Magazyn młodych bandytów
redakcja pisma „Brum”, fot. Tomasz „Waciak” Wójcik

25 minut czytania

/ Muzyka

Magazyn młodych bandytów

Jakub Bożek

Pismo „Brum” zaczynało w czasach, w których mało kto potrafił korzystać z komputera, a autoryzację przeprowadzało się telefonicznie lub faksem. Zamknęło się w 1999 roku, w dobrym, kapitalistycznym stylu. Bez wyjaśnień i bez pieniędzy

Jeszcze 6 minut czytania

Dziennikarze „Brumu” po plajcie magazynu poradzili sobie nieźle. Naczelny Kuba Wojewódzki jak powszechnie wiadomo został celebrytą, a wydawca Tomasz Dąbrowski pozostał wydawcą – nie tylko produkuje program Wojewódzkiego w TVN-ie, ale też współprowadzi Wielką Literę, w której ukazują się między innymi książki Janusza L. Wiśniewskiego. Z Rafałem Księżykiem spotykam się niedaleko redakcji „Playboya”, gdzie pełni funkcję naczelnego. Tomasz „Waciak” Wójcik siedzi biurko obok niego i tak jak za czasów „Brumu” łamie i składa. Żeby porozmawiać z Arturem Podgórskim jadę do redakcji „Polityki”, siedzi do późna, bo przygotowuje jubileuszowy numer na sześćdziesięciolecie tygodnika. Taki widocznie los sekretarza redakcji. Wojtek Lada pracuje teraz na własny rachunek i pisze książki historyczne – Znak wydał mu „Polskich terrorystów” – ale w przeszłości dowodził działem kultury w „Życiu Warszawy”. Generalnie – ludzie sukcesu.

Pytanie: czy „Brum” poradził sobie z upływem czasu tak dobrze jak oni?

***

Na początku było radio, konkretnie Trójka. Piotr Majewski, prowadzący wcześniej „Krajową Scenę Młodzieżową”, wymyślił audycję-wehikuł dla nowej fali polskiego rocka lat 90. Drapieżny brumiący tytuł, chaotyczna czołówka, zmieniający się prezenterzy – każdy dostawał jeden dzień – słodki adrenalinowy strzał na antenie nadawany od poniedziałku do piątku w popołudniowym paśmie. W redakcji panował twórczy chaos, na kolegiach stawiało się nawet po kilkanaście osób: Majewski, Tomasz Żąda, Piotr Klatt, Jerzy Owsiak, Wojewódzki, znajomi muzycy, Ala Leszczyńska oddelegowana z ramienia radia.

Redaktorzy nie mieli nawet dostępu do odtwarzacza płyt CD, wszystkie materiały odsłuchiwano z kaset. Ktoś co prawda wstawił im do pokoju komputer, pierwszy na Myśliwieckiej, ale że nikt nie za bardzo potrafił z niego korzystać, „Brum” trwał przy dyktacie analogu.

Audycja miała zasięg i wpływ na polski rynek muzyczny, choć trudno powiedzieć, czy chodziło o oddolne ciśnienie słuchaczy czy o związki redaktorów z menadżerami rodzącego się wówczas polskiego szołbizu. Za przykład niech posłuży historia olsztyńskiego Big Daya: po wizycie w redakcji zespół zostawił „Brumowi” płytę-demo, ale bez żadnych informacji kontaktowych, więc Żąda apelował potem na antenie, żeby się odezwali. Niedługo potem olsztynianie trafili do telewizyjnego programu „Luz”, współprowadzonego przez Żądę, gdzie dali krótki występ na żywo. Kamera zakochała się w fotogenicznej wokalistce, tak samo zresztą, jak i obecna na widowni Katarzyna Kanclerz z podwarszawskiego Izabelina, jednej z czterech wielkich wytwórni płytowych z początku lat 90. Szybki kontrakt, nominacja do Fryderyka w kategorii debiut 1994 roku, i złota płyta w kolejnym, tylko potwierdziły reputację Kanclerz jako osoby z dobrym nosem. Zresztą inny zespół z jej stajni, Hey, też sporo zawdzięczał Trójce.

„Brum” w miarę dojrzewania wylewał się i poza radio. W warszawskiej Sali Kongresowej i w gdańskiej Olivii odbyły się dwa wielkie brumowe koncerty – bilety rozeszły się tak szybko, że ci bez refleksu musieli negocjować ceny z konikami. Redakcja wspierała też Wielką Orkiestrę Świątecznej Pomocy – podobno pierwsze koperty z banknotami od darczyńców przychodziły na Myśliwiecką – no i oczywiście Jarocin, w plebiscycie z 1991 roku uznany za wydarzenie roku. Edycję festiwalu z 1993 roku organizował zaś sam Wojewódzki, i to chyba w warszawskim biurze Jarocina ’93 musiał powstać pomysł na nowy miesięcznik muzyczny „Brum”.

Pierwszy numer „magazynu młodych bandytów” (jak głosił jego podtytuł) ukazał się we wrześniu 1993 roku i wyglądał bardziej na gazetę festiwalową niż na pismo z planem na podbój rynku. Zamiast wstępniaka pojawiło się tylko kilka enigmatycznych słów od Wojewódzkiego: „czołem dzikie dzieciaki. proponujemy Wam drugie, jedyne swawolne pismo rockowe. szukajcie a znajdziecie, wczoraj w brumie dziś w brum gazecie…” [we wszystkich cytatach zachowuję pisownię oryginalną – przyp. JB]. Punkowe treści zapakowano w adekwatną punkową formę – skład miał anarchiczny charakter, a redakcję i korektę nazwałbym permisywnymi – więc mogło się wydawać, że pismo przygotowano pod namiotem. Oczywiście, jako że prowizorka zazwyczaj okazuje się niezwykle trwała, „Brum” już do końca miał ten anarchiczno-efemeryczny charakter, mimo że zmieniał się niemal z numeru na numer. Pewne kwestie pozostawały jednak niezmienne, na przykład skład redakcyjny.

Już w pierwszym, jarocińskim numerze dla „Brumu” pisali ludzie, którzy będą się z nim kojarzyć do samego końca: Rafał Księżyk, Anita Bartosik, Wojtek Lada (pod pseudonimem Wojciech Wysocki), Adaś Kowalczyk. Poznali się w biurze organizacyjnym Jarocina, i chociaż nie mieli wielkiego doświadczenia w pisaniu, i tak zostali zatrudnieni przez Wojewódzkiego. Zresztą niedługo po transformacji brak doświadczenia absolutnie nie przeszkadzał w pracy w mediach, zdezorientowanych kapitalizmem i otwartych na najdziwaczniejsze eksperymenty. „Lalamido” w państwowej telewizji w szczycie oglądalności miało ponoć trzymilionową widownię, a w mediach prywatnych działy się nawet i dziwniejsze rzeczy. W raczkującym radiu Eska do studia wpuszczano ludzi z ulicy przychodzących z ulubionymi płytami, czasami dość ekscentrycznych. Księżyk wspomina na przykład, że gdy malował pokój w akademiku, w Esce nadawano właśnie trzypłytowy cykl Gongu o radiowych gnomach. Inna enklawa dziwności powstawała w dwupokojowym mieszkaniu w centrum Warszawy, skąd na samym początku emitowało Radio Zet. Księżyk złożył tam nawet podanie o pracę, ale jego kandydatura przepadła ze względu na brak radiowego głosu.

Andrzej Woyciechowski, pierwszy prezes Zetki, zatrudnił za to jego przyszłego redakcyjnego kumpla, Waciaka. „Przyjął mnie do pracy, ale tylko dlatego, że zachowałem się jak idiota. W ogłoszeniu napisali, że szukali reporterów i wydało mi się to strasznie dziwne. Przyszedłem do nich z aparatem i powiedziałem, że nie ma sprawy, mogę robić dla nich zdjęcia, nawet za darmo! Woyciechowski pomyślał pewnie, że zwariowałem”. Dał mu czas antenowy późno w nocy i wolną rękę, czego szybko zresztą pożałował. Pierwszy autorski program Waciaka nazywał się „Wszystko tyłem”, i jak sama nazwa wskazuje, polegał na puszczaniu płyt od tyłu, co wymagało ręcznego kręcenia winylem w miarę stałym rytmie. W przerwach od muzyki prowadzący wpadali w absurdalne dialogi albo czytali na głos powieści Lema. Audycja skończyła się, gdy Woyciechowski przypadkowo włączył Zetkę podczas jazdy samochodem. „Nazajutrz przyszedł do redakcji i kazał nam wypieprzać” – wspomina Waciak.

Z początku redakcja „Brumu” dzieliła się na dwie frakcje: ludzi osadzonych w mediach, w tym w trójkowym „Brumie”, i młodych pomagierów z naboru jarocińskiego. Ci pierwsi robili większe materiały i ważniejsze wywiady, ci drudzy przyuczali się na niszowych artystach i pisaniu recenzji. Wszystkiego pilnował Wojewódzki, choć może to i za dużo powiedziane. Bywał w redakcji i czytał teksty, ale już wtedy siedział w rozkroku między celebrycką sławą a robotą dziennikarską, więc pisał mało, a decyzje w sprawach merytorycznych zostawiał ówczesnej dziewczynie i sekretarz redakcji, Anicie Bartosik. Do jej obowiązków należało też redagowanie oraz… przygotowanie materiałów dla elektrozecera. W końcu w 1993 roku mało kto miał komputer, więc teksty od autorów spływały na maszynopisach. Bartosik zawoziła je na Anielewicza, gdzie „człowiek z komputerem” przepisywał wszystko w edytorze tekstu i zgrywał na dyskietkę dla studia DTP. W tych strasznych czasach autoryzację przeprowadzało się telefonicznie lub faksem… No chyba, że akurat ktoś trafił na Pawła Kukiza, który na prośbę Księżyka o autoryzację odpowiedział, że wszystko co mówił to „kwestia chwili, do niczego go nie zobowiązuje, bo jutro wszystko może być inaczej”.

Po kilku miesiącach od startu trójkowy stempel zniknął z okładki miesięcznika, a stara radiowa gwardia, przede wszystkim Tomasz Żąda i Piotr Klatt, zakończyła współpracę z pismem. Poszło o aferę w Trójce, w wyniku której Wojewódzkiego wyrzucono najpierw z „Brumu”, a potem z samego radia. Co ciekawe, na łamach miesięcznika o samej sprawie nikt nie pisał aż do 1996 roku, kiedy w numerze jubileuszowym naczelny wyrzucił z siebie strumień złośliwości adresowany do byłych kolegów. „Z «Brumu» zostałem wyrzucony za parszywy charakter, nagminne skłonności do bycia złym człowiekiem, niechęć do kolektywizmu i brak szacunku do starszych. Z Trójki za usilnym wstawiennictwem Wojtka Ossowskiego za całokształt swej podłości ludzkiej. Wtedy to postanowiłam nigdy nie należeć już do klubu, do którego należeliby liderzy mojej inkwizycji: Klatt, Owsiak i Chmiel [Maciej – przyp. JB], a w którym to postanowieniu trwam do dziś”.

Dzięki sprytnemu manewrowi – firma Wojewódzkiego, Zjednoczenie, zastrzegła nazwę „Brum” w sądzie – miesięcznik mógł zachować swój tytuł mimo grymaszenia ze strony Trójki. Od tego momentu płynęli już pod swoją banderą.  W tym samym wstępniaku Wojewódzki określił też – wreszcie! – misję pisma: „Istotą «Brumu» był instynkt penetracyjny, ciąg łowczy i odkrywanie nieodkrytych, i tę misję staramy się kontynuować. W gazecie nie interesuje nas ślizg na schemacie, odrabianie pańszczyzny, tak jak nie interesuje nas wykopaliskowy dęty artyzm czy nekrofilia zwierzeń idoli starszych od swojskiego węgla. Za grzebanie w nutach, interwałach czy ostinatowych pochodach basu wysyłamy w kosmos”. Wojewódzki naturalnie prężył muskuły, bo „Brum” wciąż musiał składać daninę rynkowi muzycznemu i gustom słuchaczy, i to uwikłanie widać w każdym numerze. „Brum” nie był w końcu zinem, miał zarabiać.

W piśmie dominowały więc wywiady z dużymi gwiazdami, na okładkach królowali Nosowska, Gawliński, Kazik, punkowi herosi z Dezertera czy Tomasz Lipiński. W pisaniu wyczuwało się uwiedzenie branżą, nieco interesowne lub całkiem szczere. Wojewódzki starał się trzymać dobre relacje z dominującymi wydawcami i artystami, których zapraszał do telewizyjnego „Rockandrollera”, a jako narzędzia dyplomacji używał rzadkich wywiadów czy końcoworocznych podsumowań. W 1994 roku pisał z zachwytem o kobietach-menadżerkach: „Kobiety coraz intensywniej i coraz skuteczniej rządzą też za kulisami. Najbardziej prężny management łączy się w tym roku z nazwiskami pań. Kasia Kanclerz (niektórzy mówią Frau Bismark). Pierwszy Ojciec Chrzestny w spódnicy i długa lista «Izabelińskich trafień». Martyna Jakubowicz i Grażyna Górka. Duet na miarę Żwirki i Wigury. Wysokie, długie loty w promocji Illusion i Leszka Janerki. Joanna Wysocka w duecie z Muńkiem i jego Prymitywami wpakowała zespół w zawirowanie jakiego jeszcze nie przeżył. Panna z Wilka czyli Monika Gawlińska. Z determinacją i uporem przebija się przez Wilcze prawa rynku”.

Młodszym autorom branża musiała imponować bezinteresownie, ale nic w tym dziwnego – polski rynek muzyczny chyba nigdy nie miał się lepiej niż w pierwszej połowie lat 90. MJM sprzedawała setki tysięcy kaset Wilków, a Izabelin miał całą stajnię dostarczycieli hitów, z Heyem na czele. Ta witalność lokalnego rynku zachęciła w końcu zachodnie koncerny do inwestowania w Polsce, co przełożyło się na falę fuzji: MJM zmienił się w przedstawicielstwo Sony Music, Polton – Warner Music, Pomaton – EMI, a Izabelin – Universalu.

Ale i rdzennie polski kapitał, w postaci „dziwnych panów z walizkami pieniędzy”, widział dla siebie miejsce w branży. Przez moment chyba najgłośniej zrobiło się o założonej przez Andrzeja Mackiewicza wytwórni Loud   Out Records, która wsławiła się „kontraktem stulecia” z zespołem InCrowd. Zespół Sidneya Polaka i Macieja Majchrzaka miał ponoć otrzymać dwuipółmiliardową zaliczkę (dwa i pół miliona nowych złotych), ale jeszcze zanim po scenie przetoczyła się fala ekscytacji, okazało się, że był to po prostu „fake news”, mający nakręcić publiczność na nowy zespół. Inny polski przedsiębiorca, Janusz Baron, w Piekarach Śląskich wydawał death, doom i black metal, ale robił też zakusy na terytoria muzyki popularnej. W 1992 roku przyjechał do Warszawy, żeby w knajpie „U Szwejka” spotkać się z Muńkiem Staszczykiem. Baron podał mu pod stołem walizkę z kasą, i w ten sposób został wydawcą „Kinga”.

Wytwórnie miały też spore budżety promocyjne, i wydawały te pieniądze hojną ręką. Czasami dość nieroztropnie, na przykład na bankiety towarzyszące premierom płyt, które czasem zabawnie kolidowały z ideolo artystów. Z tego też względu na przyjęciu na cześć debiutu punkowego The-Billa wydanego przez Warner Music do jedzenia podano tylko pieczone ziemniaki. (Nic na tym froncie nie przebije jednak organizatorów rejwu „Noc zjednoczenia”, którzy DJ-om i dziennikarzom zaserwowali całego pieczonego prosiaka z jabłkiem w pysku). Z budżetów promocyjnych kupowano też oczywiście ogłoszenia w prasie, z których utrzymywał się „Brum”.

  Tu dochodzimy do odwiecznego konfliktu interesów na linii branża-prasa, w tym wypadku wyostrzonego przez marketingową politykę wydawcy miesięcznika Tomasza Dąbrowskiego, który nie zgadzał się na publikowanie reklam papierosów i alkoholu. Zdarzało się więc czasem, że Dąbrowski brał jakiegoś dziennikarza na dywanik z powodu ostrzejszej recenzji. Gdy Artur Podgórski napisał nieprzychylną recenzję płyty Dezertera, Dąbrowski wziął go do siebie i rozgoryczony spytał: „Podgórski, czemu ty napisałeś, że to jest taka kijowa płyta? Wiesz, że mi teraz będą zdejmować wszystkie reklamy”. Wcześniej podobno dzwonił do niego ktoś z Universalu…

Innego dnia Wojtek Lada odebrał telefon od Janusza Barona: „Dzień dobry, ile u państwa kosztuje recenzja”. Ogłupiały Lada odpowiedział, że przecież on już dostaje wierszówkę. Ciśnienie wywoływały też relacje towarzyskie Wojewódzkiego. Gdy Lada zjechał płytę „Transmission into Your Heart” Houka, między innymi za „opowieści o magicznych symbolach i innych bzdurach” Malejonka i „bezosobowe wtapianie się w modę”, Malejonek, kumpel naczelnego, napisał wściekły list do redakcji, a Wojewódzki, żeby uniknąć takich sytuacji w przyszłości, wprowadził recenzje pro i kontra.

„Kuba chciał być i krytykiem, i mieć kolegów. Brylować, zapraszać ich do programu w telewizji czy w radiu. Nie bardzo z tym walczyliśmy, bo jako naczelny dawał nam całkowitą swobodę działania w niszy, w zamian decydował o okładce i dużych wywiadach” – tak Lada podsumowuje te drobne ustępstwa, na które musieli iść, by swobodnie robić gazetę, jakiej chcieli. A faktycznie cieszyli się nadzwyczajną swobodą, na co najlepszym dowodem była szalona, kopnięta makieta przygotowana przez Waciaka, który do „Brumu” przeszedł z redakcji „Tylko Rocka” za radą fotografa Andrzeja Georgiewa. Waciak czarował Wojewódzkiego i Dąbrowskiego, że skoro mają punkowe pismo, powinni się zgodzić na adekwatny styl graficzny: charakterystyczne krzywe kolumny, nieczytelne tytuły nachodzące na tekst, zestawienia barw uniemożliwiające czytanie, tak samo jak cienkie linie prowadzące podstępną walkę o dominację z tekstem. Czarował, czarował, opowiadał im o awangardowym piśmie „Ray Gun” stosującym nawet bardziej odjechane zabiegi, jak druk czarnego na czarnym, i w końcu jakoś poszło. Po zesłaniu pierwszego „nowego” numeru pisma do drukarni, Waciak odebrał nocny telefon z informacją, że coś się chyba popsuło, bo kolumny są krzywe.     Odpowiedział, że to bardzo dobrze i że byłoby jeszcze lepiej, gdyby wychodziły poza spady, czyli te części arkusza, które się ścina.

Chyba tylko jeden pomysł Waciaka okazał się zbyt kontrowersyjny, nawet dla tak liberalnej redakcji. W „Plastiku”, technoidalnym młodszym bracie „Brumu”, dzięki inicjatywie Księżyka Dariusz Misiuna publikował comiesięczne felietony o modyfikacjach ciała: amputacjach, tatuażach, o technice przewiercenia czaszki dającej ciągły haj. Waciak wymyślił, że zrobi fotostory do jednego z tekstów Misiuny o facecie, który „obciął sobie jaja, usmażył na patelni i potem zjadł. Jak zobaczyli to w redakcji, kazali mi wypieprzać i żebym się więcej nie pokazywał”. Przynajmniej do następnego razu.

W pisaniu również obowiązywała kategoria stylu dowolnego, co w pierwszych numerach tłumaczyło się na zupełną amatorkę. W drugim numerze z 1993 roku wiodący wywiad Anity Bartosik z Kasią Nosowską i Piotrem Banachem z Heya rozśmiesza nadmiernie familiarnym tonem i naiwnością po obu stronach. „Kasiu, co kojarzy Ci się ze słowem: mężczyzna? - Nie wiem czemu, ale pierwsze co przychodzi mi teraz do głowy to: wróg...”. Banach z kolei tak odpowiedział na pytanie o mamę: „Jest wspaniała i to wszystko. Pytasz mnie o kompleks Edypa?”.

Bartosik zresztą miała słabość do eksplorowania relacji damsko-męskich w zespołach swoich rozmówców. Podczas wywiadu z Big Day poprosiła basistę i współzałożyciela grupy Marcina Ciurapińskiego, żeby zostawił ją na chwilę sam na sam z jego żoną Anną. „Jakim jest mężczyzną? – Nieprzewidywalnym […] Uważam, że jak na mężczyznę ma bardzo ładne dłonie”. Złoty medal w kategorii wywiadu absurdalnego zdobywa jednak rozmowa z Grzegorzem     Kazimierczakiem z Variété przeprowadzona przez „Jana z Gór”. „Czy cieszysz się z tego, że właśnie wkraczamy w erę Wodnika?” – pytał Jano, a Kazimierczak prawił, że „każdy człowiek jest wszechświatem […] ale nie każdy człowiek jest twórcą innych wszechświatów”. Na sam koniec Jano dokonuje malowniczego sabotażu za pomocą postscriptum: „Następnego dnia przesłuchiwałem kasetę z nagranym wywiadem. Grzegorz spał – wypoczywał przed czekającym go koncertem. Im dłużej słuchałem, tym coraz częściej docierała do mnie myśl, że na wiele najważniejszych pytań Grzegorz odpowiada nie wprost. Pomyślałem wtedy, że może chce opowiedzieć o swoim świecie, ale nie ma go kto o ten świat dobrze wypytać. Kiedy się obudził, powiedziałem mu o swoich wątpliwościach i zapytałem, czy był kiedykolwiek zadowolony z wywiadu, jaki z nim do tej pory przeprowadzono. «Nie, nigdy» – odpowiedział krótko”.

Może i uczyli się operować na żywym organizmie, ale pacjent okazał się dość silny, żeby to przeżyć i stanąć na nogi. Pismo z numeru na numer stawało się lepsze, ciekawsze, żwawsze, i co niezmienne absolutnie chaotyczne. Raportom o gwiazdach polskiego rynku muzycznego towarzyszyły korespondencje z mniej istotnych, choć niezwykle ciekawych, rubieży. Artur Podgórski jako pierwszy pisał o muzyce tanecznej i elektronicznej (w rubryce „Lema nie czytałeś?” słowami Igora Czerniawskiego ogłosił, że rock umarł i „kisi się jak kiszona kapusta”), Rafał Księżyk promował niszowe wytwórnie, jak Obuh, QQRYQ, Music Corner, Złota Skała, Wojciech Lada pisał o niszowym, matematycznym metalu.

Muzyka gitarowa wprawdzie i tak dominowała, ale brumowcy zrobili przeciąg w głowach słuchaczy i starali się otworzyć ich na szersze spektrum dźwięków niż pankopolowe trzy akordy, darcie mordy. Recenzje nabierały kąśliwości, wywiady nie trąciły już amatorszczyzną, choć po prawdzie „Brumowi” – nawet już po okrzepnięciu – zawsze bliżej było do bloga niż do w pełni sprofesjonalizowanej redakcji. Młodzi czytelnicy doceniali bezpretensjonalność, do redakcji przychodziły setki listów z komplementami, nieporadnymi tekstami typu „recenzja muzyki” albo „list o ludziach” („Co ja osobiście sądzę o ludziach? Po co żyję? Po co oni żyją?”), narzekaniami na marną jakość techniczną kaset czy naprawdę poruszającymi osobistymi historiami o uzależnieniach czy problemach rodzinnych.

Fani – choć nie wprost – zdecydowali też chyba o raczej apolitycznym i izolacjonistycznym charakterze pisma. W liście z 1994 roku niejaki Darek pisał tak: „Od rana do południa małpa dyro strzela nawijkę o odpowiedzialności wyborcy i potem dwa razy to samo, w sam na sam z Żądą w «Luzie» i «Brumie», a wieczorem na szosie spotkam pewnie Leppera. Bracie ratuj!!! Gdzie się schować?”. Jeśli już w magazynie młodych bandytów pojawiała się polityka, to w formie strawnej dla nastolatków, na przykład w postaci raportów Podgórskiego o subkulturach punków, anarchistów i skinów i wojnach między nimi, albo w zaangażowanych ekologicznych felietonach Jaremy Dubiela, założyciela ruchu „Wolność i Pokój”, w których namawiał, żeby gonić z kijem ludzi obrączkujących bociany.

Bartosik wprowadzała elementy polityki tożsamości i feminizmu, zawsze obecne w jej pisaniu, nawet jeśli drugoplanowe. Pisała o nietolerancji wobec homoseksualizmu, potrafiła spytać Kasię Kowalską, co myśli o wojnie w Jugosławii, a Lwa Starowicza o szkodliwy wpływ Kościoła na edukację seksualną. W ogóle promowała dziewczyny, te klasycznie „kobiece” i pyskate punkówy. W jednym z tekstów podała chyba najlepszą definicję postpunku, w postaci smakowitej anegdoty prosto z Jarocina ’90. W roli głównej: Tomek Lipiński i basistka Bundeswehry, zespołu wybranego przez jury do koncertu na dużej scenie. Gdy basistka męczy się z pożyczoną gitą – zespół odesłał swoje instrumenty do domu, bo do głowy im nie przyszło, że uda się im zagrać na głównej – Lipiński służy jej nieśmiałą radą: „Troszkę ci instrument nie stroi”. W odpowiedzi słyszy: „Człowieku, przejmujesz się?!”.

Generalnie jednak w „Brumie” dominowała tendencja do niemieszania się w politykę, dość tradycyjna zresztą w świecie polskiej prasy muzycznej. W numerach „Magazynu Muzycznego” z 1989 roku nie ma na przykład śladu o końcu PRL-u. Chłopaki z „Brumu” też niezbyt interesowali się bieżącą polityką, Wysocki opowiada mi, że choć pokończyli prawo i historię, w przerwach na fajkę dyskutowali raczej o religioznawstwie i szamanizmie, a w pociągach czytali Mirceę Eliadego.

Bezpretensjonalność miała też swoje wady, „Brum” – co doskonale widać z dzisiejszej perspektywy – był towarem jednorazowego użytku, „pismem chwili”, jak nazywa je Lada. Nie zostawił po sobie swoich artystów, stylu pisania (Rafał Księżyk wprawdzie niewątpliwie jest punktem odniesienia dla polskiej krytyki muzycznej, ale nie ma czegoś takiego jak szkoła „Brumu”) czy pamiętnych skandali. Ba! Pismo nie weszło nawet w oczywisty konflikt ze swoim jedynym konkurentem, czyli „Tylko Rockiem”. Co prawda w obu redakcjach podgryzano się od czasu do czasu, ale konflikt nigdy nie wylał się na papier.

To samo dotyczyło mediów głównego nurtu. „To co czytaliśmy w tygodnikach czy prasie codziennej o muzyce wydawało się nam zupełnym idiotyzmem i betonem” – mówi Księżyk. Ale nawet jeśli się wkurzali, robili to po cichu.

***

„Brum” zamknął się w 1999 roku, w dobrym kapitalistycznym stylu. Bez wyjaśnień i bez pieniędzy. Co prawda mieli wcześniej złowróżbne sygnały typu kilka miesięcy bez wypłaty, od których uratował ich w końcu „pan Andrzej” z Loud Out Records, który przyjechał do redakcji z walizką pieniędzy, żeby zapłacić za ogłoszenia, ale w tych efemerycznych czasach niestabilność finansowa zdawała się normalna. W końcu jednak pismo padło, a właściwie zostało sprzedane dwóm biznesmenom prowadzącym hurtownię książek w Warszawie. Ci najpierw wypłacali zaległe pensje („Tysiąc złotych mogę zapłacić na razie!”), ale i tak w końcu się zawinęli, przypieczętowując los pisma.

Co nam zostało po „Brumie”? Poza kilkudziesięcioma numerami, chyba niewiele, na co dowodem niech będzie désintéressement przemysłu nostalgii: na rynku nie ma brumowych koszulek i pinów i chyba nikt na poważnie nie myśli o reaktywacji tytułu. Czarna dziura lat 90. wessała „Brum” na dobre. Ale to nic złego. „Brum” chwycił ulotny moment lat 90. i rozpłynął się w nim.

Dziękuję wszystkim rozmówcom, w szczególności Rafałowi Księżykowi za wspaniałe opowieści o rynku muzycznym lat 90.