Dzieci Eufemii
fot. Paweł Starzec

31 minut czytania

/ Muzyka

Dzieci Eufemii

Jakub Bożek

W maju kończy działalność jeden z najważniejszych warszawskich klubów muzycznych. Oto historia środowiska, które tam powstało. Co po nim zostanie?

Jeszcze 8 minut czytania

Klubojadalnia Eufemia znajduje się na tyłach warszawskiej Akademii Sztuk Pięknych. Za jej letni ogródek robi szare żwirowisko. Ponure wejście, nad którym zawieszono jedyną wizytówkę lokalu, prowadzi do zagmatwanej przestrzeni, przypominającej raczej mieszkanie w kamienicy. Żeby dojść do baru, teoretycznie serca klubojadalni, trzeba przejść kilkanaście dobrych kroków ciemnym korytarzem, który rozgałęzia się na dwie przeciwległe salki. Panuje w nich intymna atmosfera kuchni, więc jak człowiek zapuści tam żurawia i napotka wzrok nieznanych mu osób, musi sobie jakoś poradzić z własnym podglądactwem. Później mija się salę główną, która za dnia pełni rolę jadalni, a wieczorem – najmniej wygodnej sali koncertowej Warszawy, ze słupem między widownią a sceną.

Za barem oferującym niewielki wybór piw, win i niedrogich obiadów, z których korzystają za dnia studenci i kadra ASP, leży osławiona palarnia. Przerażające miejsce rodem z lat 90. i wczesnych zerowych, gdy w lokalach jeszcze pozwalano palić. W gryzącym dymie siedzą tam najwytrwalsi goście Eufy – nawet jeśli przeszkadza im brak wentylacji, nie dają tego po sobie poznać. Wynagrodzeniem za niewygody są insiderski klimat, infrastruktura audio w postaci magnetofonu, dwóch kolumienek i staroszkolnego regału z dziesiątkami kaset, a także poczucie dumy z tego, że w przeciwieństwie do casuali jest się w stanie wytrwać w beztlenowej atmosferze.

fot. Paweł Starzecfot. Paweł Starzec

Faktycznie jest to pewne osiągnięcie, o czym przekonuję się, siedząc tam ponad godzinę i rozmawiając z dwoma członkami zespołu Totemy: Wojciechem Dobrzyńskim i Mateuszem Wosiem. Wychodzę stamtąd jak z maszyny czasu, osmalony, śmierdzący i w kłębach dymu, ale też bardzo szczęśliwy, że na chwilę cofnąłem się do czasów nastoletniości i nawet udało mi się bezpiecznie powrócić z tej podróży. Ot, cała Eufemia. Przynajmniej w swoim fizycznym, najbardziej namacalnym wymiarze, bo klub to oczywiście nie jakaś tam mroczna piwnica w centrum Warszawy, ale punkt zborny kilku żwawych środowisk i centrum oddolnej aktywności kulturalnej. W raporcie z działalności to środowisko nieco górnolotnie pisze o sobie tak: „W naszym mniemaniu największym sukcesem prowadzonego przez nas lokalu jest właśnie swoista wspólnota twórców i odbiorców, jaka na przestrzeni lat wyewoluowała wokół tego miejsca”. A jeśli kto woli liczby, bardzo proszę: w ciągu tych 7 lat udało im się zorganizować 1200 wydarzeń kulturalnych: koncertów, pokazów filmowych, premier wydawniczych, dyskusji, targów i imprez tanecznych.

fot. Paweł Starzec

Eufemia nie pociągnie już długo. W lutym rektor ASP wypowiedział umowę najmu Michałowi Grochowiakowi i jego babci (klubojadalnia to rodzinne przedsiębiorstwo zatrudniające trzy pokolenia, kuchnią zawiaduje bowiem mama Michała). Dowiedzieli się o tym przypadkowo. Na początku roku robotnicy wynajęci przez uczelnię niezapowiedzianie wykopali im na środku lokalu pokaźnych rozmiarów dziurę, więc Grochowiak w imię dobrosąsiedzkich stosunków poprosił o spotkanie z nowym kanclerzem. Miał się przedstawić, poprosić o kilka drobnych napraw instalacji elektrycznej i generalnie podjąć kolejną próbę zaprzyjaźnienia się z ASP, ale nic z tego nie wyszło, bo na wejściu wręczono mu wymówienie. Na pocieszenie dostał informację, że może prowadzić interes do końca maja, bo pierwotnie kanclerz chciał, żeby klub zwinął się w kwietniu.

Ostatni tydzień w Eufie

Ostatni tydzień klubu rozpocznie się piątkową imprezą DJ-a z Wąsem (19 maja), grającego polskie szlagiery. Potem m.in. impreza Girls to the Front #14 – koncert zespołów Dubais, Gang Śródmieście + set didżejski Damsels in Distress, koncert „ojców założycieli Eufemii”, zespołu Puppetteine, potrójny koncert elektroniczno-fieldrecordingowy Mirt / Gazawat / Palcolor, występ Złotej Jesieni, wieczór improwizatorski Impro Miting i dwie imprezy na zamknięcie. Więcej informacji na stronie klubu.

Ryzyko zamknięcia wisiało nad Eufą w zasadzie od otwarcia w 2009 roku. Lokal działał w oparciu o umowę z trzymiesięcznym wypowiedzeniem i w napiętych relacjach z ASP, ponadto od czasu do czasu pojawiały się wieści o reprywatyzacji budynku albo o remoncie rektoratu, podsycające nastrój wiecznej tymczasowości. Trudno więc mówić o zaskoczeniu, ale nawet spodziewane złe wiadomości trudno przyjąć ze stoickim spokojem. „Po spotkaniu poczułem się, jakby rzuciła mnie dziewczyna” – mówi Grochowiak. Ogarnięty splinem niezbyt wierzył, że da się cokolwiek zrobić, ale środowisko nie chciało po prostu pożegnać się z Eufemią. Skrzyknęło się w zaimprowizowany komitet obrony klubojadalni i zmontowało petycję do władz ASP, podpisaną przez ponad dwa tysiące osób. W komentarzu do petycji ktoś napisał, że „grać koncert w Eufemii to jak mieć bar micwę na scenie niezależnej”. Przyjaciółka Eufemii Anna Rozwadowska zorganizowała akcję zbierania podpisów pod listem otwartym (podpisało go kilkadziesiąt osób związanych ze środowiskiem artystycznym, między innymi Piotr Rypson, który bawił się w Eufemii na imprezie po swoim ślubie, i dyrektorka Zachęty Hanka Wróblewska). Sympatyzujący z klubem muzycy dzwonili, żeby zaklepać wolne terminy albo po prostu spytać, o co chodzi. Zmobilizowana załoga też dawała dowody lojalności i troski wychodzące poza zwykłą relację zatrudnienia. Cyryl Rozwadowski, dziennikarz muzyczny i barman w Eufie, miał już odchodzić z pracy, ale gdy dowiedział się, że Eufemia zamyka się w maju, powiedział Grochowiakowi, że zostaje do końca. „Przy okazji zamknięcia stało się to, na czym właściwie od początku mi zależało: osiągnęliśmy sukces i staliśmy się ważni dla warszawskich środowisk twórczych” – mówi Grochowiak. Ale dojście do tego punktu nie było proste.

Michał Grochowiak, fot. Paweł StarzecMichał Grochowiak, fot. Paweł StarzecOto fragment historii Eufemii i jednego ze środowisk, które znalazło w niej swoje miejsce. (Tu rytualne zastrzeżenie: w żadnym razie nie próbuję nawet wyczerpująco opisać wszystkich środowisk zebranych w Eufemii i wszystkich ważnych wydarzeń przez nie organizowanych. Ta czysto fragmentaryczna historia pomija na przykład niezmiernie ważną inicjatywę Girls to the Front czy wczesne działania Michała Grochowiaka. Środowisko, o którym piszę, ma w sobie jednak pamięć tych początków. W końcu, jak stwierdza krytyczka Andżelika Kaczorowska. są „dziećmi Eufemii”).

***

„Szukaliśmy osób, które interesują się PODOBNIE muzyką” – mówi Kaczorowska. Tak samo twierdzi Miłosz Cirocki, wokalista Złotej Jesieni, „gitarzysta intuicyjny”, przez kilka lat barman w Eufemii. „W Eufemii zeszły się osoby zainteresowane nawet nie podobną muzyką, ale jakimś podejściem”. Dzieci Eufemii poznawały się w sieci, na forach internetowych Porcys, Nine Inch Nails („Kraina NIN”), Radiohead (zdominowanych przez Emila Macherzyńskiego i Cirockiego). Zderzały ich ze sobą algorytmy last.fm, tweety i retweety.

Miłosz po raz pierwszy spotkał Mikołaja Kołaczka, perkusistę Złotej Jesieni, w pociągu do Berlina w drodze na koncert Sonic Youth. Ustawili się przez last.fm. Część z nich chciała pisać o muzyce – jak Andżelika – część marzyła o graniu. Pochodzący z Trzebiatowa Cirocki chciał mieć zespół, ale przy swoim zamiłowaniu do noise rocka musiał szukać partnerów do grania po całej Polsce. Bębniarza Kołaczka wziął z Ustki, gitarzystę Kubę Malinowskiego z Bydgoszczy, Macherzyński, który przez jakiś czas grał w Złotej na basie, urodził się w Łodzi, a Jakub Lemiszewski – w Poznaniu (obecnie skład Złotej uzupełniają jeszcze Maciej Sławski i Ada Lizardziuk).

Andżelika Kaczorowska, fot. Paweł StarzecAndżelika Kaczorowska, fot. Paweł StarzecSieć pomogła im przekroczyć dystans geograficzny, tak samo jak Mateuszowi Wosiowi i Wojciechowi Dobrzyńskiemu z Totemów. W ich historii powtarzają się te same wątki, być może nieco inaczej poukładane. Obaj chcieli grać, ale w rodzinnych miastach nie znajdowali ku temu możliwości. Woś pochodzi z Puław, gdzie swoje piosenki utrzymane w klimacie twee mógł pisać najwyżej do szuflady. Dobrzyński urodzony w Żelechowie miał chyba jeszcze gorzej, bo jedynych okazji do występowania z gitarą dostarczały mu drogi krzyżowe, pielgrzymki i inne oazowo-kościelne sytuacje. Poznali się na Twitterze, gdzie ten drugi „sprzedał się, że gra na gitarze”. Po kilku tygodniach od zawarcia wirtualnej znajomości okazało się, że chodzą do tego samego kebaba w Warszawie i… mieszkają trzy piętra od siebie w tym samym akademiku.

Nie wszyscy przechodzili od znajomości w necie do realu tak gwałtownie, jak chłopaki z Totemów, ale ogólna trajektoria znajomości wyglądała właśnie tak: od postów na forach, przez wspólne wyjazdy na koncerty (Kaczorowska poznała się z Macherzyńskim, gdy pojechali na koncert Ariela Pinka do Kamieniołomów jednym samochodem) i festiwale muzyczne, do mieszkania w tej czy innej komunałce, po przeprowadzce do Warszawy, gdzie wypchnęły ich marzenia i prozaiczne okoliczności życiowe jak praca czy studia. Kaczorowska po przyjeździe do Warszawy wynajmowała pokój na Białołęce i nie znała prawie nikogo. W końcu po tułaczce mieszkaniowej przeniosła się na Powiśle, gdzie wcześniej gnieździli się Mikołaj Kołaczek i jego dziewczyna Ania Urban. W trzech pokojach z kuchnią mieszkały tam cztery osoby, w tym ówczesny chłopak Andżeliki, Lemisz. Choć może cztery to niedokładna liczba, gdyż ze względu na wygodne położenie – kwadrans na piechotę od Eufemii – mieszkanie zmieniło się w rodzaj domu otwartego. Często nocował tam chociażby Cirocki. Znał kod do domofonu, a że lokatorzy zostawiali mu otwarte drzwi, przychodził bez zapowiedzi, na przykład po to, żeby zjeść kolację albo się przespać. Mógł właściwie przyjść tylko z własną szczoteczką do zębów, bo wśród znajomych obowiązywał etos swobodnej wymiany rzeczy. „Miłosz nosi moje ubrania, a ja czasem jego. Moje obecne mieszkanie w Łodzi jest trochę składem pamiątek po różnych innych mieszkaniach” – mówi Kaczorowska.

W jednym z takich uwspólnionych lokali pomieszkiwał Macherzyński, po dość wariackiej przeprowadzce do Warszawy, z „pięcioma stówami w kieszeni”. Jakub Lemiszewski, fot. Paweł StarzecJakub Lemiszewski, fot. Paweł StarzecWspomina to z niedowierzaniem: „Panicznie bałem się dentysty, a miałem przed sobą jakiś trudny zabieg. Nie miałem pieniędzy na narkozę, ale usłyszałem gdzieś, że jeżeli uznają mnie za niepełnosprawnego, będę miał refundację NFZ. Poszedłem do jakiejś przychodni po papiery, a oni wysłali mnie do psycholożki, która powiedziała mi, że jest ze mną tak źle, że nie wystawi mi żadnej opinii, dopóki nie pójdę do psychiatry i nie zacznę się leczyć. No to poszedłem. Psycholożka i psychiatra zasiali we mnie ziarno niepewności: «Może faktycznie powinienem zmienić swoje życie, bo jest ze mną coś nie tak?». Skończyło się na tym, że rzuciłem swoją dziewczynę i przeprowadziłem się do Warszawy”.

W mieszkaniach toczyło się życie towarzyskie, kulturalne i imprezowe. Gdy „Niezal Warszawski” (stołeczny oddział popularnego bloga „Niezal Codzienny” Łukasza Warny-Wiesławskiego) zorganizował koncert w Powiększeniu, w mieszkaniu na Muranowie odbył się oficjalny bifor dla znajomych spoza Warszawy. Później zdarzało się nawet, że koncerty organizowano w prywatnych mieszkaniach. Zapraszani artyści mogli liczyć tylko na chałupnicze nagłośnienie w postaci zestawu kina domowego pierwszej generacji, a czas grania ograniczała cisza nocna. Generalnie obywało się bez skandali, no bo co to za skandal, jeśli do rangi anegdoty urasta wyrzucenie przez Cirockiego płyty Afro Kolektywu przez okno podczas urodzin? („Album «Piosenki po polsku»? Też bym wyrzucił” – mówi Macherzyński). (Co ciekawe, związany ze środowiskiem Eufy dziennikarz łódzkiego studenckiego Radia Żak też ma słabość do organizowania koncertów we własnym mieszkaniu. Zaprasza zespoły związane z tym środowiskiem, na dwóch ostatnich wydarzeniach w „Norze Nicponi” wystąpiły dwie grupy Jakuba Lemiszewskiego, Gołębie i Duel Top).

Emil Macherzyński pierwszy z lewej, fot. Paweł StarzecImpro Miting, projekt Alte, Emil Macherzyński pierwszy z lewej, za perkusją Mikołaj Kołaczek, fot. Paweł Starzec

Kaczorowska, która w klasie maturalnej odkładała całe kieszonkowe, żeby pojechać do Powiększenia, teraz została regularną bywalczynią cyklu „Wolne niedziele” w Nowym Wspaniałym Świecie czy Chłodnej. Inni mieli podobnie. Wtedy nie zaglądali jeszcze do Eufemii, ale to właśnie w tym okresie na przełomie 2009 i 2010 roku Grochowiakowi marzył się kulturotwórczy lokal. „Wydawało mi się, że z moją zerową wiedzą o prowadzeniu gastronomii i z domniemanym dobrym gustem w dziedzinie sztuk wizualnych i muzyki w przeciągu roku zrobię lokal na miarę Planu B. Oczywiście odniosłem druzgocącą porażkę, przez cztery lata ledwo wiązaliśmy koniec z końcem. Gdyby to nie była relacja rodzinna, dawno byśmy wymiękli, a już na pewno zostałbym zwolniony” – wspomina. Na początku miał ambitne plany: remont, dwa pomieszczenia przy wejściu okresowo oddawane w ręce młodych Miłosz Cirocki, fot. Paweł StarzecMiłosz Cirocki, fot. Paweł Starzecartystów, którzy mogliby je aranżować i dekorować, koncerty zagranicznych artystów. Plany jak to plany były nieco papierowe. Jeśli chodzi o remont, udało się podmienić „tureckie okienka z butelek” na tapetę w kropki i wyprostować kilka ścian. Nadzieja na okresową zmianę wystroju odpłynęła razem ze snami o dofinansowaniu ze strony uczelni. Koncerty łatwiej dało się zorganizować niż zapewnić na nich odpowiednią frekwencję. W pierwszym okresie Eufy Grochowiak pracował gorączkowo, w ciągu dwóch pierwszych lat urządził w klubie mniej więcej tyle samo koncertów i wydarzeń, co przez kolejne cztery. Wypłacał wprawdzie minimalne stawki, ale i tak koszty hostelu, wyżywienia i transportu pożerały skromny budżet klubojadalni. Do tego dochodził smutek kuratora wywoływany nieraz niską frekwencją. Pierwsze edycje „Impro Mitingu”, cyklu organizowanego przez Wojciecha Kwapisińskiego, gromadziły od dwóch do czterech osób. Gorzej, jeśli taka frekwencja trafiła się na koncercie gościa z zagranicy.

Grochowiak wspomina występ pewnego wibrafonisty z Meksyku – szczęśliwe zamieszkałego w Berlinie – który po wylądowaniu na Dworcu Gdańskim własnoręcznie przytachał swój wibrafon do Eufemii, po czym zagrał dla dwóch osób. Żeby gość nie musiał samotnie rozpamiętywać porażki w hostelu, Grochowiak zaprosił go potem do swojego mieszkania. „Po czterech latach ledwo wychodziliśmy na zero, a latem prosiliśmy ASP, żeby nam rozłożyli czynsz na raty. Zdałem sobie sprawę, że nie mogłem pozwalać sobie na stawki, które płaciłem (i tak niewysokie). Poszliśmy wtedy do ASP i powiedzieliśmy, że rezygnujemy. Co miesiąc mieliśmy nerwówkę z wypłacaniem pensji obsłudze, zamówieniem browarów na początek następnego miesiąca” – wspomina Grochowiak. Ku jego zaskoczeniu… rektor obniżył czynsz, trzy tysiące na miesiąc zrobiły różnicę i klub odżył, chociaż na nieco innych zasadach niż wcześniej. W gruncie rzeczy w tym momencie zaczął pełnić rolę domu otwartego dla młodej warszawskiej sceny muzycznej, złożonej z kilku środowisk: improwizatorskiego, punkowego i tego, które z braku laku najlepiej nazwać chyba środowiskiem Eufemii.

Traf chciał, że to ostatnie szukało akurat miejsca po tym, gdy zamknęły się Nowy Wspaniały Świat i Powiększenie. A Eufa miała wszystko, czego potrzebowano: otwartość, luźną atmosferę i coś o niebagatelnym znaczeniu – możliwość pracy za barem. Z czegoś przecież trzeba było żyć.

***

„Co robiłem, gdy przyjechałem do Warszawy?” – odpowiada Cirocki na moje pytanie. „Cytując klasyczny wywiad z Peją: «Piłem wódkę i miałem wyjebane»”. Tyle że nawet na bohożycie potrzeba pieniędzy. Przyszła ekipa Eufy podejmowała się więc różnych, czasami dziwnych, prac. Część zatrudniła się „na słuchawkach”, czyli w call center (na przykład Dobrzyński z Totemów), Kaczorowska pracowała jako reporterka w kilku koncernach medialnych, guwernantka („Zarabiałam prawie tyle, co w Agorze”), stacz (czekała w kolejce do Ambasady ChRL-u po wizę dla kolegi). Raz ze zmęczenia – skończyła pracę nad materiałem dla Orange Music o pierwszej w nocy, a kolejnego dnia czekał ją występ na konferencji – zasnęła nad żelazkiem, gdy prasowała sobie koszulę na rano. Mateusz z Totemów jest informatykiem. Emil od niedawna pracuje w XAOC Devices, manufakturze wytwarzające butikowe syntezatory modularne, a Kuba Malinowski testuje „Minecrafta”. Lemisz też chciał to robić, żeby, jak sam mówi, „wyrwać się z nędzy”, ale nie wyszło ze względu na brak przygotowania informatycznego. W zamian musiała mu wystarczyć praca w wegańskiej knajpie.

Totemy w trzyosobowym składzie, od lewej: Mateusz Woś, Wojciech Dobrzyński i Piotrek, fot. Paweł StarzecTotemy w trzyosobowym składzie, od lewej: Mateusz Woś, Wojciech Dobrzyński i Piotr Dubiel, fot. Michał Góralski

Środowisko Eufy jednak najczęściej pracowało w samej Eufie. Wśród 60 barmanów zatrudnionych od otwarcia klubu przewinął się niemal cały skład Złotej Jesieni – Macherzyński, Cirocki, Lemisz – i wielu innych muzyków i niemuzyków: wspomniany już Cyryl Rozwadowski, Małgorzata Penkalla z Enchanted Hunters czy Karolina Rec, która jakiś czas temu wydała solową płytę w Fat Cat Records, basista Merkabah Aleksander Pawłowicz, dwie trzecie składu Kyst. „Moja rozmowa o pracę wyglądała tak – wspomina Emil –  miałem ostatnie pieniądze, był styczeń, Asia przyjechała mnie odwiedzić w Warszawie i zastanawiałem się, co można zrobić z dziewczyną w styczniu i bez własnego mieszkania. No to zabrałem ją do Eufemii. Znałem Michała Grochowiaka, bo zagrałem w Eufie koncert, po którym siedziałem tam do rana. Podszedłem do baru i zapytałem: «Michał, nie masz jakiejś pracy?». A on, że mogę zacząć w czwartek”.

fot. Paweł StarzecKoncert zespołu Hände, fot. Paweł Starzec

Co robili w Eufie? „Wszystko – odpowiada Macherzyński – wykładaliśmy towar, sprzedawaliśmy towar, sprzątaliśmy towar, sprzątaliśmy po ludziach, którzy zostawiali towar”. Nie wygraliby raczej zawodów dla barmanów, bardziej niepijący niż pijący nie za bardzo potrafili też poradzić sobie z rzemieślniczą rewolucją w branży piwnej. „Jak ktoś mnie pytał o to, jak smakuje to czy inne piwko, odpowiadałem, że gorzko. Nie znam się na browarach” – mówi Cirocki.

Dłuższe imprezy po prostu starali się przetrwać. „Każda impreza, na której spędziłem więcej niż dwanaście godzin, była uważana za najgorszą, obojętnie, czy była udana, czy nie” – wspomina Macherzyński. „Na jednej z takich gorszych imprez byłem już strasznie zmęczony, bo była siódma rano, a organizatorka grała ze swoimi ziomkami w tenisa stołowego topless. Powiedziałem im, żeby się montowali, a ona mi na to, że jestem najgorszym barmanem na świecie. Zawsze mnie to bawi, ilu ludzi miało problem, że po prostu chcieliśmy iść do domu. Rozumiem, że fajnie się siedzi i że zaraz zalegniecie na kebabie, ale ja ledwo zarobiłem na swój czynsz i chciałbym już iść spać”. Do gorszych imprez zaliczały się jeszcze wernisaże po Zachęcie, którym zawsze towarzyszył czerwony alarm ogłaszany na wewnętrznej liście fejsbukowej „Eufa Hotline Bling”. „Ból w dupie” – mówi Cirocki. „Zachętowcy byli tacy... kulturalni, to znaczy spruli się i się porzygali, ale w sposób dystyngowany” – dodaje Macherzyński. Ale nawet wernisaże bledły przy… imprezach kurierów rowerowych, które odbywały się w Eufie jeszcze przed przybyciem niezalowego kontyngentu warszawskiego. Kurierzy ścigali się na rowerach stacjonarnych i dawali ostro w palnik. „Nad ranem zorientowaliśmy się, że naszemu barmanowi skradziono światełka do roweru” – mówi Grochowiak.

Sprzątanie po nocce przeciągało się czasem do godzin wczesnoporannych, a nawet i późniejszych, bo załoga robiła wszystko, byle tylko odwlec ten przykry moment, kiedy naprawdę trzeba się wziąć do roboty. W ramach prokrastynowania zdarzało im się: dojadać sushi, które zostawił uprzejmy gość, albo godzinami siedzieć na kanapie i palić szlugi. Przede wszystkim słuchali muzyki. Cirocki wspomina: „Puszczaliśmy wszystko: od Alcomindz [nieistniejący już skład hip-hopowy, który stworzył tak wiekopomne przeboje jak „Posyp tamie węża” – przyp. aut.] i «Serca» LSO do «Jaskółki uwięzionej» Stana Borysa, «Samotnego domu» Budki Suflera, «Atlantydy» i «Wodospadu marzeń» Jauntix”. Czasami wychodzili z Eufemii dopiero w południe, ale nawet, jak zastrzega Miłosz, gdy bejowali i słuchali „Cienia wielkiej góry” do rana zamiast pracować, odejmowali godziny z rozliczenia. Wszystko odbywało się fair play.

„Nie ma co owijać w bawełnę, część z nich nie była stworzona do pracy na barze” – mówi dziś Grochowiak, ale dogadywali się i ufali sobie nawzajem, nawet gdy któryś z nich wyciął szefowi poważniejszy numer. Raz w czasie premiery zina „RWA” współtworzonego przez Kaczorowską Grochowiak zobaczył, że dwóch chłopaków rozstawia się z nagłośnieniem w palarni, miejscu praktycznie pozbawionym wentylacji. Zadzwonił do Cirockiego, który ogarniał wieczór, i sklął go na czym świat stoi. Impreza zresztą się odbyła, w palarni Eufemii wystartował wtedy popularny cykl „Wixapol” (w Eufemii odbywały się również pierwsze Brutaże). Konflikty jednak nie trwały długo. „Michał jest jak tradycyjny szorstki ojciec. Zruga cię, ale jak już zrobisz, jak on chce, widzisz tę dumę” – mówi Macherzyński.

fot. Paweł StarzecZłota Jesień, fot. Paweł Starzec

Wspólnie udało im się wyposażyć Eufemię w coś domowego, zbiór niepisanych zasad, przestrzeganych po równo przez gości i załogę. Wiadomo na przykład, że „nikt się nie obrazi za to, że ktoś sobie przyniesie własnego browara. Czego oczy nie widzą, tego sercu nie żal. Przy czym zawsze zbierając szkło wspominałem o tym, że kupowanie alkoholu na barze pomaga w prowadzeniu miejsca – większość ludzi wtedy przepraszała” – opowiada Cirocki. Inna zasada mówi o tym, że nie należy zostawiać sprzętów elektrycznych w kanciapie przy wejściu, bo w klubie zdarzają się powodzie. Jeszcze inna gwarantuje otwartość Eufemii na nowe, niedoświadczone zespoły muzyczne. „Jak jesteś dziwakiem z ulicy i grasz na gitarze śmieszne albo smutne piosenki, możesz przyjść do nas i wystąpić. Klub jest bardzo frontem do artysty. W innych warszawskich klubach, jak grasz, dostajesz salę i... to wszystko. Na barze masz może z jeden napój, nikt nie obsługuje bramki. W Eufemii masz full serwis: bramkę, dużo biletów na barze, żebyś mógł przełamać tremę. Jesteśmy otwarci na dziwactwa, nie trzeba do nas wysyłać demówek, wystarczy przyjść” – mówił w niedawnym wywiadzie dla Dwutygodnik.com Macherzyński.

W końcu Eufemia stała się bazą dla młodego środowiska muzyków i krytyków. Nie trzeba było pracować za barem, żeby czuć się tu jak u siebie. Kaczorowska, która nie miała stołu w mieszkaniu, często przychodziła do Eufemii na obiad. Woś z Totemów z kolei mówi: „W palarni czuję się jak u pana boga za piecem. Z dala od świata, z dala od wszystkiego”.

fot. Paweł Starzecfot. Paweł StarzecNawet najbardziej udomowiony klub i najbardziej otwarte miejsce nie gwarantują jeszcze beztroski. Środowisko Eufemii jak każde inne musiało zmierzyć się ze zrównoważeniem różnych potrzeb: kreatywności i przeżycia, bezpieczeństwa finansowego i wolności twórczej. Miało intensywny i wyczerpujący styl życia, wymagający wytrzymałości fizycznej (potrzebnej do pracy gdzieś na stażu lub barze, kilku wyjściach tygodniowo na koncerty) i psychicznej. Niektórzy, jak Lemisz, ciężko przeżyli przeprowadzkę do Warszawy. Najpierw trochę kursował między Poznaniem a Warszawą, bo studia, ale po pół roku jeżdżenia przeniósł się na dobre. Złapał pracę w Eufemii, okazjonalnie grał, dużo rzadziej niż obecnie. Ciułał grosze, żeby uzbierać na pokój i najtańsze jedzenie. Tak spędził dwa lata. „Nie wiem, jak to wytrzymałem”. W samej Eufie przesiedział rok, ale nie czuł się dobrze w późnych godzinach nocnych. „Mieszkanie w Warszawie wspominam jako koszmar, kisiliśmy się z Andżeliką w malutkim pokoju na Powiślu. Za kasę z Eufy i kilku koncertów ciężko było przeżyć. W sklepie braliśmy najtańsze pyry, żeby zrobić frytki, jedyna rozrywka - kupić harnasia i pójść nad Wisłę. Zacząłem szybciej chodzić po mieście, bo nie stać mnie było na bilety komunikacji miejskiej”. Inni też miewali gorsze momenty, Kuba Malinowski ze Złotej Jesieni niespodziewanie wyjechał do Londynu na osiem miesięcy. Miłosz mówi o tym: „To były takie desperackie rejony: «Hej, gramy tę muzykę, jest słabo w życiu, nie ma pieniędzy, nie ma miłości, niczego»”.

Jak sobie z tym radzili? Różnie. Chłopaki z Totemów nigdy nie stawiali na karierę muzyczną, zespół traktowali wyłącznie jako hobby. Mateusz: „Czy myślę o muzyce jako planie na życie? Broń boże, to jest najgorszy pomysł, jaki można mieć”. Lemisz odnalazł niszę, w której da się zarobić na skromne życie, gra imprezy klubowe (jak sam szacuje, stanowią one 80 procent jego zarobków z muzyki), a poza tym narzucił sobie stachanowski rytm pracy – występuje nawet po kilkanaście razy w miesiącu, zarówno solo, jak i ze swoimi licznymi zespołami. Cirocki nadal trzyma się radykalnie niezalowego etosu. „Jestem nieprzyzwyczajony, że ktoś gra koncert i chce za niego jakikolwiek hajs. Mnie najczęściej po dobrym koncercie zostaje w kieszeni z sześć dych”. Taki wybór sporo go kosztuje: „Żyję bez pieniędzy, nie mam swojego materaca, nie mam nic w ogóle. Przez cztery miesiące byłem bezdomny, mieszkałem po znajomych i pilnowałem kotków. W połączeniu z ciężkimi kwestiami osobistymi nie była to zbyt przyjemna sprawa. Byłem na tyle zmęczony i skołowany, że robiłem ludziom mnóstwo przypału. Dostałem załamania nerwowego, gdy niechcący, ale z własnej głupoty zniszczyłem cudze buty. Do dziś jest mi gorzej niż głupio”. Teraz myśli o wyjeździe zarobkowym na Islandię i… kolejnej płycie Złotej Jesieni.

***

Co zostanie po Eufemii? Jak w ogóle mierzyć sukces środowiska? (Z tym zastrzeżeniem, że jest ono wciąż bardzo młode, więc trudno tu mówić o końcu historii. Trudno jednak zaprzeczyć, że wraz z zamknięciem Eufemii skończy się jakiś ważny etap). Jeśli wziąć pod uwagę tradycyjne kryteria sukcesu środowisko Eufy człowiekowi z zewnątrz (jakim jestem ja, bo jako dron kursujący między Łodzią a Warszawą nigdy do klubu nie chodziłem) nie wydaje się spełnione.

fot. Paweł Starzecfot. Paweł Starzec

Może nie dało się inaczej, bo jeszcze za wcześnie na legendę, w końcu prawda czasu różni się od prawdy ekranu. Kultowe dziś grupy kiedyś występowały przed nieliczną i niechętną publicznością. Podczas pierwszych koncertów Suicide w klubie CBGB’s na widok Alana Vegi raczej buczano niż wiwatowano. Również warunki zewnętrzne raczej nie sprzyjają muzykom, szczególnie młodym zespołom gitarowym. W tym sensie środowisko Eufy odegrało ten sam spektakl, co inne sceny alternatywne przed nimi, ale w tańszych dekoracjach, przy darmowych biletach i publiczności wpatrzonej w ekrany telefonów komórkowych. Oczywiście wszyscy starali się, jak mogli.

Być może więc ktoś za kilkanaście lat na tej czy innej fali wzmożonego zainteresowania przeszłością wyda na jakimś winylu debiut Złotej Jesieni czy Sierści i opatrzy go rewizjonistycznym esejem. Ale to raczej nie stanie się dziś czy nawet jutro, bo nie wydaje się, aby starczyło tu materiału na legendę. Po pierwsze dlatego, że w gruncie rzeczy scena Eufy była zjawiskiem dość wsobnym i raczej nieudokumentowanym (paradoks w czasie nadpodaży zdjęć i statusów w sieciach społecznościowych).

Po drugie, osiągnięcia tego środowiska mierzone takimi wyznacznikami sukcesu jak legendarne koncerty, popularne płyty, liczni naśladowcy, wreszcie spektakularny koniec kariery, przedstawiają się raczej mizernie. (I tu znowu zastrzeżenie, że chodzi o perspektywę czysto zewnętrzną. Cirocki na przykład zastrzega się, że „legendarne koncerty i imprezy się zdarzały. Mógłbym je policzyć na palcach rąk i nóg, ale celem zawsze było łączenie ludzi w chorych realiach – ku lepszemu. Gdy to się udawało, czułem znacznie więcej niż to, że mamy «rozpoznanie na scenie», że zagraliśmy na Offie. Sukces to widok twoich szczęśliwych znajomych, a nie liczba osób, która o tobie usłyszy”).

Legendarne koncerty się zdarzały, ale były legendarnie złe. Chłopaki z Totemów do dziś pamiętają swoje pierwsze dwa występy w Eufie sprzed czterech lat. Podczas pikniku songwriterskiego w ogródku grali późno, nieco niedysponowani ze względu na zastosowanie odwiecznej metody uśmierzania tremy i zdeprymowani przez policjantów, którzy przyjechali zamknąć imprezę. Woś zachęcał policjantów, by sobie poszli, a potem zapomniał, jak ma grać solówkę. Dobrzyński, który ostatnio obejrzał wideo z koncertu nagrane przez Andżelikę Kaczorowską, stwierdził: „Zdziwiłem się, że zagraliśmy aż tak źle. Pamiętam to jako słaby koncert, ale jednak...”. Podczas drugiego występu nie poszło im o wiele lepiej. Ktoś wyłączył im piec, więc Dobrzyński musiał „grać na przypał akordy Mateusza”. Po koncercie ten poszedł do palarni, by przeprosić znajomego. „A on złapał mnie za ramiona i mówi: «Mateusz, nie przejmuj się. Było zajebiście. Słowo, uwierz mi»”. Jeśli chodzi o płyty, to choć nagrywane z obsesyjną dbałością o brzmienie i detal – Złota Jesień pracowała nad albumem przez prawie trzy lata, Lemisz z kolei miksował płytę Sierści dziewięć razy – ukazywały się w skromnych nakładach i w niszowych wytwórniach, najczęściej w Jasieniu założonym przez Macherzyńskiego i jego dziewczynę Asię. Trudno też mówić o naśladowcach czy psychofanach, choć nie oznacza to, że ich nie ma. W mieszkaniu Ryszarda Gawrońskiego na własne oczy widziałem koncert młodziutkiego zespołu Welur z Pabianic, którego dwoje członków jeździło na wiele koncertów Złotej Jesieni.

fot. Piotr Kowalczykfot. Piotr KowalczykKoniec historii środowiska Eufy wydaje się bardziej przygnębiający niż skandaliczny. Zamknięcie klubojadalni trudno bowiem postrzegać inaczej niż jako kolejny rozdział opowieści o obojętności władz na los miejsc, w których powstały i działały oddolne środowiska kulturalne. Eufemia poszła niestety w ślady Nowego Wspaniałego Światu w Warszawie, byłego pawilonu straży granicznej w Cieszynie, w którym funkcjonowały organizacje pozarządowe, małe przedsiębiorstwa kreatywne i rzemieślnicy, łódzkiego Prexera czy ostatnio lokalu Zmiana Klimatu w Supraślu, który musiał przenieść się do Białegostoku. Nawet zupełnie tradycyjne sukcesy środowiska nie wydają się szczególnie imponujące. Złota Jesień zagrała na przykład koncert na OFF Festiwalu, ale wystąpiła o godzinie 15 w najmniejszym namiocie. Zespół Sierść miał wystąpić jako… zespół Sierść w serialowej adaptacji „Ślepnąć od świateł” Jakuba Żulczyka, ale gdy ostatnio Lemisz przyjechał na plan z Poznania do Warszawy, zdjęcia odwołano.

Ale w gruncie rzeczy to wszystko jest nieważne, bo ludziom ze środowiska Eufemii udało się coś ważniejszego niż sukces w branży. Zrobili to, co już wielu przed nimi: zebrali się razem, zaprzyjaźnili, sporo poświęcili, by robić, to na czym zależy im w życiu, i wytrwali w tej decyzji, nawet gdy mieli gorsze momenty. Może i to banalna historia, ale i tak ją uwielbiam.

Dziękuję rozmówcom i rozmówczyniom: Miłoszowi Cirockiemu, Wojciechowi Dobrzyńskiemu, Michałowi Grochowiakowi, Andżelice Kaczorowskiej, Jakubowi Lemiszewskiemu, Emilowi Macherzyńskiemu, Annie Rozwadowskiej i Mateuszowi Wosiowi. A także Piotrkowi Kowalczykowi za inspirację.