Obrót sceny świata

20 minut czytania

/ Film

Obrót sceny świata

Andrzej Leder

Zło przychodzi z Północy. Z Północy?! To przecież my jesteśmy Północą! Scena świata obróciła się więc. Przenieśliśmy się w krajobraz „Gry o Tron”. Chcieliście średniowiecza? No to je macie!

Jeszcze 5 minut czytania

Obrót się dokonał. Obrót sceny świata, pomiędzy krajobrazem rozwiniętym we „Władcy Pierścieni ” a tym z „Gry o tron”. A przecież na pierwszy rzut oka światy te są podobne. Tu i tam są smoki. Tu i tam książęta, królewny, rycerze, karły, bitwy, potworne istoty i czająca się groza, która skądś tam nadpełza. Wprawdzie w sadze o hobbitach pełznie raczej ze wschodu, zaś na 7 królestw nadciąga z północy. Ale jednak nadpełza.

Zresztą ta zmiana jest znacząca. Obrót sceny świata dokonał się względnie szybko. „Władca Pierścieni” zawładnął masową wyobraźnią w 2001 roku; gwałtownie wybuchła wtedy Jacksonmania, w sklepach z plastikowymi zabawkami wyroiły się obficie miecze bohaterów i czarowników – jak na średniowiecze przystało, obdarzane nazwami własnymi – zaś Nowa Zelandia znowu została odkryta. Polska nie była jeszcze częścią Unii, a neoliberalny światowy ład wydawał się niewzruszony, choć dwie wieże WTC już upadły.

„Gra o tron” – serial – pojawiła się w 2011 roku, gdy kryzys światowy od trzech lat rozdzierał wyobrażony porządek globalny, a Zachód uwiązł na dobre w wojnach świata islamskiego, zaczynając od Iraku i Afganistanu, a kończąc – jeszcze nie wiadomo gdzie.

Choć trzeba pamiętać, że świat „Władcy Pierścieni” zrodził się znacznie wcześniej, J.R.R. Tolkien tworzył go jeszcze w latach 30. zeszłego stulecia, by ostatecznie opublikować w 50. Znaczący jest tu historyczny kontekst – lata 30. to okres narastania politycznej potworności, uosobionej w postaci Niemiec hitlerowskich i Rosji Stalina. Choć Tolkien zaprzeczał wpływowi wydarzeń politycznych na swoją twórczość, to wizja zła, które rośnie w siłę gdzieś na Wschodzie i przygotowuje legiony ohydnych żołnierzy, które w końcu spaść muszą na idylliczny świat Zachodu, jest oczywista w swojej wymowie.

Odpowiedzią Tolkiena jest Shire. Wieś pogodna, wieś wesoła, pełna zieleni i łagodnego światła. Każda chata z kraja, zamieszkana przez ciepłych, nieco głupawych, niezbyt zgrabnych, swarliwych, ale (raczej) uczciwych, czasem zawistnych, zawsze przemądrzałych, nic-nie-rozumiejących, ale dlatego szczęśliwych ludków. O kosmatych, wielkich stopach. Bosych stopach, jak na lud przystało.

Oczywiście, w czasach groźnych nie są oni zdolni do zrozumienia i wzięcia odpowiedzialności za swoją sytuację. Potrzebni są więc im duszpasterze z duszpasterskiej korporacji czarowników. Oni rozumieją – a może nie tyle rozumieją, ile wyczuwają – narastanie grozy, zaś przez swoją znajomość tradycji potrafią wytyczyć cele, które trzeba będzie zrealizować. Ponieważ jednak cele oznaczają walkę, pojawić się muszą kasty wojowników, bo kto by tam od prostych ludków oczekiwał cnót wojennych. Problem w tym, że najszlachetniejsza kasta wojownicza – elfowie – przez stulecia uległa degeneracji. Eufemicznie mówi się o tym, że „jej czas przeminął”, co oczywiście też ma swoje znaczenie, bo wszystko jest tu wprzęgnięte w kosmiczny cykl i porządek, zaś rolą każdego jest zrozumienie swojego w nich miejsca. Stąd waga znajomości tradycji.

Miejsce ludzi też jest wśród kast wojowników, czy to w postaci potomków królewskich lub książęcych rodów, czy to wręcz całych wojowniczych ludów, takich jak Rohirrimowie, czyli jeźdźcy Rohanu. W miastach są wprawdzie jacyś inni ludzie, im jednak nie poświęcamy zbyt wielkiej uwagi, zaś widzimy ich głównie wtedy, gdy z krzykiem uciekają przed szturmującymi orkami (czyli złymi). Prawdziwie mieszczańskie cnoty kultywuje ród krasnoludów, trochę śmieszni kowale, rzemieślnicy, zapobiegliwi i pracowici, podatni jednak na chciwość, która zaślepia ich i czyni bezwzględnymi.

Wszystko to przypomina archaiczne wyobrażenia ludów indoeuropejskich, tak jak rekonstruował je Mircea Eliade: ludzie dzielą się na kasty kapłańskie, rycerskie i ludowe, zaś różnica między nimi jest po prostu gatunkowa… Nic zresztą dziwnego, skoro autor sagi był badaczem mitologii Germanów, Celtów i innych praludów.

Jednakże to obraz złych istot mówi najwięcej o społecznym sensie diagnozy Tolkiena. Zło jest społecznie ustrukturyzowane w postaci dyktatur odstręczających przywódców, dysponujących hordami bezmyślnych, obrzydliwych i podłych wykonawców, których podstawową motywacją jest żądza krwi i odwetu. Tak na marginesie, bardzo to przypomina obrazy rewolty z „Nie-boskiej komedii” Zygmunta Krasińskiego. Idźmy jednak dalej. Choć pierwsze złe orki to upadłe elfy, późniejsze tworzenie złych legionów ma charakter przemysłowy, polega na budowaniu ogromnych ni to fabryk, ni to kopalń, w których z gliny i mułu wyrastają szeregi potwornych postaci. Rozrost owych kombinatów dokonuje się w sztucznie rozświetlonym mroku, kosztem – oczywiście – zasobów naturalnych; puszczy, ziemi, wody… Wypisz wymaluj obrazy rewolucji przemysłowej, gdy w rozrastających się fabrykach mnożył się proletariat, bezforemna masa ludzka, nagie życie. Tolkien nie ukrywa swej pogardy dla tego żywiołu; na szczęście gromady orków zabijane są z łatwością przez dmących w rogi potomków książąt i królów, chwilowo wydziedziczonych.

Już się robi trochę niedobrze. No tak, ale gdzie w tym wszystkim „Gra o tron”? Chwileczkę, jesteśmy jeszcze przed obrotem sceny świata.

„Władca Pierścieni”

Antymodernizacyjne ostrze tych wyobrażeń jest równie wyraźne, jak to z „Dialektyki Oświecenia” Adorno i Horkheimera albo niektórych fraz Heideggera; nowożytność ze swoim instrumentalnym stosunkiem do świata produkuje ostatecznie niszczące hordy, te hordy – przesycone złem – rozłażą się, zagrażając tradycyjnemu porządkowi, przy okazji niszcząc naturę, i tylko bohaterstwo prawdziwie szlachetnych może je powstrzymać. Zło zaś rodzi się z pychy, najczęściej pychy pewnych członków korporacji uczonych czarowników, którzy nie chcą z pokorą studiować dawnych runów, tylko próbują zdobywać władzę i wpływ. Tu wspominamy de Maistre’a i jego filipiki przeciw „filozofom”, winnym według niego rewolucji. Ale ich też – w świecie Tolkiena – spotka kara, porządek zostanie przywrócony, by bosonodzy mogli sobie dalej żyć w swoich chatkach.

Wątek ukaranej pychy również przynależy do stałego zestawu ultrakonserwatywnych wyobrażeń, w końcu Prometeusz oskarżany był o hybris i za to przykuty do skały, emancypacyjne nadzieje nowożytności nazywane są zaś właśnie „prometejskimi”. Pamiętajmy też, że nadzieje prometejskie zrealizować się mogą dzięki polityzacji życia, polityka w sensie Machiavellego – czyli doczesna i zorientowana na doczesność – ściśle jest z nowożytnością związana. W świecie zaprojektowanym przez Tolkiena na politykę nie ma miejsca – wroga i przyjaciela określa natura rzeczy, a gdy każdy zna swoje miejsce i przestrzega reguł, żadne polityczne działania, pakty i manewry, nie są potrzebne. Musi po prostu dojść do bitwy i rzezi złych. Jaką zresztą politykę mogłyby prowadzić hobbity? Aspirować do władzy?

To, że w połowie XX wieku konserwatywny angielski profesor napisał piękną, choć ultrakonserwatywną sagę, nie jest niczym szczególnym. Dla nas istotny jest jednak inny moment. Dlaczego na przełomie wieków, a właściwie tysiącleci, ta saga zawładnęła – na chwilę – wyobraźnią masowej kultury Zachodu? Czemu w hiperkapitalistycznym, rozpędzonym we wszystkich wymiarach społeczeństwie takim powodzeniem cieszyła się opowieść o świecie bajecznie feudalnym i przez stulecia niezmiennym, o średniowiecznej utopii przepełnionej magią?

Coś zapewne jest tu na rzeczy, coś ze słów Marksa, gdy pisze o naszym świecie: „wieczna niepewność i wieczny ruch – wyróżniają epokę burżuazyjną spośród wszystkich innych”. Nasilenie tej – jak to nazwał Zygmunt Bauman – „płynności” w końcu XX wieku, rozpuszczenie wszelkich świętości i zmuszenie ludzi, by „trzeźwym okiem spojrzeli na swe stanowisko życiowe”, popchnęły ku poszukiwaniu przeciwwagi, zwanej przez Baumana Retrotopią. Trzeźwość bowiem jest trudna – na tyle trudna, że właściwie niemożliwa. Pragnienie zamieniające się w nadzieję tworzy byty i krajobrazy iluzoryczne, ale istniejące mocniej niż cokolwiek, co nazywamy rzeczywistością. Być może więc sławne słowa autora „Manifestu… ”: „religia to opium ludu”, nie tyle mają charakter ataku na religijne iluzje, ile rozpoznania pewnej nieusuwalnej cechy ludzkiej egzystencji – pragnienia pozoru.

„Władca Pierścieni” byłby wtedy nową religią zeświecczonego, trzeźwego świata, wyrazem marzenia o porządku, w którym coś nie jest płynne, a wręcz odwrotnie, najważniejsze rzeczy są stałe. W którym dobro rozpoznawalne jest w piękności, a zło – w szkaradzie, cnota w świecie materialnym promieniuje światłem i zamienia się w siłę, a podłość i chciwość wydzielają z siebie fizyczne wręcz smród i cień. Zamiana przypadłości moralnych w materialne cechy i własności istot i rzeczy jest bowiem odwiecznym marzeniem ludzkiej duszy, uosabiającym się w wyobraźni mitycznej.

Trzeba jednak zauważyć, że przyjmując tę interpretację działania tolkienowsko-jacksonowskiej sagi, bezwiednie wpisujemy się w poczet krytyków nowożytności. Ta krytyka może mieć charakter tradycjonalistyczny, mówiący o prawach naturalnych i danych z góry porządkach, albo ponowoczesny, biorący na cel „dialektykę oświecenia”, tym razem uosabianą przez czarownika Sarumana i jego fabryki orków. Może mieć wreszcie charakter progresywistyczny, domagający się wyjęcia poza zasięg działania sił rynkowych tego, co ludzkie. Tak czy inaczej, kładzie ona akcent na niewątpliwą trudność życia w świecie, w którym nic nie jest ustalone, a więc wszystko – negocjowalne. Ciągła negocjacja bowiem, cechująca świat współczesnego zglobalizowanego mieszczaństwa, jest dla pojedynczego człowieka skrajnie trudna, społecznie zaś – ogromnie kosztowna.

Jest też jednak inna interpretacja fascynacji sagą, w gruncie rzeczy groźniejsza. Skłonność do idealizowania społeczeństwa fundamentalnie hierarchicznego, w którym jacyś ni to Goci, ni Celtowie pełnią rolę arystokracji, zaś brzydcy i obdarci (również kolorowi) albo chodzą boso, albo w ogóle służą złu i są nędznikami, wiąże się ze szczególnym obrotem na scenie świata, obrotem, w którym globalna Północ stanęła twarzą w twarz z globalnym Południem. Jako jego śmiertelny wróg.

Globalizacja, a myślę tu w szczególności o jej ostatnim stadium w latach 90. i na początku XXI wieku, doprowadziła do głębokiej przebudowy społecznego charakteru zachodniego świata. Praca wytwórcza została z niego – w ogromnej mierze – wyprowadzona. Fabryki świata przeniosły się w sferę globalnego Południa. Jednak to na dawnym Zachodzie pozostała własność tych fabryk i zarządzanie nimi, została też duża część „pracy kreatywnej”, określającej kierunki ludzkiego rozwoju. Poza tymi profitentami globalizacji na dawnym Zachodzie pozostali jednak jeszcze inni – „ludzie niepotrzebni”, którzy nie znaleźli sobie miejsca wśród „posiadaczy” i „kreatywnych”. Ci inni to dawniejsi pracownicy fabryk i stoczni, teraz coraz częściej bez zatrudnienia, żyjący w prekaryjnym obrocie czasu, usług, dorywczych prac i jałmużny. To w tym momencie dawny Zachód, przeciwstawiony totalitarnemu Wschodowi, jak w baśni zmienia postać i staje się Północą duszącą Południe.

Z Południa na tę Północ napierają fale głodnych, obdartych, brązowych i czarnych ludzi, czasem żebrząc o pomoc, ale czasem – z nienawiścią w oku przynosząc tu swoją wojnę. Żądzę krwi i zemsty. Łatwo widzieć w nich tolkienowskich orków. Szczególnie gdy owijają się szmatami i krzyczą swoje Allahu Akbar! „Ludzie niepotrzebni” z Północy znajdują więc w nich obraz wroga, winnego ich nieszczęściu. Szykuje się starcie.

Zapewne nieco hiperboliczne byłoby stwierdzenie, że „Władca Pierścieni” przygotował atmosferę, w której możliwy był Brexit, zwycięstwo Donalda Trumpa i powrót ONR-u. Jeśli jednak czytać tę sagę „symptomatycznie”, to mogła być ona właśnie „symptomem” głębokiej zmiany wrażliwości, dokonującej się tam, gdzie jeszcze niedawno był równościowy Zachód, ale teraz jest Północ – zoligarchizowana, globalna, zagubiona Północ.

„Gra o tron”

Zło przychodzi z Północy. Z Północy?! To przecież my jesteśmy Północą! Scena świata obróciła się więc. Przenieśliśmy się w krajobraz „Gry o tron”. Opowieści, którą można by tak podsumować: „Chcieliście średniowiecza? No to je macie!”.

„Gra o tron” to historia fundamentalnie polityczna. Jej nerwem jest walka o władzę, wykorzystująca wszystkie środki i zasoby, bezwzględna i – ostatecznie – oparta o nagą przemoc. Gdy Cersei Lannister, królowa, słyszy słowa intryganta, lorda Baelisha zwanego Littlefinger: „Wiedza to władza”, daje rozkaz swoim gwardzistom: „Zabijcie go!”. Powstrzymuje ich, gdy jeden z nich trzyma już nóż na gardle – i dopowiada: „Władza to władza!”. Ta anty-Foucaultowska lekcja pokazuje coś, co unaocznił właśnie obrót sceny świata: jest coś w politycznej władzy, co jest tylko władzą. I żadna wiedza, moralność ani magia tego nie dosięga.

Saga o Westeros czerpie bezpośrednio z historii angielskiej wojny domowej rozegranej w XV wieku, zwanej Wojną Dwóch Róż. Nawet imiona najważniejszych antagonistycznych rodów są jakby echem tamtych historycznych: Lannister brzmi jak Lancaster, Stark jak York. Jednak nie ustalanie bliższych lub dalszych podobieństw jest tu istotne. Kluczowy jest moment historyczny, w którym rozegrała się prawdziwa Wojna Dwóch Róż i to, co z tego wynika dla charakteru współczesnej opowieści. Tamta wojna wyrażała kryzys dawnej, feudalnej monarchii angielskiej. Była zwiastunem nowożytności. Tworzyła nową perspektywę, nowe spojrzenie na to, o co chodzi w polityce. Spojrzenie, które w dramatach królewskich zawarł Szekspir, najbardziej w „Ryszardzie III”.

Nowożytny jest sposób, w jaki „Gra o tron” ujmuje mityczne figury wyobraźni. To właśnie czyni ją tak fundamentalnie polemiczną wobec „Władcy Pierścieni”. Gdy tam magia unaocznia metafizyczny porządek świata, w którym każda postać ma swoje, określone przez status moralny miejsce, tu wszystko podporządkowane jest walce o władzę, w której nikt nie jest szczególnie etycznie uprzywilejowany. Gdy tam żyjemy w świecie „wiecznego powrotu” tych samych wątków, postaci i figur, tu w pełni doczesny sens historii, w duchu wspomnianego już Machiavellego, podporządkowuje ziemskiej walce najbardziej zadziwiające cuda i czary. Tam Smaug ucieleśnia potęgę i chciwość pierwotnej natury, ze szczególną hybris owego naturalnego świata, tu smok jest „machiną wojenną”, którą Daenerys Targaryen będzie mogła wykorzystać, gdy przyjdzie co do czego. Tam walczący ze Smaugiem korzystają z charakterystycznych dla swoich pozycji moralnych zasobów, hobbit z chytrości, książę krasnolud – z królewskiej, pysznej determinacji. Tu magiczne własności – jak zdolność do transformacji Jagena H’qara – same w sobie nic nie znaczą, tylko wykorzystanie ich w ludzkiej walce nadaje im sens. Tam każde wydarzenie, choćby głupie rozminięcie się spojrzeń Frodo i Sama, ma symboliczny a jednocześnie alegoryczny charakter, tu każda alegoria i symbol ostatecznie stają się materiałem zwiększającym – lub zmniejszającym - moc stron konfliktu, zorientowanych na ziemskie sprawy.

Skrajnym przykładem tego są czary Melisandre, która z własnego łona wypuszcza zjawę – bardzo magiczna historia – zabijającą konkurenta do tronu. Robi to wyłącznie po to, by zwiększyć siłę swego władcy, Stanisa, a ostatecznie – swoją i kultu, który reprezentuje.

Point de reveries (messieurs)! Czyż nie przypomina nam to Marksowskiego apelu, by „trzeźwym okiem spojrzeli na swoje stanowisko życiowe…”? „Gra o tron” odziera feudalny, średniowieczny świat ze wszelkich złudzeń, jakie z rozkoszą tkaliśmy, przeżywając sagę Tolkiena. Gatunkowa nierówność między ludźmi? Owszem, ale przede wszystkim nie tak gatunkowa: każdy książę może spółkować z plebejką, a nawet mieć z nią dzieci; dla odmiany czy moglibyśmy wyobrazić sobie Aragorna w intercourse z jakąś hobbitką? A ileż problemów z jego próbą związania się z półelfką Arweną!

Jeśli więc jest gatunkowa nierówność w „Grze o tron”, to tylko ta okrutnie wymuszana, jak w epizodzie o synu rzeźnika. On za kaprys szlachcianki Aryi Stark, która chciała z nim pofechtować, i za nieuleczalne poczucie upokorzenia księcia Jeffreya Lannistera zapłacił głową. „Uciekał, ale za wolno”. Słowa, które mrożą krew w żyłach. Przemoc złych? Każda strona wlecze ze sobą armie pełne brutalnych, okrutnych żołdaków, ci – głodni i chciwi – dręczą i rabują wieśniaków; dowiadujemy się zresztą, że tych ostatnich lepiej ostatecznie zabić, zanim ktoś inny to zrobi, torturując i hańbiąc. Czasem terror jest narzędziem polityki, jak dla lorda Tywina Lannistera, który wcale jednak nie lubi tortur dla tortur, a przy bliższym poznaniu potrafi być ujmujący, co jednak nie uchroni go od śmierci w wychodku z ręki jego własnego syna. Żadnych mrzonek (panowie)!

Ściśle nowożytna perspektywa „Gry o tron” pozbawia nas wszelkich złudzeń co do tego, że istnieją jakieś odwieczne porządki, zasada feudalnego honoru czy inne prawa tradycji, że każdy musi znać swoje miejsce, że cnota i miecz, że silni są dobrzy dla słabych, a słabi odwdzięczają się szacunkiem i pokorą. Z nowożytnej perspektywy wszystkie konserwatywne baśnie o „duchu romańskim” – jak nazwał to nie kto inny, jak Ezra Pound – skrywają prymitywną brutalność, okrucieństwo, cynizm, obłudę i głupotę. Zaś społeczeństwo zbudowane w oparciu o osobiste relacje, więzy krwi i poczucie plemiennej wspólnoty jest z zasady przestrzenią nierówności. Rządzi nim to, co współcześni badacze nauk społecznych nazwali „amoralnym familizmem”– reguły mafijne. Jest grą sił, grą o tron.

Tim Snyder, pisząc o Zagładzie, zauważył, że rozpad instytucji państwa tworzy szczególną sytuację „nagości moralnej”, nagości relacji społecznych. Każdy gest człowieka wobec człowieka ma wtedy szczególną moralną wagę, każdy może ratować życie albo je odbierać. Ale gdy człowiek zawdzięcza życie tylko osobistemu gestowi drugiego człowieka, gdy nie chroni go żaden porządek instytucjonalny, gdy ginie w chwili, przypadkowego często, wejścia w sferę oddziaływania małych ludzkich przywar – chciwości, zawiści, żądzy – to ujawnia się coś przerażającego: „stan zero” społeczeństwa jako wspólnoty etycznej. „Stan zero” wspólnoty instytucjonalnej. „Gra o tron” pokazuje taki właśnie stan zero.

Saga Georga R.R. Martina pojawiła się nieprzypadkowo i w nieprzypadkowym momencie. Świat globalnej Północy, coraz głębiej tonący w pułapce oligarchizacji, wstrząsany naporem „ludu ziemi” z Południa, pozbawiony legitymizacji, którą dawniej dostarczała mitologia postępu, stoi przed fundamentalnymi wyborami. Opowieść o Westeros pokazuje, co może się zdarzyć, gdy zbytnio zawierzymy baśniom o ucieleśnionym porządku moralnym świata „średniowiecza”, Śródziemia, Śródmorza… Nadchodzi zima – niewątpliwie zmiana klimatu – a my rozgrywamy nasze niegdysiejsze spory.

„Biały lud” zza muru – nieludzki i napierający wraz z zimą – nie jest, jak w tradycyjnych mitycznych opowieściach, uosobieniem pierwotnego chaosu, który zagraża ludzkiemu porządkowi. Biały lud to zwiastun postludzkiej przyszłości.