Apokalipsa i polityka
El-P (z lewej) i Killer Mike, fot. materiały prasowe

14 minut czytania

/ Muzyka

Apokalipsa i polityka

Jakub Bożek

Czy „Run the Jewels 3” to dobry album zaangażowany? Nawiązuje do korzeni, trafia w swój czas, ma wyrazisty komunikat w zrozumiałej sprawie. Pozwala też zrozumieć, czego właściwie możemy oczekiwać od piosenek zaangażowanych

Jeszcze 4 minuty czytania

Piosenka polityczna nie powinna nadmiernie komplikować spraw – ani formalnie, ani treściowo. Nowatorskie formy przyjmują się kiepsko, o czym przekonali się awangardowi artyści w porewolucyjnej Rosji. Ci arystokraci „proletkultu” serwowali robotnikom koncerty w fabrykach, podczas których maszyny, silniki, turbiny i syreny traktowano jak instrumenty. Zalani hałasem słuchacze drapali się po głowach, ale ni cholery nie mogli zrozumieć, o co chodzi. Podobno po moskiewskiej premierze Symfonii Gwizdków Fabrycznych robotnicy reagowali szczerym zdziwieniem na informację, że właśnie wysłuchali „Międzynarodówki”. A co mogła powiedzieć publiczność z Baku po koncercie upamiętniającym pięciolatkę rewolucji październikowej, w którym to wydarzeniu wzięły udział jednostki Floty Kaspijskiej, syreny okrętowe, fabryczne, dwie baterie artylerii, karabiny maszynowe i samoloty? Zapewne to samo co zdezorientowani urzędnicy z Witebska, patrzący na ulice udekorowane przez Chagalla z okazji tym razem pierwszej rocznicy rewolucji: „Dlaczego krowa jest zielona i dlaczego dom lata na niebie, no dlaczego? Jaki ma to związek z Marksem i Engelsem?”. Zresztą awangardę w ten sposób chłonęli nie tylko Rosjanie. Po rewolucji kulturalnej Mao kazał sprowadzić do Chin kilkanaście syntezatorów Boba Mooga, żeby nadać operze rewolucyjnej nową formę, daleką od tradycji. Wieśniacy jednak nie odnaleźli się w krainie syntetycznych blipnięć, i tak opera rewolucyjna zachowała swój tradycyjny kształt.

Co z tego wynika dla zaangażowanych muzyków? Nie wyrywajcie się przed szereg! Lepiej trzymać się sprawdzonych rozwiązań, nawiązywać do tradycji i nie zaskakiwać za bardzo – choć oczywiście trochę można, a nawet należy. Run the Jewels też rozumieją zasady gry w piosenkę zaangażowaną, dlatego ich trzeci album nawiązuje do hiphopowych tradycji. EL-P wykorzystuje niemal wszystkie znane breaki: od „Impeach the President” przez „Synthethic Substitution” do „When the Levee Breaks”, stosuje chaotyczny montaż sampli opatentowany przez Bomb Squad, wreszcie w myśl zasady, że mniej znaczy więcej, daje bit ograniczający się do bębnów i basu, wydrążoną formę dla słów, jak nie przymierzając gangsterski klasyk Ice’a T „6'N The Mornin'”. Tak zbudowane są największe bangery na trójce: „Talk to Me” z bębnami hałaśliwymi jak pociąg w tunelu, „Don’t Get Captured” z prostacko efektywnym basem czy obłąkańczy „Panther Like a Panther”, w którym syntezator kładzie się ciężko jak power chord u Black Sabbath.

Nawet pozahiphopowe nawiązania u EL-P, fascynacja zimną falą czy tanimi ścieżkami dźwiękowymi filmów lat 80. wpisują się w uniwersum czarnej muzyki. Hip-hop wziął się z kilkunastu kilometrów kwadratowych Nowego Jorku, w czterech elementach skoncentrowała się historia Bronxu przeoranego przez modernistyczny autorytaryzm Roberta Mosesa, który przez żywą dzielnicę puścił ośmiopasmową trasę ekspresową, czym spowodował ucieczkę białych na przedmieścia. Receptą władz na ruinę stało się „łagodne wygaszenie” dzielnicy (jak to ujął senator Daniel Moynihan). W latach 80. po de facto wygaszonym Bronxie przeszedł się triumfujący po wyborach Ronald Reagan i w trakcie konferencji prasowej bezmyślnie powtórzył słowa swojego poprzednika Jimmy’ego Cartera sprzed trzech lat: „Jestem pod wrażeniem ducha nadziei i determinacji mieszkańców starających się zachować to, co mają”. Jako tło posłużyła ściana z graffiti „Złamane obietnice”. We wczesnym hip-hopie skumulowały się złość, desperacja, nadzieja i energia mieszkańców pozostawionych samym sobie. EL-P, wychowany niedaleko, bo na Brooklynie, przepuszcza tę samą psychogeografię przez inny zestaw wpływów. Korzenie są wciąż te same.

EL-P i Killer Mike pod koniec zeszłego roku pojawili się w grze „Gears of War 4”. Dwóch zabawnych sukinsynów – kradnę ten opis od brytyjskiego „The Wire” – z wielkimi giwerami, w przerwach od rozprawiania się z falami Szarańczy i wrażych żołnierzy, rzuca dowcipami rodem z męskiej szatni. W zasadzie na płytach robią to samo. EL-P na przykład nawija tak: „I'm fuckin' magic, in fact I'm a warlock of talk / I got a unicorn horn for a (stop)” – szczęśliwie kanonadę przerywa znudzony kobiecy głos, ale i tak każdy dopowie sobie, co miałoby się kryć za nawiasem. Zaczynam od głupkowatego braggadocio, bo tak też startowali Run the Jewels. W „A Report to the Shareholders” EL-P opowiada, że zespół założył dla śmiechu, trasy koncertowej i kilku dolarów. Wiadomo, że ściemnia. Od początku chodziło im o politykę.  

Najpierw liczby. W latach 2004–2014 amerykańscy policjanci na służbie zastrzelili ponad 10 tysięcy osób, tylko 54 funkcjonariuszy stanęło przed sądem i tylko kilku z nich skazano prawomocnym wyrokiem. Jedna czwarta ofiar miała czarny kolor skóry, dla porównania 12 procent Amerykanów jest czarnych. Za liczbami kryją się historie, na przykład ta. Dnia 22 listopada 2014 roku dwóch policjantów z Cleveland dostało meldunek o czarnym uzbrojonym mężczyźnie, który celuje w ludzi na placu zabaw. Gdy przyjechali, mężczyzna sięgnął po broń wciśniętą za pas spodni. Timothy Loehmann postrzelił Tamira Rice’a ze skutkiem śmiertelnym. Tyle że, jak w Radiu Erewań, groźny mężczyzna okazał się dwunastoletnim chłopcem, a jego broń – plastikową zabawką. Albo ta. Rutynowy patrol zatrzymał samochód Philando Castile’a, a gdy ten chciał się wylegitymować, policjant zastrzelił go w obawie, że czarny mężczyzna sięgał po broń. Dziewczyna Castile’a transmitowała jego śmierć na żywo przez komórkę. Gdy policjanci ją zaaresztowali i siłą wyciągnęli z samochodu, zaczęła wrzeszczeć, płakać i modlić się do Jezusa. Jej czteroletnia córka uspokajała ją: „Wszystko w porządku, jestem przy tobie”. Albo ta. Dnia 9 sierpnia 2014 roku Michael Brown wszedł ze swoim kumplem do sklepu monopolowego w Ferguson, chcieli ukraść karton fajek za 34 dolary. Gdy kasjer poprosił ich, żeby zapłacili, Brown chwycił go za frak i szurnął o ladę. Na meldunek o rabunku odpowiedział policjant Darren Wilson, który w trakcie patrolu wyhaczył dwóch podejrzanych chłopaków. Podczas konfrontacji wystrzelił w kierunku Browna 12 pocisków. Dwie z tych spraw są nietypowe, bo Loehmann i Jeronimo Yanez, zabójca Castile’a, zostali osądzeni i skazani. Sprawa Wilsona i Browna miała bardziej oczekiwany przebieg. Po kilku miesiącach prokuratura stwierdziła, że nie wniesie oskarżenia przeciwko funkcjonariuszowi. Tego samego dnia przed komendą policji w Ferguson zebrały się setki osób, w tym rodzice Browna. Jego ojciec wrzeszczał do kamer: „Burn this motherfucker down!”. W mieście wybuchły zamieszki: płonęły sklepy, zniszczono kilkanaście radiowozów.

Wesley Lowery, They Can't Kill Us All, Little, Brown and Company, 256 stron, w sprzedaży od 15 listopada 2016Wesley Lowery, They Can't Kill Us All”,
Little, Brown and Company, 256 stron, w sprzedaży od listopada 2016
Dziennikarz Wesley Lowery w wydanej pod koniec 2016 roku książce „They Can’t Kill Us All” (Nie zabijecie nas wszystkich) zauważył, że od 1935 roku wszystkie zamieszki rasowe brały swój początek od jakiegoś incydentu z policją. W 1935 roku w Harlemie szesnastoletni Portorykańczyk ukradł scyzoryk ze sklepu z mydłem i powidłem. Właściciel wezwał policję, ale zanim patrol przyjechał, przed sklepem zebrała się gromada wkurzonych ludzi. Na mieście usłyszeli, że czarny chłopiec zginął za kradzież słodyczy, a policja chce zatuszować sprawę i ukryć ciało. Spanikowany sklepikarz wycofał skargę, a funkcjonariusze wypuścili chłopca tylnymi drzwiami, ale czas na ugaszenie pożaru minął. Zamieszki w Harlemie – największa rasowa rozróba w Stanach do czasu późniejszych o prawie 60 lat rozruchów w Los Angeles po ogłoszeniu wyniku w sprawie pobicia Rodneya Kinga – zakończyły się 125 aresztowaniami, trzema ofiarami śmiertelnymi i dwoma milionami dolarów w stratach. Stały się też wzorem dla kolejnych zamieszek na tle rasowym. Czarna społeczność, gotująca się pod wpływem bezrobocia, izolacji, braku kontroli nad własnym życiem, wybuchała z powodu jakiegoś agresywnego incydentu z udziałem policjantów. Jak w grze w jengę, ostatni wyciągnięty klocek może i wywoływał upadek wieży, ale to wszystkie poprzednie ruchy graczy pozbawiały ją stabilności. James Baldwin, pisarz z Harlemu, jeszcze w 1963 roku nawiązywał do tamtych wydarzeń. Pisał: „Jeśli my – my to relatywnie uświadomieni czarni, którzy powinni, jak kochankowie, ukształtować sumienie partnerów – nie polegniemy w trakcie służby, będziemy mogli, nawet pomimo tego, że jest nas garstka, skończyć z koszmarem segregacji, spełnić amerykańskie ideały i zmienić świat. Jeśli teraz nie zaryzykujemy wszystkim, czeka nas wypełnienie biblijnej przepowiedni z pieśni niewolnika: «Bóg dał Noemu tęczy znak / Dość już wody, ognia czas»”.


Run the Jewels stoją po stronie ognia. W „Hey Kids (Bumaye)” Killer Mike fantazjuje o rewolucji, w której wściekli ludzie w maskach narciarskich, z oskardami i toporami rozprawią się z faszystami i obrabują wszystkich żyjących Rothschildów, Billa Gatesa i ducha Steve'a Jobsa. Refren „Kill the Masters” brzmi… no cóż, właśnie tak. W „Don’t Get Captured” EL-P wciela się w skorumpowanego policjanta: „Some call it work, but it's more like an art / We just paint the walls with your heart / And we better not catch you”. W „Thieves” Killer Mike przypomina dziennikarza CNN Dona Lemona, który donosił, że protestujący pod komisariatem policji w Ferguson… jarali dżointy.

W ogóle w świecie „trójki” żadna instytucja nie zasługuje na zaufanie. „Stay Gold” to hymn na cześć złota, Mike chce, by nazywać go Kadafim i płacić mu za koncerty w złocie, bo papier to gówno warta rządowa propaganda i narzędzie inwigilacji. Życie w Stanach to wojna z szatanem, który nosi brzydki tupecik i opaleniznę w aerozolu („Talk to Me”), a każdy dzień to bitwa o przetrwanie: „Born Black, that's dead on arrival / My job is to fight for survival / In spite of these #AllLivesMatter-ass white folk”. To jasne, że w trakcie apokalipsy proces polityczny nie działa. Oczywiście można zanieść władzy swoje postulaty –  w „Panther Like a Panther” Mike mówi Berniemu Sandersowi, że dochody z legalizacji marihuany powinno się wypłacić czarnym jako reparacje – ale nie ma się co spodziewać, że zostaną wzięte na poważnie. Rząd nie słucha, działa poza prawem i gotuje crack („Talk to Me”), którym niszczy getta.

Jak w tej sytuacji można liczyć na system? Zareagować można albo przemocą, albo czymś na kształt impulsu religijnego. Podczas Marszu Miliona Mężczyzn w Waszyngtonie Louis Farrakhan, lider Narodu Islamu, przemówił: „Wolność nie przychodzi od nikogo poza Bogiem, który uwalnia duszę od ciężaru grzechu”. Killer Mike kończy opowieść o swoim zamordowanym kumplu w tym samym duchu; wybacza mordercy i życzy mu powodzenia. Jeśli nie brutalna rewolucja – czy rewolucja może nie być brutalna? – to przemiana wewnętrzna i duchowa, która może rozleje się na całe społeczeństwo.

Run the Jewels, 3, DsdfdfRun the Jewels, „3”,
Run the Jewels/RED 2016
W tym sensie „trójka” to album antypolityczny i zaangażowany równocześnie. Nie jest to jednak wynalazek Run the Jewels, skład podąża po prostu śladem amerykańskiego ruchu protestu przeciw brutalności i rasizmowi policji. Młodzi czarni aktywiści – opisywani w książce Lowery’ego – w ciągu kilku lat między wyborami prezydenckimi z 2008 roku a śmiercią Michaela Browna w 2014 roku przeszli od nadziei ulokowanej w Obamie i Białym Domu, a szerzej w zinstytucjonalizowanej polityce, do zupełnego rozczarowania. Na poziomie indywidualnym najbardziej poruszającym świadectwem utraty wiary w działanie, ideały ruchu praw obywatelskich z lat 60. i w politykę w ogóle jest gorzki esej Ta-Nehisiego Coatesa „Between World and Me” (Między światem a mną). W liście do swojego piętnastoletniego syna Coates wspomina dzień, w którym prokurator ogłosił, że nie wniesie oskarżenia wobec Darrena Wilsona: „Ludzie, którzy zostawili ciało Browna na ulicy, jak jakiś przerażający totem świętej władzy, nigdy nie zostaną ukarani. Nie oczekiwałem wprawdzie, że ktokolwiek poniesie odpowiedzialność za to, co się stało, ale ty byłeś młody i wciąż wierzyłeś. Nie spałeś do godziny 23, czekając na ogłoszenie o procesie, a gdy w zamian poinformowano, że ten się nie odbędzie, powiedziałeś, że musisz iść i zamknąłeś się w swoim pokoju, a ja usłyszałem, że płaczesz. Przyszedłem po pięciu minutach, ale nie przytuliłem cię i nie pocieszyłem cię, bo czułem, że to niewłaściwe. Nie powiedziałem ci, że wszystko będzie dobrze, ponieważ nigdy w to nie wierzyłem”. 

Gdzie jest granica dla zaangażowania w muzyce? Do czego jesteśmy uprawnieni jako słuchacze i krytycy? Jak wiele nadziei możemy pokładać w naszych bohaterach?

W 1987 roku Bill Stepney, hiphopowy aktywista, który przekonał zespół Public Enemy do podpisania kontraktu z wytwórnią Def Jam, został zaproszony na dyskusję panelową, w trakcie której poeta Amiri Baraka wypominał grupie, że nie chce poprowadzić czarnej społeczności ku rewolucji. Stepney odpowiedział tak: „Biada społeczności, która chce oddać przywództwo polityczne raperom. Skoro liderzy społeczni nie potrafią wziąć odpowiedzialności za swoich ludzi, zrzucimy ten obowiązek na osiemnastolatka z szalonym flow? Jeśli o naszej przyszłości ma decydować osiemnastolatek bez planu, to mamy kłopot. Właściwie to mamy przejebane”.