Efekt Transatlantyku
filin ilia / CC BY-NC-SA 2.0

14 minut czytania

/ Muzyka

Efekt Transatlantyku

Jakub Bożek

Jest jedna rzecz, którą wytwórnia może dać artyście. To wspólnotowa tożsamość i opowieść. A tak się złożyło, że ta opowiadana przez Transatlantyk idealnie trafiła w swój czas

Jeszcze 4 minuty czytania

Polo house, Baltic beat – ładne etykietki, prawda? Klasyfikowani tak artyści – Eltron John, Ptaki, Selvy, Das Komplex, Matat Professionals, Naphta, Lutto Lento – grają w europejskich klubach i wydają płyty w zagranicznych wytwórniach, piszą o nich poważne branżowe media. Niedawno duży tekst o lokalnej scenie opublikowało choćby „Juno Plus”, dziennikarski oddział dużego sklepu płytowego. Tytuł „Poland Rising” dobrze oddaje optymistyczne nastroje.

(Trzeba tu jednak zrobić pewne zastrzeżenie. Wszyscy artyści, o których tu mowa, wciąż grają muzykę niszową, nawet w świecie muzyki tanecznej. Ibiza raczej nie dla nich. Takie słowa, jak „popularność” czy „sukces” należy więc rozumieć w skali adekwatnej do zjawiska. O pieniądzach nie wspominam).

Naturalnie nie jest to pierwszy raz, kiedy ktoś z lokalnej sceny został dostrzeżony „na Zachodzie”. Jacek Sienkiewicz przez lata wydawał płyty w Cocoon, wytwórni Svena Vatha, a duet Catz ‘N Dogz to od lat światowa pierwsza liga. Wystarczy spojrzeć na to, kogo wydali we własnej wytwórni Pets Records czy kogo remiksowali. A jednak jest coś, co różni tę nową falę zainteresowania polską muzyką taneczną od poprzednich entuzjazmów. Wcześniej bowiem chodziło o historie indywidualnych sukcesów, teraz o swoje z powodzeniem upomniała się zaś cała scena. To naturalnie zasługa talentów i pracy wszystkich producentów czy didżejów, ale nie tylko. Samym talentem nie zdziała się bowiem wiele bez infrastruktury, czyli wytwórni, sklepów płytowych i rozbudowanej sieci kontaktów. Oraz łuta szczęścia, w tym przypadku do niemal perfekcyjnego wstrzelenia się w zeitgeist.

Zaczęło się od „Krystyny”. Przebojowy edit – czyli parkietowe przysposobienie – piosenki Krystyny Prońko autorstwa Ptaków roztapiał serca nawet największych twardzieli. Singiel pozwolił też Maciejowi Zambonowi na rozkręcenie wytwórni The Very Polish Cut Outs, w której „Krystyna” się ukazała. Bo choć TVPC działało całkiem prężnie, nawet na długo przed „Krystyną”, to jego życie było tylko wirtualne, a Zambon od samego początku chciał tłoczyć edity mniej lub bardziej zapomnianych polskich piosenek na płytach winylowych. Ten plan jednak udało się zrealizować dopiero po przeprowadzce do Berlina, miasta, które dla wszystkich chcących zdobyć pozycję w świecie muzyki tanecznej jest jak Londyn dla finansistów.

W nowych warunkach łatwiej mu było przyspieszyć. Dzięki pracy w Berlinie na pierwszą płytę, siódemkę z editami Breakoutu i Czerwonych Gitar, odłożył w trzy miesiące. Gdy inwestycja się zwróciła, wziął się za kolejną, czyli „Krystynę”. Dzięki przebojowi TVPC zostało zauważone nie tylko w Polsce. „Nasze płyty dobrze idą na przykład w Anglii. W skali globalnej to nadal jest niewiele, bo nie tłoczę nawet tysiąca sztuk, ale jak na tę niszę, w której siedzimy, to jest bardzo przyzwoity wynik” – stwierdza Zambon. Oczywiście, gdy zaczynał, i tak nigdy nie liczył na zawrotne zyski. Celem było raczej wyjście na „plusowe zero”, nietopienie własnych pieniędzy w hobby i jako taka płynność finansowa. To się udało: „Wydaję więcej płyt, obracam nieco większymi pieniędzmi. Mam też względny luz, bo nie muszę czekać, aż spłyną pieniądze z poprzedniej płyty. Poza tym płynność zawdzięczam też swojej normalnej pracy w Berlinie i setom w klubach”.

 

Pewnie mógłby wydawać polskie edity do końca świata – albo chociaż do momentu, w którym z powodu braku materiału musiałby sięgnąć po repertuar Eleni – ale całkiem niedawno Zambon ogłosił koniec TVPC. Chociaż wydaje się to nielogiczne – po co zamykać coś, co z trudem budowało się przez kilka lat? Łatwo to wytłumaczyć. „The Very Polish Cut Outs ma mnóstwo słuchaczy, ale mimo wszystko to jest jednak wysublimowane wcielenie w życie zasady inżyniera Mamonia. Klejenie ze znajomych elementów i znajomego brzmienia” – mówi Naphta.

Zambon chyba czuł tak samo, bo jak twierdzi: „Nie chciałem być tylko tym kolesiem od polskich editów”. W sumie trudno się dziwić, bo łatka „kolesia od editów” jest wyjątkowo niewygodna. Równocześnie, choć w Transatlantyku wychodzą rzeczy bardziej współczesne, wytwórnia jest zbudowana na dziedzictwie TVPC. Nie chodzi tylko o to, że w obu Zambon wydawał mniej więcej tych samych artystów, ale o to, że jego wizja i strategia wydawnicza w gruncie rzeczy pozostały takie same. „Dzięki TVPC udało mi się zbudować tożsamość. Dlatego Transatlantyk też ma od razu jakąś historię, to nie kolejna wytwórnia z tymi co zawsze artystami. Robię płyty raczej nieznanych – za granicą – postaci, w dodatku z jednego kraju, w każdym razie póki co, bo mam zamiar wydawać też Białorusinów czy Rumunów. I choć mógłbym współpracować z popularnymi producentami, eksploruję nieznane terytoria. To ryzykowniejszy, ale też fajniejszy sposób prowadzenia Transatlantyku”.

Naturalnie, nie jest to strategia całkiem wyjątkowa, o czym świadczą historie takich wytwórni jak 1080p i Mood Hut z Vancouver czy Permanent Vacation z Monachium. Wszystkie one skupiają się na lokalnych scenach i promują nieznanych artystów. Zresztą niektórzy z nich zyskują z czasem popularność, czego przykładem niech będą choćby Tensnake z Permanent Vacation czy Pender Street Steppers z Mood Hut. Kilka podobnych wytwórni powstało też w Polsce. Maciek Sienkiewicz założył Father And Son Records And Tapes, gdzie ukazała się między innymi fantastyczna, kosmiczna epka Das Komplex. W wydawniczej odnodze warszawskiego sklepu płytowego SideOne, S1 Warsaw, wyszła zaś jedna z najciekawszych tanecznych płyt tego roku, „Dial B for Fun Time”, czyli brudne, brzydkie disco Matat Professionals.

Powstanie tej infrastruktury ma kluczowe znaczenie dla promocji rodzimej muzyki tanecznej za granicą. (Chcąc nie chcąc, jest to naturalny kierunek dla sceny, bo to na Zachodzie toczy się życie; jest tam więcej pieniędzy, klubów czy mediów). Po pierwsze dlatego, że umożliwia polskim artystom wydawanie płyt winylowych. „Sytuacja wygląda tak, że dla wielu polskich producentów dostęp do zachodnich wytwórni jest zamknięty z powodu braku kontaktów. To że mamy coś swojego, zmienia wszystko. To sukces całego środowiska. Nie pamiętam, poza U Know Me Records i środowiskiem hip-hopowym, takiej infrastruktury tworzonej przez grupę lubiących się znajomych” – tłumaczy Naphta. Może i brzmi to prozaicznie, ale jest piekielnie ważne, bo w światku, w którym obracają się artyści związani z Transatlantykiem, FASRAT czy S1 Warsaw, winyl wciąż jest dominującym i legitymizującym nośnikiem muzyki. Ale też sam nośnik to nie wszystko. Równie ważne są kontakty. Zambon, dzięki temu, że mieszka w Berlinie, oraz dzięki naturalnej smykałce do promocji i PR-u, wypracował tu sobie olbrzymią przewagę konkurencyjną. „Jak siedzisz w Warszawie, to też znasz wszystkich z branży klubowej. Ale to dość mały krąg ludzi. W Berlinie możesz zaprzyjaźnić się z tymi najbardziej znanymi, wcisnąć im płytę promocyjną, a to jest dużo więcej niż przesłanie pliku mp3”. Ta praca zaowocowała. Płyty Transatlantyku trafiły na wyłączność do Oye Records, jednego z najlepszych sklepów płytowych w Berlinie. Puszczają je popularni DJ-e, jak choćby EddieC czy Tornado Wallace (w tym roku grał na OFF Festivalu), można je też usłyszeć we wpływowych podcastach „Beats in Space”. Sam Zambon jest już stałym gościem zagranicznych klubów i festiwali. Gdy rozmawiamy, jego plan na kolejne weekendy wygląda następująco: Włochy, Paryż, Londyn czy Gandawa.

„Efekt Transatlantyku” odczuł też Naphta. „Gdy wydałem epkę w Transatlantyku, dostałem więcej propozycji i opinii, niż w przypadku płyty w sztokholmskim Studio Barnhus. Ba! Gilles Peterson zagrał numer z Transatlantyku. Kontakty, które zaowocowały innymi wydawnictwami, to też głównie Transatlantyk, ale dlatego, że Zambon jest czarodziejem promocji. Stawia na tradycyjne metody: kontakty, wciskanie płyt do rąk. To zupełnie inna ścieżka, niż zapłacenie agencji PR-owej kilkuset euro za załatwienie recenzji w «Resident Advisor» czy przekazanie plików popularnym DJ-om”. 

Ale jest jeszcze jedna rzecz, którą wytwórnia może dać artyście. To wspólnotowa tożsamość i opowieść. A tak się złożyło, że ta opowiadana przez Transatlantyk idealnie trafiła w swój czas.

Naphta's - Solar Empire EPNaphta's - Solar Empire EP

Nazwa wytwórni Zambona naturalnie nie jest przypadkowa. „Gombrowicz chciał uciec przed Polską, ale ona dorwała go nawet w Argentynie. Ja też uciekłem do Berlina, bo Polska mnie strasznie znudziła, ale jakoś tak się ułożyło, że wydaję tylko polskich artystów” – tłumaczy. Niedawno zresztą przypieczętował tę politykę wydawniczą winylową składanką „Polo House – A Look Into The Bowels Of The Polish House Undergorund”. „Traktuję ją jako narzędzie promocji. Nie liczę na to, że to będzie jakiś wielki sukces komercyjny, ale zależało mi, żeby zaznaczyć naszą obecność na międzynarodowej scenie muzyki tanecznej, dać świadectwo albo coś w tym stylu. Stąd taka trochę cepowata nazwa «Polish House Underground», to miało walić po oczach”.

Ostatnio podobnie świadoma gra peryferyjnością i lokalnością po prostu działa. To nie przypadek, że najważniejsze i najbardziej inspirujące nurty muzyki tanecznej ostatnich lat wywodziły się z lokalnych, często peryferyjnych scen. Footwork to zakazane dzielnice Chicago, hiperaktywna muzyka weselna dabke to Syria, shangaan electro narodziło się w townshipach RPA, zmutowane kuduro wydawane przez Principe Discos – w Lizbonie, a hipnotyczne i szaleńcze electro chaabi – w Kairze. Co prawda polo house nie ma w sobie wyjątkowości tych nurtów, ale w każdym z tych przypadków działa specyficzny urok peryferii. „Głód sceny niezależnej na muzykę egzotyczną i nieznaną jest olbrzymi” – stwierdza Eltron John, poważany DJ i producent. DJ Ryan R dodaje: „W środowisku diggerskim (zbieraczy zapomnianych, egzotycznych płyt winylowych – przyp. red.) muzyka z Afryki zawsze stała wysoko. Teraz to zainteresowanie poszerzyło się o właściwie cały świat. Wychodzą na przykład świetne składanki z psychodelicznym rockiem z Iranu ery przedrewolucyjnej czy z disco z Bollywood. Ten kierunek chyba najlepiej określa kategoria ze sklepu Honest Jons – «Outernational»”.

W pewnym sensie Polska, choć tak bliska Zachodowi, również wpada w tę kategorię. Zambon: „Jak pochodzisz z Europy Wschodniej, to na Zachodzie jest o wiele trudniej się przebić. Gdyby Ptaki były z Anglii, miesięcznie graliby po pięć, sześć gigów po całej Europie. Powodów jest kilka. Po pierwsze ludzie uważają cię za nie do końca poważną ciekawostkę. Po drugie, wielu promotorów myśli, że loty z Warszawy są horrendalnie drogie. Często mam takie sytuacje, że ktoś mi pisze, że chętnie by mnie zaprosił, ale ma mały budżet i pewnie nie stać go na przelot z Warszawy. Gdy odpowiadam, że mieszkam w Berlinie, rozmowa się zmienia. Od razu kupują bilety. Dla wielu osób Polska to wciąż Europa drugiego sortu”.

Ale bycie „Europą drugiego sortu” ma też swoje plusy. Pewien romantyzm, magnetyzm, witalność. Dwuznaczność tej pozycji znakomicie zdiagnozowała Agata Pyzik w swojej książce „Poor But Sexy”. Wytwórnia Zambona też by się mogła tak nazywać.

Transatlantyk

Inną sprawą jest to, że Transatlantyk wypłynął w świat w idealnym momencie. „To co robi Zambon, to nie jest nowość jako taka, a bardziej nowe podejście do wydawania muzyki stąd. Wcześniejsze próby podejmowało już U Know Me, na polskiej scenie koncentrowali się Catz 'n' Dogz w początkach Pets Recordings, wychodziły też różne kompilacje pod znakiem «We Are From Poland». W czasach nu jazzu czy broken beatu do polskich tradycji odwoływali się Niewinni Czarodzieje – zrobili świetny miks dla Gilesa Petersona naładowany muzyką stąd. Ale to były inne czasy, które nie sprzyjały lokalności tak bardzo. Z jednej strony dojrzeć musiał pewien kontekst, a z drugiej sama polska scena” – tłumaczy Eltron John.

Mimo to wtedy kontekst lokalny okazał się zbyt słaby, by popchnąć karierę Niewinnych. Dziś dla odmiany kontekst może działać zbyt mocno. Jego grawitacyjna siła sprawia, że do worka z polo housem, Baltic beatem, jakkolwiek zwał, łapią się i Ptaki z ich egzotycznie polskimi samplami i tytułami, i muzyka pisana w lingua franca zachodniej muzyki tanecznej (jak na przykład Universo).

Nie wszystkim artystom łatwo się z tym pogodzić. Dla przykładu, gdy Zambon namawiał Selvy’ego, by ten zatytułował swoją epkę „Łazarskie tropiki”, a nie „Compass”, ten wymówił się łagodnie. „Nasz język jest trudny, jeśli miałbym nazwać swoje kawałki po polsku, to chciałbym, by ludzie z zagranicy mogli chociaż wymówić nazwę” – śmieje się Selvy. (Tu jednak trzeba zaznaczyć, że Zambon pozwala swoim artystom na zachowanie pełnej kontroli. Choć okładka albumu Ptaków nie do końca przypadła mu do gustu, zgodził się na nią bez wahania). To tylko przykład dylematów, z jakimi muszą zmierzyć się artyści z krajów peryferyjnych. Całokształt tej sytuacji najlepiej podsumowuje Eltron: „Strategia Transatlantyku jest dobrą strategią dla grupy. Artysta, gdy chce wyrazić siebie, nie może do końca zgodzić się na zamknięcie w ładowni statku. Walka o tworzenie własnego kontekstu jest ważna, choćby nawet przyszło płynąć wpław”.

Problem w tym, że z powodów strukturalnych (centrum jednak zawsze ma przewagę wobec peryferii) przed polskimi artystami może nie być innego wyboru. „Powiedzmy, że jesteś artystą tworzącym muzykę abstrakcyjną i silnie autorską” – mówi Naphta. „To strasznie słabe, jeśli tylko wpisanie się w lokalny kontekst daje ci możliwość rozwoju. To sytuacja na przykład Ptaków i Bartka Kruczyńskiego. Niesamowite, że Bartek potrzebował Krystyny Prońko, żeby przebić się ze swoją kapitalną muzyką do masowej publiki. Tymczasem popularność jego projektu The Phantom, pozbawionego lokalnego sznytu, jest już dużo mniejsza, nawet mimo tego, że muzykę wydawały mu zachodnie wytwórnie. Drugą strategią jest kompletna rezygnacja z tego, co lokalne. Dla przykładu Klaves wybił się na pewnym podobieństwie do Disclosure. Jego kawałki są bardzo chwytliwe, mają swój groove, absolutnie nie mam nic przeciwko nim. Szkoda tylko, że chwilowo tak wyglądają alternatywy: albo się robi coś bardzo lokalnego, albo kompletnie zuniwersalizowanego”. Czyli zachodniego po prostu.