Więzień miłości

Jakub Bożek

Nie da się pisać „czystych piosenek o miłości” bez zmierzenia się z przemocową stroną uczucia. Pomimo sentymentalizmu i perspektywy zranionego wrażliwca „Something to Lose” Better Person, solowego projektu Adama Byczkowskiego, to znakomity album

Więzień miłości

Jeszcze 2 minuty czytania

Więzień miłości

Piosenki o miłości są takie banalne. I brutalne, czego nawet nikt nie ukrywa. W „He Hit Me (And It Felt Like a Kiss)” The Crystals zamiast pocałunku kochanek oferował cios pięścią. Kilkadziesiąt lat później The Weeknd zrobił karierę dzięki piosenkom o narkotykach, seksie i tęsknocie za wielką miłością, a w jednej fantazjował nawet o porwaniu i gwałcie zbiorowym. W ogóle miłość w popkulturze wydaje się opresyjna i tłamsząca. Scenariusze romantycznych komedii zaludniają faceci nieuznający słowa „nie” i mylący stalking z oddaniem. Ich miłe słówka i szarmanckie gesty tylko nieznacznie maskują całkowity brak przygotowania do życia w wielopłciowym społeczeństwie. Mam nieszczęście śledzić jedną z takich historii, w wydaniu tureckim. Niejaki Omer przez czterysta – z górką – odcinków nie chce udzielić rozwodu żonie, która o niczym innym nie marzy, bo facet nie bardzo zaznajomił się z ludzkimi emocjami, nie mówiąc już o sygnalizowaniu tychże. Tytuł? „Więzień miłości”, czy jakoś tak.

Oczywiście to nie zawsze tak wygląda, ale i tak nie warto wierzyć piosenkom o miłości. Zachowajmy czujność, te najsmutniejsze i najdramatyczniejsze są przecież najbardziej podstępne. W „Na zawsze” – pierwszym utworze z nowej płyty Better Person, solowego projektu Adama Byczkowskiego – na otwarcie Better Person, Something to Lose, Mansions and Millions 2020Better Person, Something to Lose”, Mansions and Millions 2020dostajemy zwięzłe podsumowanie sytuacji: „Zapamiętam twoje oczy / Czarną kredką podkreślone”. I już wszystko jasne: będzie o złamanym sercu. Pytanie tylko: w jakim stylu? Sympatyczny detal kieruje nas w stronę skromnej opowieści, o temperaturze dalekiej od tureckiego melodramatu. Podkreśla to prosta choć nieoczywista harmonia, z wieloznacznym akordem budowanym na czwartym stopniu gamy – raz durowym, raz molowym. Ta wielokształtność jednego akordu kontrastuje z dość zwyczajną instrumentacją rodem z lat 80.: gitara suto potraktowana chorusem okupuje drugi plan, tak samo jak plastikowe klawisze, które ustępują miejsca miękkiemu basowi. Później jednak wokalista deklaruje, że „wypisze się ze wszystkich prac”, że od teraz ma „wakacje na zawsze”. Związek-obowiązek, związek-ciężka praca, związek-nigdy więcej. Pozorowany chłód nieudolnie skrywa naddatek melodramatyzmu. Zresztą zimnym, okrutnym słowom bezpośrednio przeczy zamaszysta modulacja: pod koniec piosenki dzięki sprytnemu obrotowi lądujemy daleko od dotychczasowego tonalnego środka. To nie jest soundtrack dla kogoś, komu już wszystko jedno. Tylko czy ta ucieczka pozwoli narratorowi na odnalezienie tego, czego szuka?


Bo szuka właściwie więcej tego samego. „Hearts on Fire”, „True Love”, „Something to Lose” – tytuły kolejnych piosenek wyznaczają horyzont marzeń narratora. W „True Love” Better Person odwraca bajkę o Śpiącej Królewnie: „If I never see your face again / I will never truly live”. W „Close to You” mierzy się z dramatycznym wyborem: miłość czy nocne życie. Ach, słyszeliśmy to już tyle razy! To zresztą chyba największy problem z tą płytą. Czemu służy to nagromadzenie klisz, ta koncentracja na własnym doświadczeniu, która wygumkowuje cały świat na zewnątrz osobistej dramy? To, że zwykle na fot. Moritz Freudenbergfot. Moritz Freudenbergmarginesach piosenek o miłości dzieją się rzeczy straszne, przecież już dobrze wiemy. W wydobywaniu takich mrocznych sekretów specjalizowała się na przykład Debbie Harry z Blondie. W „One Way or Another” wcieliła się w postać stalkera, który w normalnej komedii romantycznej mógłby przecież być głównym pozytywnym bohaterem. I to wcale nie tak, że Adam Byczkowski, który kryje się za pseudonimem Better Person, robi tu coś nie tak. Po prostu nie da się pisać „czystych piosenek o miłości” bez zmierzenia się z przemocową stroną uczucia – stąd chyba ta z lekka podejrzana nuta.

Oczywiście możemy założyć, że to pastisz, że ta przesada to wyraźne nawiązanie do kolorowego rozbuchania lat 80., kiedy wszystko należało podkręcić na maksa. „Hearts on Fire” kieruje nas zresztą ku takiej interpretacji, bo brzmi jak Wham na sterydach. Prosta durowa harmonia została obleczona w splatające się warstwy klawiszy, basu i gitary. Gustownie zagospodarowaną przestrzeń – bo płyta jest naprawdę ładnie i luksusowo wyprodukowana – pod koniec wypełnia nawet obowiązkowy saksofon, niczym z „Careless Whisper” George’a Michaela. Przyznaję, że jest coś odważnego w eksploatowaniu muzyki ejtisów od tej najbardziej obciachowej strony, jednak tym razem Better Person znalazł się po niewłaściwej stronie ironii. Ale jak dla mnie to jedyna fałszywa nuta na całej płycie.

Pomimo sentymentalizmu i perspektywy zranionego wrażliwca „Something to Lose” to znakomity album, pełny po prostu dobrze napisanych piosenek. Od cyfrowego lovers rocka w „True Love”, w którym zadbany aranż tętni pluszowym basem, żwawymi perkusjonaliami i skankującymi klawiszami z cyfrowego syntezatora, po nietypowo taneczne „Close to You”, gdzie znowu słychać wpływy reggae dla białasów, tym razem zmieszanego z disco, a nawet z muzyką taneczną rodem z Ibizy, czego śladem jest skoczna, synkopowana partia plastikowego pianina z refrenu. Dominuje jednak wyszukany pop ejtisów, w najlepszych momentach bliski płytom Talk Talk – jeśli nie w niecodziennej konstrukcji piosenek, to w frazowaniu wokalisty, które momentalnie budzi skojarzenia z Markiem Hollisem.


Dwie najpiękniejsze piosenki – „Dotknij mnie” i „Something to Lose” – to ekspercki popis wykorzystania kolorów harmonicznych. W „Dotknij mnie” przejście między dwiema lustrzanymi tonacjami (durową w refrenie i molową w zwrotce) otwiera jeden nietypowy akord użyty w charakterze łącznika. To wokół niego kręci się singiel, choć przecież nie należy do żadnej z dominujących tu skal. Jeden akord jak nowe uczucie – choć pozornie nie pasuje, okazuje się, że nie da się bez niego żyć. Całość wieńczy sprytna modulacja – o jeden ton w górę – symbol nowego startu i oszołomienia, o wiele lepszy i prawdziwszy niż słowa bezbronne wobec miłości, tak samo jak wobec snów. Mnie przynajmniej nigdy nie szło opowiadanie o nich… Równie dobre jest „Something to Lose”, w którym kolejne cwane rozwiązania harmoniczne stwarzają wrażenie lotu. Gdy Byczkowski śpiewa „I found something to lose / In your open eyes”, unosi go entuzjastyczna zmiana tonacji. Zawieszony w powietrzu kończy piosenkę bez rozwiązania, czwartym akordem skali, nerwowym i niepewnym. Lecimy w nieznane…

Czasami aż szkoda, że Byczkowski pisze tak dobrze, umiejętności kompozytorskie pozwalają mu bowiem uciec od wyzwań i wątpliwości. Oczarowani muzyką przestajemy zastanawiać się, czy miłość romantyczna to najwyższa wartość, po prostu chłoniemy i marzymy.

Tekst dostępny na licencji Creative Commons BY-NC-ND 3.0 PL (Uznanie autorstwa-Użycie niekomercyjne-Bez utworów zależnych)