POWAGA:  Dystans nas nie uszczęśliwia
Fragment okładki płyty Sonic Youth „Goo” z 1990 roku

POWAGA:
Dystans nas nie uszczęśliwia

Rozmowa z Simonem Reynoldsem

Wybór między ironią a szczerością nie jest ani binarny, ani oczywisty. Ale zmysł ironii jest niezbędny. Bez niego bylibyśmy ciągle w rozpaczy – rozmowa z brytyjskim krytykiem muzycznym

Jeszcze 4 minuty czytania

JAKUB BOŻEK: Jesteś ironistą?
SIMON REYNOLDS:
Pewnie. Moja relacja z popkulturą jest zapośredniczona przez kamp. Uwielbiam rzeczy tak złe, że aż dobre, wszystko co groteskowe, pretensjonalne. Uwielbiam horrory z lat 70. Są głupkowate, kampowe, dziwne. Niedawno obejrzałem film „The Wicker Man”, niezwykły brytyjski horror exploitation i musical równocześnie. Nie można go wziąć na poważnie, nie wiem nawet, czy jego twórcy chcieli, by tak go odbierano.

Tak samo ogląda się Eurowizję.
Fakt. Z drugiej strony nie jest ze mną aż tak źle, bo do wielu popkulturowych zjawisk podchodzę bez ironicznego filtra. Niektóre piosenki wyciskają mi łzy z oczu albo sprawiają, że zaczynam unosić się w powietrzu. Dla wielu z nas wybór między ironią a szczerością nie jest ani binarny, ani oczywisty. Wielu z nas ma świadomość, że pop jest sztuczny, wystawny, absurdalny. Widzimy jego kulisy, całą tę maszynerię, ale i tak go kochamy za to, czym jest, co stara się osiągnąć, za to jak bardzo jest odrealniony.

Uosobieniem tej dualności jest Russell Brand, nie wiem, czy w Polsce równie znany jak w Wielkiej Brytanii. To komik, który wciąż mówi o rewolucji, napisał zresztą książkę o tytule „Revolution”. Brand jest zarówno świadomym siebie komikiem, którego związek z popkulturą jest ironiczny, jak i gorliwym krytykiem stosunków społecznych, alienacji, duchowości. Łączy te dwa bieguny w całkiem przekonujący sposób.

To samo można powiedzieć o amerykańskich komikach, na przykład o Johnie Stewarcie.
W latach 60. wielu komików, takich jak Lenny Bruce, było zaangażowanych w ruchy wolnościowe. Używali zakazanych słów, uczciwie mówili o seksie, narkotykach. To było bardzo kontrkulturowe. Historycznie satyra zawsze była ostrzem wymierzonym w burżuazję czy władzę. Dlatego nie dziwi, że wielu elokwentnych krytyków tego, co obecnie się dzieje, wywodzi się z branży rozrywkowej.

Dla mnie najlepszym przykładem jest Conan O’Brien. Pamiętam jego słynną przemowę, wygłoszoną podczas pożegnania z „The Tonight Show”. Mówił: „Wszystko, o co proszę, to jedna rzecz, a moją prośbę kieruję w szczególności do młodych widzów. Nie bądźcie cyniczni. Nie cierpię cynizmu, on nie prowadzi do niczego dobrego”. Dzięki temu apelowi O’Brien stał się kimś w rodzaju lidera ruchu New Sincerity (nowej szczerości).
Mam wrażenie, że samo pojęcie ironii często jest źle rozumiane. Pierwotnie ironia oznaczała nienazywanie spraw po imieniu. Żeby można było powiedzieć jedną rzecz, a tak naprawdę myśleć coś zupełnie przeciwnego. Przy czym ironia to nie kłamstwo, bo gdy kłamiemy, liczymy na to, że adresat tego nie zauważy, a gdy jesteśmy ironiczni, jest dokładnie na odwrót. Ten rodzaj ironii – świadomości, że życie społeczne jest grą toczącą się na wielu poziomach, w której istnieje luka między pozorem a rzeczywistością – ułatwia przetrwanie i tak naprawdę jest oznaką inteligencji. Zmysł ironii jest niezbędny do radzenia sobie ze światem. Ale istnieje też niższa forma ironii, która każe się nie angażować w nic, umieszczać wszystko w cudzysłowach, nigdy w nic nie wierzyć. Dla mnie to forma dekadencji. W sztuce przekłada się to na popularność pastiszu i gier z konwencjami.

Sądzę, że ironia stała się niemile widziana, bo ludzie traktują ją na równi z trywialnością, frywolnością. Ale istnieją przecież bardziej krytyczne czy inteligentne rodzaje ironii. W świecie jest tyle absurdalnych, okropnych, złych rzeczy, że zmysł ironii jest po prostu niezbędny. Inaczej bylibyśmy ciągle w rozpaczy.

Czyli ironia jest takim bezpiecznikiem?
Tak, ironia może być filtrem, tarczą albo okularami, przez które widzimy świat takim, jaki jest naprawdę. Widać to choćby w oprawie graficznej albumów Gang of Four. Okładka albumu „Entertainment!” (1979) przedstawia spotkanie Indianina z kowbojem. Obrazek jest podpisany: „Indianin się uśmiecha, bo myśli, że kowboj to jego przyjaciel. Kowboj się uśmiecha, bo cieszy się z tego, że oszukał Indianina. Teraz może go wykorzystać”. Ich poczucie humoru było właśnie tego rodzaju, bardzo mroczne, ciężkie. Inne zespoły wykorzystywały ironię w sposób luźniejszy,  przykładem byli The Human League z ich pokazami slajdów czy okładkami.

A może ironia stała się czymś wyklętym, bo okazała się nieskutecznym narzędziem krytyki społecznej? Rodzajem różowych okularów, które pozwalają władzy na robienie wciąż tego samego?
Faktycznie większość inteligentnych ironistów ma problem z bezpośrednim zaangażowaniem się w politykę. W końcu to wymaga braku dystansu czy poczucia humoru. Slogany polityczne bywają uproszczone i jakoś nieestetyczne, przemowy są poważne i pozbawione dowcipu czy stylu. Coś takiego widzę szczególnie po lewej stronie, ludzie, którzy by nawet zgodzili się z postulatami, nie chcą wykrzykiwać haseł na ulicach. Dlatego w ostatnich latach coraz częściej obserwuję próby wprowadzenia humoru i ducha dobrej zabawy do protestów społecznych – slogany są coraz zabawniejsze, pojawiają się wyszukane kostiumy. Wystarczy spojrzeć na doświadczenia ruchów takich jak Occupy.

Simon Reynolds

Ur. 1963. Krytyk muzyczny, pisał m.in. dla magazynów „Melody Maker”, „NME”, „The Wire” i „The New York Times”. Autor wielu książek o historii popkultury, między innymi: „Blissed Out”, „The Sex Revolts”, „Energy Flash” i „Retromanii”. W lutym 2015 nakładem Wydawnictwa Krytyki Politycznej, w przekładzie Jakuba Bożka, ukaże się jego książka „Podrzyj, wyrzuć, zacznij jeszcze raz: postpunk 1978–1984”.

Blog Simona Reynoldsa: blissout.blogspot.com.

To była również praktyka zespołów postpunkowych. Scritti Politti, Wire, Gang of Four – wszyscy chcieli robić politykę za pomocą innych narzędzi niż bezpośrednie żądania, protesty…
Robili to trochę w opozycji do swoich rówieśników ze sceny anarcho-punkowej. Tamte zespoły były bardzo bezpośrednie, poważne, ich teksty były jeśli nie dogmatyczne, to z pewnością żarliwe: o Kościele, rodzinie królewskiej, państwie, armii. Oprawa plastyczna ich płyt opierała się na szablonach i graffiti, co kojarzyło się z propagandą. Do tego grali naprawdę prostą muzykę. Tymczasem na scenie postpunkowej chodziło o bardziej interesujące brzmienie i dużo ciekawszy język. To była krytyka, dekonstrukcja bieżącej sytuacji, nie slogany. Wszystko doprawione szczyptą dowcipu, zabawą z językiem. Niektóre z utworów Gang of Four były pełne ciężkawego poczucia humoru, tak samo jak muzyka The Fall, Scritti Politti. U wszystkich tych zespołów czuć prawdziwą złość, ból i pasję, ale mimo to słuchacze nie czuli, że są na wiecu i ktoś właśnie wrzeszczy na nich przez szczekaczkę. Jedynym wyjątkiem byli chyba The Pop Group, ale z tego powodu zespół dość szybko zraził do siebie publiczność. Mark Stewart mógłby równie dobrze rozdawać ulotki przy wejściu do londyńskiego metra.

Inną podobną postacią był Tom Robinson, jego piosenki były bardzo dosadne: „Sing if you’re glad to be gay” i te sprawy. Na tyłach okładek swoich singli zamieszczał adresy do różnych grup politycznych, aktywistów, organizacji. Choć z początku cieszył się dużą popularnością, ludzie szybko uznali, że to, co robi, to ślepa uliczka, że to nie sztuka. To nawracanie przekonanych. Później sam Robinson założył zespół postpunkowy, Sector 27.

Ale tak naprawdę ani Robinson, ani Scritti Politti czy nawet Stewart nie zmienili świata.
Reakcją na ich porażkę były lata 90., bo to wtedy płytka ironia stała się prawdziwym problemem. Przypomnij sobie Becka albo Pavement, czy te wszystkie grupy, których podstawową aktywnością było pozowanie, a nie ekspresja czy wyrażanie jakiegoś stanowiska. Nawet gdy mówili o czymś osobistym, i tak zawijali to w grube warstwy ironii. Pavement byli archetypem takiego zespołu. Dusiła ich świadomość historii rocka, pracowali w sklepach płytowych, więc znali wszystko, dla nich „wszystko już było”. A jeśli twoja wiedza o popie i kulturze jest tak rozległa, wytwarza to jakiś dystans.

Czy ten dystans był też reakcją na coś w świecie zewnętrznym?
To była też kwestia pokoleniowa. Oni dorastali w czasach Ronalda Reagana i Margaret Thatcher, dla nich polityka była przegraną sprawą. Jedyną receptą na życie w takim świecie była ironia. Myślę jednak, że tak naprawdę chodziło o przejedzenie popkulturą. To, co znamy dziś – powszechna dostępność treści kulturowych ze wszystkich epok – zaczęło się w latach 90. To wtedy pojawiły się programy telewizyjne nadające starocie, sklepy z kasetami wideo. Ilu reżyserów filmowych wychowało się w tych sklepach…

Kevin Smith?
Też, ale najlepszym przykładem tej postawy jest Quentin Tarantino, sprzedawca w wypożyczalni kaset wideo. Obejrzał tyle, że w końcu stał się mistrzem pastiszu, nauczył się, jak dobierać kostiumy pasujące do różnych epok kinematografii.

Dziś na scenie muzycznej jego odpowiednikiem jest Ariel Pink.
To chyba mój ulubiony artysta ostatniego dziesięciolecia, jego nowy album jest fantastyczny. Bazuje na pastiszu, jest pełen ironii i sarkazmu. Pink gra ze stylami muzycznymi, czasem łączy kilka naraz i patrzy, co z tego wyniknie. Zmienia głos z piosenki na piosenkę. To trochę tak, jakby miał garderobę pełną różnorodnych kostiumów, jego relacja z muzyką pop jest jakby czysto performatywna, tak jakby nie angażował się w konkretny styl. Ta performatywność zwalnia go też z obowiązku mówienia tego, co naprawdę myśli – może wygadywać najgorsze bzdury. Mimo to pod warstwami ironii kryje się ktoś prawdziwy. Ta osoba daje ujście swoim pasjom, swojej żółci, zagubieniu.

W pewnym sensie Ariel wydaje się jednak być kimś z innej epoki. Ma 36 lat, więc jego wrażliwość jest bliższa generacji X niż millennialsów. Przez to jest podobny raczej do Pavement czy Urge Overkill albo Becka niż do współczesnych artystów, takich jak Animal Collective. Dla mnie ten zespół jest kompletnie nieironiczny.

Jest też chyba coraz więcej takich grup. Mam wrażenie, że zaangażowanie, bezpośredniość, gorliwość są dziś wyżej cenione niż dystans.
Nieraz aż do przesady. Często dochodzimy tu do quasi-religijnych poziomów pasji.

Przypomniało mi się, że niektórzy popularni artyści ze sceny indie, na przykład Sufjan Stevens czy Neutral Milk Hotel, zaczynali od chrześcijańskiego rocka.
Naprawdę? Myślałem raczej o samym tembrze wokalu. Kimś takim jak Grimes, Julianna Barwick, takich wokalnych sampli używają też Burial czy Clams Casino. Ich muzyka ma bardzo uduchowiony wymiar, jest w niej jakiś głód czegoś nieironicznego, prawdziwego.

Myślisz, że przez te kilkanaście lat zdążyliśmy się uodpornić na ironię?
Nie mam pojęcia! Być może stwierdziliśmy, że postmodernistyczny dystans wcale nas nie uszczęśliwił, nie pomógł radzić sobie z fundamentalnymi problemami, jedynie od nich uciec. Wygląda na to, że chcemy równocześnie czegoś transcendentnego i czegoś, co nas ukorzeni, połączy nas emocjonalnie. Tak tłumaczę sobie popularność jogi. Chodzi w niej o troskę o ciało i dobre samopoczucie, ale jest to też praktyka duchowa.

W zeszłym roku rozmawiałem z Douglasem McGowanem z Yoga Records o renesansie New Age’u, to chyba ta sama parafia…
Fascynacja tą dziwaczną kulturą jest po części ironiczna, w końcu New Age był do pewnego czasu jedynym dziewiczym nurtem, który nie padł ofiarą mody na retroeksploracje.

A mnie zainteresowanie New Ageem wydaje się jak najbardziej szczere. Ta duchowość, pomimo całej naiwności i tandetnej estetyki, jest autentycznie pociągająca. Ma w sobie jakieś ślady kontrkultury lat 60.
New Age jest pociągający, bo to lekarstwo na alienację, na chorobę kultury. Odpowiada na ważne potrzeby. Jednym z moich ulubionych twórców nowego New Age’u jest belgijski artysta nagrywający pod pseudonimem Dolphins Into the Future. Wydaje się być szczerze zainteresowany całym tym kosmicznym rozgardiaszem, ale zarazem swoją muzykę prezentuje w sposób ironiczny. Sama nazwa jego projektu jest zapożyczona, to tytuł książki Joan Ocean, kobiety, która uczy, jak komunikować się z delfinami. Nie do końca wiadomo więc, czy Lieven Martens robi sobie jaja, czy faktycznie jest kimś w rodzaju nowego hipisa. Myślę, że równocześnie robi i to, i to. To samo można powiedzieć o Jamesie Ferraro. Albo o muzyce vaporwave. Wydaje mi się, że cały ten gatunek to jakiś żart, ale ludzie, którzy go tworzą, robią to chyba szczerze. Choć ja zupełnie nie mam pojęcia, o co im chodzi.

W ogóle mam wrażenie, że nie da się uniknąć ironii w społeczeństwie, które ma dostęp do takiego bogactwa kultury. Wiele zjawisk wymaga od nas pełnego zaangażowania się, odrzucenia wszystkiego innego. Ironia pozwala się temu przeciwstawić.

Jak jakiś mechanizm homeostatyczny?
Tak. Weźmy taki heavy metal. Nie potrafię traktować tej sceny w pełni na poważnie, ale mogę cieszyć się fantastycznymi płytami, które od czasu do czasu się pojawiają. Niektóre z nich to niezaprzeczalne arcydzieła, a przecież nie sposób nie dostrzec, że w metalu w ogóle jest coś absurdalnego. No chyba, że jest się fanem metalu i żyje się tą kulturą, traktuje się ją jako religię. Wtedy w tych wszystkich pozach gitarzystów nie widzi się niczego niedorzecznego.

Ale czy wtedy nie traci się jakiegoś dreszczu wspólnotowości? To chyba cała przyjemność należenia do subkultury?
Według mnie to niezły kompromis. Jeśli jest się fanatykiem, można kochać tylko jedną rzecz. A może warto popróbować też czegoś innego? Każde zaangażowanie wymaga wiary. W przypadku metalu byłaby to wiara, że to najbardziej wartościowa muzyka. Za tą wiarą idzie też nakaz pełnej lojalności. Ale to skrajność. Ja tego nie kupuję, choć cenię niektóre płyty metalowe. Równocześnie to przekonanie uwalnia mnie, zyskuję swobodę obcowania z innymi gatunkami. To jak muzyczny kosmopolityzm.

Czyli muzyka przestała być budulcem tożsamości?
Dla niektórych wciąż nim jest. Fani heavy metalu mają swoje uniformy, fryzury, zestawy zachowań. Artyści mówią określonym językiem w wywiadach, fani również mają swój żargon. Każdy poziom tej struktury jest homologiczny, wszystko do siebie pasuje, bo to spójny światopogląd. Jeśli go się podziela, ma się o wiele bardziej intensywną relację z całą tą subkulturą.

To samo dotyczy każdej muzyki domagającej się zaangażowania i wiary. Taka muzyka to światopogląd, jak choćby metal czy reggae w latach 70. Czasami tożsamość i solidarność z jakąś sceną mogą być wzmocnione przez takie czynniki, jak pochodzenie etniczne, wyznanie, klasa, orientacja seksualna. Niektóre gatunki muzyki klubowej, takie jak Hi-NRG w latach 80., były kojarzone z tożsamością i stylem życia homoseksualistów. Lubię kilka numerów Hi-NRG, ale oznaczają dla mnie zupełnie co innego niż dla ludzi, którzy żyli i cieszyli się tamtym stylem życia. Tak samo uwielbiam roots reggae z lat 70. – moje uczucia określiłbym jako intensywne i żarliwe – ale nie jestem Jamajczykiem czy rastafarianinem, więc światopogląd i habitus rasta nie określają mnie całkowicie. Choć kocham roots reggae i dub, jestem też w pewnym sensie zdystansowany do nich – nie kupuję rastafarianizmu jako religii, nie mam też bezpośrednich doświadczeń downpression sufferation (rastafariańskie określenia na prześladowanie i cierpienie wywołane przez ubóstwo), które są chlebem powszednim pierwszych słuchaczy reggae.

Dlatego rozumiem, że ktoś woli iść na koncert, posłuchać łojenia i nie przebierać się w wymyślne fatałaszki. Jeśli nie chce się budować swojej tożsamości w oparciu o muzykę, ironia jest przydatna. Nie mówisz: „Oto ja, oto jak wyglądam i kim jestem. Jestem metalowcem i zamierzam nim być jeszcze długo”. Mówisz: „Cholera, te piosenki AC/DC są rewelacyjne, ale gitarzysta wygląda jak głupek”.

W przeszłości jednak wierzyłeś nieironicznie. W postpunk…
I w rave czy jungle. W latach 90. słuchałem już nie tylko muzyki elektronicznej, ale byłem jej całkowicie oddany. Może nie nosiłem się jak raver, ale gdybyś zapytał mnie wtedy, kim jestem, odpowiedziałbym: „Junglist”. Taka miłość pozwala na głębsze zrozumienie sceny. Na przykład ci, którzy lubili single, ale nigdy nie wybrali się do klubu, często mieli błędne pojęcie o popularności producentów. Chodzi więc nie tylko o tożsamość, ale i o perspektywę. Z zewnątrz widać coś innego niż od wewnątrz. Mam tak z metalem – brakuje mi narzędzi poznawczych, żeby rozróżnić wokalistów i ich satanistyczny growling albo perkusistów i ich blasty, albo różnorodne faktury brzmień gitary. Dla mnie wszystkie one brzmią jednakowo. Wyraziste dla wtajemniczonych różnice i hierarchie to dla outsidera wiedza tajemna.

Simon Reynolds, fot. mat. prasowe wydawnictwa Faber

Spróbujmy podsumować, jak to jest z tą ironią. Mamy z nią problem, a może go rozwiązaliśmy?
Sądzę, że ironia to faza rozwoju. Mój piętnastoletni syn wyrobił sobie ironiczne poczucie humoru. To oznaka wyrafinowania i świadomości struktur społecznych – pozorów, fasad, oszustw, sposobu, w jaki język maskuje rzeczywistość. W pewnym wieku zyskujesz wiedzę o zasadach gier społecznych, a reakcją na nią jest przenikliwość, cynizm, pewna zblazowana mądrość. Później pojawia się tęsknota za niewinnością, pragnienie szczerej i gorliwej ekspresji. To faza zmęczenia ironią. Sam kiedyś traktowałem ją jako chorobę, porównywałem do nowotworu. Teraz jednak ironia wydaje mi się czymś niezbędnym. Czasem chciałbym nie być taki światowy i ucywilizowany, marzy mi się powrót do jakiejś czystości i niewinności, dziecięcego spojrzenia na świat. Ale wiem, że nie oduczę się tego, co wiem.


Tekst dostępny na licencji Creative Commons BY-NC-ND 3.0 PL.