POWAGA: Lubię, nie lubię, klikam i postuję
rys. Oscar Chávez! / Flickr CC BY-NC-SA 2.0

POWAGA: Lubię, nie lubię, klikam i postuję

Iwona Kurz

Fałszem jest przekonanie, że kliknięcie na Facebooku musi zastępować akt polityczny lub że wręcz odciąga od rzeczywistego zaangażowania – po prostu nie pochodzi z porządku działania, lecz gadania

Jeszcze 3 minuty czytania

1.

„Czy na pewno Mark Zuckerberg i jego towarzysze są generałami Armii Bojowników o Demokrację i Prawa Człowieka?” – pytał retorycznie Zygmunt Bauman w artykule sprzed dwu lat, komentującym radosne doniesienia na temat znaczenia serwisów społecznościowych w arabskiej wiośnie. Argumentów krytycznych dostarczał mu głównie Jewgienij Morozow i jego książka „The Net Delusion” (2011). W tej perspektywie „Zuckerberg i jego towarzysze” jawią się raczej jako agenci ciemności ułatwiający inwigilację służbom specjalnym, którym wystawiamy jak na dłoni sieć swoich powiązań, upodobań i opinii. 

Filozof kończył w duchu przypowieści:

To bardzo, bardzo stara historia, która wciąż się powtarza: noża można użyć do pokrojenia chleba albo zadźgania człowieka. Wybór nie należy do noża, lecz do tego, kto go trzyma. Jakikolwiek by ten wybór był, nożowi nie zrobi to różnicy. I jakkolwiek by był ostry – technologia nie „wspomoże demokracji i praw człowieka” dla (ani zamiast) Ciebie.

Trudno się nie zgodzić z krytyką idealizacji internetu, a zwłaszcza portali społecznościowych jako demokratycznej utopii. Wrażenie robi też to bezpośrednie wezwanie, by brać sprawy w swoje ręce: wszystko zależy od „Ciebie”.

Rozumowanie to jednak opiera się na dwóch przeoczeniach.

Pierwsze to lekcja antropologów mediów, przede wszystkim Marshalla McLuhana, że „dobre” i „złe” użycia mediów są wtórne wobec zasadniczej zmiany, jaką w funkcjonowanie jednostki i zbiorowości wnosi każde nowe narzędzie. Niezależnie od zastosowań, świat po wynalezieniu noża nie jest ten sam, co wcześniej, ponieważ dokonało się w nim znaczące przekonfigurowanie ludzkich możliwości. Trzeba by zatem pytać, co Facebook zmienia w samej strukturze ludzkiej komunikacji, a nie o to, czy przekazuje sensowne komunikaty.

Po drugie, mało przekonujące jest założenie, że ten akurat „nóż” powstał do walki o prawa człowieka; na pewno nie powstawał też z myślą o reżimach niedemokratycznych – jest przecież wytworem zachodniej demokracji z wszystkimi jej wadami i zaletami. Poza USA lub Europą działa zatem na innych zasadach, ponieważ znajduje się w innym kontekście medialnym, społecznym i politycznym, na przykład niegwarantującym wolności słowa. Niewczesne wypowiedzi na Facebooku – często zdarza się jego użytkownikom zapominać o tym, że to medium hybrydyczne, prywatno-publiczne – u nas prowadzą do dyskusji salonowo-prasowych, w najgorszym razie wylewają się na Pudelka lub wywołują skrócenie listy znajomych. W Iranie mogą prowadzić na szubienicę. Tamtejszy Sąd Najwyższy podtrzymał właśnie wyrok skazujący na śmierć blogera, Soheila Arabiego, który jakoby obraził swoim postem proroka. Problemem przecież nie jest tu ani medium, ani nieostrożność blogera, lecz fundamentalnie niedemokratyczny porządek polityczny. Czy można go zmienić za pomocą FB? Pewnie nie, ale można o tym szeroko informować. Widoczność problemu jest warunkiem koniecznym, choć niewystarczającym, zmiany – i to chyba miało znaczenie dla osób używających Twittera i Facebooka w Syrii czy Egipcie.

Na Facebooku toczą się spory polityczne, komentuje się wydarzenia z bieżącej polityki, podpisywane są petycje i manifesty. W perspektywie krytyków jest to postrzegane jako narcystyczne, by nie powiedzieć – onanistyczne, pozorowanie zaangażowania, które wyraża się w lajkach częściej niż w komentarzach, nie przynosi jednak rzeczywistej zmiany politycznej czy społecznej, nie wspominając o tym, że nic nie kosztuje. Slacktywizm – czyli aktywność pozorowana lub leniwa, polityczna gnuśność – którego zaangażowanie w lajkowanie lub zmiana zdjęć profilowych pod wpływem bieżących wydarzeń jest tylko jednym z przejawów, łatwo wyśmiać. Jasne, proponuje jedynie powierzchnię; tej się często dajemy zwieść niczym bohaterka filmu „Był sobie chłopiec” (2002), która uwierzyła, że Hugh Grant pracuje dla Amnesty International, bo raz był na dyżurze. A może powiedział, że był, by wydać się mężczyzną bardziej seksownym i pociągającym. W tej pocieszającej narracji pusty i powierzchowny (niedojrzały jak chłopiec) bohater okazuje się ostatecznie zdolny do relacji międzyludzkich, choć niekoniecznie do działań politycznych – zgodnie zresztą z duchem wielu pozornie apolitycznych komedii romantycznych.

Trochę podobnie jest w przypadku FB. Nawet łącza do książki Morozowa lub innych artykułów krytycznych wobec politycznych leniwców dostają w sieci wiele lajków. Ot, paradoks krytyka posługującego się narzędziami, które krytykuje. Paradoks sieci, w której nie chodzi o przedmiot dyskusji, lecz o relacje z dyskutantami.

rys. EFF Photos (Electronic_Frontier_Foundation) / Flickr CC BY 2.0

2.

Na FB podstawowe znaczenie ma charakter związku z rzeczywistością, a jest on towarzyski. Portal jest w niej zakorzeniony zarówno w efekcie wymogu, by profil dotyczył rzeczywistej osoby posługującej się swoim prawdziwym imieniem i nazwiskiem, jak i w wyniku decyzji większości użytkowników, by wśród „znajomych” mieć znajomych rzeczywistych. Nawet osoby publiczne muszą wybierać, ponieważ sieć relacji ograniczona jest do pięciu tysięcy. Stawka jest wysoka – to znajomi wypełniają przecież (za darmo) naszą ściankę, postując, komentując, linkując, wchodząc w rozmaite dialogi i interakcje. Robią to ze względu na nas i innych swoich znajomych, a my się im odwzajemniamy.

Kim jesteśmy na Facebooku? Prawdopodobnie, w większości, tymi samymi osobami, co poza nim, ale ukazującymi tylko niektóre wymiary codziennej aktywności. Można uznać, że ze względu na konieczność autoprezentacji jest to przede wszystkim narzędzie promocji, również politycznej, ale bywa ona też nieświadoma i rozproszona, a nie tylko konstruowana. W istocie znajdujemy się w przestrzeni pomiędzy interaktywną gazetą a wielką imprezą, która prowokuje do działań właściwych dla tych mediów: przede wszystkim do gadania, włączając w to szczególny rodzaj gadaniny pisemnej, czyli postowanie. W konsekwencji uruchamia się cała gama aktywności fatycznych, służących jedynie podtrzymaniu konwersacji – kiwnięć głową, przytaknięć, emotikonów, które zastępują miny, potwierdzeń i powtórzeń. Każda niezgoda, każdy sprzeciw przechodzi tu przez sieć łagodzących zapośredniczeń, poczynając od potwierdzenia, że nie jesteśmy odosobnieni w swoim przekonaniu.

W tej sytuacji zrozumiałe, że więcej emocji niż Palestyna budzi „dunin-karpowicz-gate” lub „dwurnik-gate”, ponieważ ich bohaterowie przebywają w pokoju obok. Plotka została zastąpiona przez postkę, grę w „podaj dalej”, polegająca na nadawaniu nowego życia treściom za sprawą ich lubienia lub dzielenia, ale przede wszystkim podkreślającą przynależność do chwiejnego, momentalnie się aktualizującego grona opartego na akceptacji. Facebookiem rządzi obecność: trzeba tu być, ale też trzeba pamiętać, że są tu inni, co wyklucza inne plotki, poza tymi, które rozsiewamy sami o sobie.

Tę towarzyskość FB można oczywiście zinterpretować w duchu dystopii jako dobrowolne poddanie się inwigilacji. Dla większości użytkowników ważniejsze jest jednak tutaj spojrzenie znajomych niż służb specjalnych. Tutaj dajemy się lubić. Do lubienia został zaprojektowany FB – a zmiana wymaga niezgody, niechęci, nielubienia.

rys. L Filipe dos Santos / Flickr CC BY-NC-ND 2.0

3.

Pojawiły się ostatnio informacje, że Mark Zuckerberg rozważa wprowadzenie przycisku „I don’t like”. Wielu użytkowników od dawna się tego domagało, między innymi tworząc na FB grupy nawołujące do wprowadzenia dodatkowego guzika. Ich nieskuteczność trafnie odsłania mechanizm działania i angażowania się na portalu: dopóki nie naruszysz reguł i nie zamieścisz postu, który zawiera nagość lub wezwanie do przemocy, a który zostanie dostrzeżony przez administratorów lub zgłoszony przez „społeczność”, możesz wszystko – powiedzieć. Bezpośrednia skuteczność działania ogranicza się zatem do samego portalu i transmitowanych przezeń treści; ze względu na skalę jego zasięgu nie należy tego lekceważyć, nawet jeśli z trudem przekłada się to na polityczność bezpośrednią.

Autor i właściciel portalu skutecznie jednak zarządza swoim imperium – jako imperium emocji – i kwestii „nielubienia” szybko położył kres. W wywiadzie przedrukowanym w „Forbes” potwierdził, że „dyskutowane są” obecnie pomysły, by pojawiła się możliwość sygnalizowania innych emocji niż „lubienie”, ale na myśli miał raczej „smutek po utracie kogoś bliskiego”. Co prawda, przyjęło się, że „like” jest znakiem zgody czy solidarności z autorem/autorką postu, jednak kciuki do góry pod informacjami strony Muzeum Auschwitz o transportach sprzed lat albo pod informacją o śmierci znanej osoby zawsze wywoływały pewną taką ambiwalencję. Programiści FB nie zamierzają zatem iść w stronę umożliwienia polaryzacji opinii – lecz, jeśli w ogóle dojdzie to do skutku, będą dążyć do poszerzenia możliwości wyrażania emocji, które mają nadal pozostać przyjazne i niezbyt gwałtowne: tu się lubimy, nie kochamy czy namiętnie pragniemy, a różnice są tonowane lub pomijane. Mechanizm, który najszybciej i najłatwiej wywołuje działanie, opiera się tu na akceptacji, raczej wzmacnia to, co wiemy i czujemy, niż inspiruje do podejmowania wysiłków na rzecz zmiany.

Swój manifest demokratyczny Mark Zuckerberg wypowiada przy każdej okazji; w cytowanym wywiadzie także podkreślił dwie podstawowe zasady FB: po pierwsze każdy ma prawo tu być, dzięki czemu – po drugie – spotykamy się tu ze zróżnicowaniem opinii, doświadczamy pewnej wielogłosowości. Ma jednak ona być niekonfliktowa, sąsiedzka, współtowarzysząca sobie. Dodać trzeba, że wymaga to podporządkowania się regułom, pisanym i niepisanym. Pierwsze wynikają z regulaminu, drugie to skomplikowana sieć świadomie i nieświadomie stosowanych zasad sprawiających, że pobyt na FB się opłaca. Metaforycznie i dosłownie, towarzysko-społecznie i ekonomicznie.

O tym drugim wymiarze nie można zapomnieć, bo to on kształtuje współczesną demokrację w stylu zachodnim. Tę zależność odsłania choćby manifest „Płaca za Facebooka” („Wages For Facebook”), który zaczyna się od słów: „Nazywają to przyjaźnią. My mówimy, że to nieopłacana praca”. Autorzy zachęcają, byśmy zażądali pensji za aktywność na portalu. Demonstrują działanie tego szczególnego modelu, w którym dostosowując się do wymogów portalu – kiedy redukujemy, w efekcie zniekształcając, opinie i emocje do „lajków”, „linków” i postowych bon motów, kiedy wypełniamy rubryki profilu i wszystkie kategorie, które „lubimy” – współtworzymy środowisko, które zwrotnie nas kształtuje. Jeśli to model konformizmu, to powiela on mechanizmy konformizmu codziennego: dostosowanie się jest koniecznym wymiarem wszelkiego życia społecznego. Problematyczne są jednak granice tego procesu morfingu (ładnie to komentuje, między innymi, film „Even Pricks” Eda Atkinsa, pokazywany na wystawie „Ustawienia prywatności” w Muzeum Sztuki Nowoczesnej).

4.

Jak(a) rewolucja jest możliwa? Co rusz przebiegają przez FB okrzyki złości na tych wszystkich, którzy nie przychodzą na protesty lub nie chodzą na wybory. A to przecież oczywiste, że łatwiej jest kliknąć niż gdzieś pójść. Fałszem jest jednak przekonanie, że kliknięcie musi zastępować akt polityczny lub że wręcz odciąga od rzeczywistego zaangażowania – po prostu nie pochodzi z porządku działania, lecz gadania. Gadanie nie wyklucza działania, choć wielu z nas wystarcza. Dlatego skuteczne jest zbieranie podpisów na FB (niezależnie od dewaluacji samej formy petycji czy listu protestacyjnego), natomiast zwoływania na protest rzeczywisty niekoniecznie. Lenistwo jest jedną przyczyną, ale są też inne – na przykład niewiara w skuteczność tego rodzaju nacisku na władzę.

Zresztą, czy na pewno chcielibyśmy, by wszystkie zaangażowania miały swoją realizację w realu? Toczy się od jakiegoś czasu dyskusja na temat „Tęczy” Julity Wójcik. Na stronie, której tytuł – ratujtecze.pl – wskazuje na jedną tylko stronę sporu, można tęczę podpalić lub uratować. Siły rozkładają się w miarę równo, z wyraźnym jednak wskazaniem na podpalaczy. Stronka jest komentarzem do rzeczywistości politycznej, dużo bardziej celnym niż zdradza jej prostota. Pod nią jako całością – nie pod jedną ze stron – chciałoby się kliknąć „nie lubię”.

Istnieją inicjowane na Facebooku działania, które kończą się powodzeniem. Nie mam danych, ale obstawiałabym jednak, że skuteczna okazała się akcja z 18 grudnia „Krótkie nogawki dla Vaclava Havla” (Kalhoty pro Václava Havla)  czy apel „Piszemy listy do Pana Mieczysława” zorganizowana w odpowiedzi na list samotnego mieszkańca Domu Opieki Społecznej. Przez skuteczność rozumiem tu nie tylko liczbę kliknięć, ale i działań poza siecią. Tyle że celem jest tu wykonanie gestu towarzyskiego – społecznościowego – który poprawia samopoczucie sobie i innym, który wyraża akceptację i nadaje widoczność. Lubimy to i dobrze nam z tym.

Facebook rozmiękczy wszystko. W tym jego (groźna) siła.