje se pykniem”. Potem powłóczący nogami „Ostatni dzień sierpnia”. Brzmi on i opowiada dokładnie o tym, na co wskazuje tytuł – spleenie 15-latka. Proustowską magdalenką jest tutaj melodia piosenki Fugees słyszana gdzieś z okna na Stegnach i zapach mokrego psa w windzie.

Na trzecim indeksie zaczyna się właściwa część „Ladinoli”. Materiały promocyjne obiecywały flirt z muzyką latynoską. Słychać tu też inspiracje funkowe. „Blask”, jeden z najbardziej dynamicznych utworów Ludzików, jest jak podróż skuterem przez miasto latem, coś lekkiego i romantycznego, czego trudno nie polubić. Piosenka to zaledwie dwie zwrotki, ale życzę powodzenia w wyciskaniu z nich wszystkich sensów: „Pod oknami gra ręka bez pulsu / I gryzą nas psy niby łagodne/ Autobus mija nas zbaczając z kursu / To znowu o nas gadają języki pochopne”.

To zresztą jedna z obietnic tej płyty – tutaj po prostu toniemy w słowach. Słowach zyskujących drugą młodość, zaskakujących zbitkach, w wersach odsłaniających wciąż nowe warstwy. Jeśli ktoś lubi słowa – będzie to dla niego płyta na wiele przesłuchań i prawdziwy grower, album, który zyskuje na wartości z czasem. Balladowa „Zguba” opowiada o neurotycznej relacji. W tym utworze mój wskaźnik poetyckości wariuje: „jestem zguba, jestem zadra / niosę zgubę, porwany cień / jestem zguba, jestem zadra / a ty znowu znajdziesz mnie tu”, śpiewa Ola Bilińska. Właściwie każdy duet, w którym pojawia się ta wokalistka, wypełnia trudna do sprecyzowania chemia. Sołtys z kolei melorecytuje w zwrotce niczym warszawski Serge Gainsbourg z „Bonnie & Clyde” (a jeszcze bardziej niczym w wersji zespołu Luna z Laetitią Sadier).

„Dom dobry” opowiada o życiu rodzinnym. Robi wrażenie nieoczywistość tekstu w połączeniu z podniosłą marszową kompozycją i postawnym wokalem Sołtysa. „Dom” brzmi trochę jakby Ludziki najpierw napisały tę piosenkę dla Ewy Demarczyk – jest patetyczna i poetycka – ale przez przypadek zaśpiewał ją ich kumpel. Nakreślony obraz jest daleki od sielanki, to zwykłe życie, rozczulająco kruche: „Dom jest cały z ciebie / sekrety w szufladach i w szafach cienie / szelest kocich łap i tupot małych nóg / jak krótko tu będziemy – nie wiem / codziennie przekraczamy próg / mamy lodówkę radio i piec / który rozgrzewasz nucąc coś / mamy nadzieję, strachy i chęć / murowany dom kruchy jak szkło”.

Na „Ladinoli” pojawia się cały tłumek postaci. „Znałem pankowca, co poszedł w politykę / I się utopił / choć bywa w telewizji” – śpiewa Sołtys w „Znałem faceta”. „Znałem też siebie / Ale nikt siebie nie zna / Nawet jak miewa mocne alibi” – puentuje. W „Jestem” poznajemy publiczność, która przyszła na koncert Ludzików – od dzieciaka, który ma atak paniki w tłumiePablopavo i Ludziki, „Ladinola”, Karrot Kommando 2017Pablopavo i Ludziki, „Ladinola”,
Karrot Kommando 2017
, po ćmy barowe i przypadkowych widzów. W „Oli” – poznajemy zdradzoną dziewczynę mającą „wszystkie rady świata w cieniu”. We „Wszystkich neonach” jeszcze inna dziewczyna, nieszczęśliwa porzucona „Ruda”, spotyka w centrum Warszawy ulicznego grajka: „na Chmielnej fałszuje pijany koleś / gitarę ma czarną, czarne ma myśli / i kruczy dech”. W „Toledo” – alkoholik z czterdziestoletnim stażem, w latach 70. „wylewający” jarzębiak, w 80. – żytnią, a w 90. – bolsa. Tytułowy „Adam” jest z kolei ochroniarzem w galerii handlowej, żyjącym samotnie na Grochowie: „Gasi peta w popielniczce z gołą babą / idiotyczny prezent jeszcze ze starej roboty / trzeba będzie w końcu to wyrzucić / i całe to mieszkanie radykalnie odchłopić”. Oparty na prostym motywie pianina „Człowiek ze snu”, jeden z minihołdów dla Warszawy, to w końcu sam Pablopavo – „jestem muzykantem, konfabulantem / lepię z szumu ulic kilkanaście nut”. Ten album to warstwa za warstwą, nawet jeśli to pozornie proste historie.

Dość niecodzienne jest to, że dwa miesiące po premierze „Ladinoli” wciąż się o niej rozmawia. To muzyka, która padła na podatny grunt – dumna ze swojej lokalności, przysłuchująca się rozmowom usłyszanym w tramwajach, na domówkach i w knajpach. Egzotyczna i jednocześnie dziwnie znajoma – jak ten tytuł. „W niszy nisz siedzi miś / chętnie napije się wina dziś / Puść sobie misia / Niech składa pieśni z zetlałych klisz” – to jeszcze raz Pablopavo z „Człowieka ze snu”. Kupcie oryginalną płytę. Niech lampkę za wasze se pyknie.