Dobre imię artysty
zdj. Against Gravity

Dobre imię artysty

Iwona Kurz

Ai Weiwei, bohater dokumentu Johnsena, jest przekonany, że władzę daje mu kruchość, podatność na zranienie. I robi wszystko, by tę kruchość odsłonić

Jeszcze 3 minuty czytania

Dwa tygodnie temu w bródnowskim Parku Rzeźby z pompą zakopano fragmenty rozbitej wazy – wykonanej przez Ai Weiweia kopii XIV-wiecznego dzieła z czasów dynastii Yuan (1279–1368). Oryginał został sprzedany na aukcji w Christie’s w 2005 roku za 27 milionów dolarów; za kupującym mógł kryć się rząd chiński, odzyskujący systematycznie najcenniejsze dzieła z dziedzictwa rozproszonego poza Chinami. Skorupy wazy zostały zakopane razem z ziemią i torfem w trzech dołach, tworzących trójkąt równoramienny. Ta figura dobrze metaforyzuje pole, w którym porusza się Ai Weiwei – między chińską tradycją, chińską współczesnością i Zachodem. To zarazem figura nieistniejąca – trójkąt otwarty czy też pozbawiony ramion, w którym wszystkie sensy muszą nie tyle nawet zostać odnalezione, zgodnie z tytułem tej szczególnej instalacji rzeźbiarskiej: „To Be Found”, ile poszukiwane. Kurator projektu Sebastian Cichocki podkreśla widmowy charakter tej pracy, która „funkcjonuje jako konceptualny mit, rodzaj miejskiej legendy”. Zakopane w ziemi artefakty przywodzą na myśl dziecięce zabawy w poszukiwanie skarbu, podszyte goryczą, kiedy nieodmiennie odnaleziony skarb nie spełnia oczekiwań i emocji, które wywoływał w czasie tropienia. Ważniejsze niż wytwór okazuje się uruchomienie wyobraźni.  Ta konceptualna postawa artystyczna Ai Weiweia ściśle wiąże się z jego postawą polityczną. 

„Welcome back” – pada na początku filmu Andreasa Johnsena. Reżyser zaczyna dokładnie w momencie, kiedy w czerwcu 2011 roku Ai Weiwei opuszcza więzienie po 81 dniach aresztu i wraca do domu, choć z wolnością ograniczoną warunkami zwolnienia. Sekwencja, w której artysta dziękuje dziennikarzom za zainteresowanie, ale odmawia wszelkich komentarzy, powołując się na te warunki, została zacytowana z poprzedniego dokumentu o nim: „Ai Weiwei: Never Sorry”. Film, zrealizowany przez Alison Klayman (2012), sfinansowany między innymi dzięki wsparciu internautów za pomocą Kickstartera, zdobył nagrody na festiwalu w Sundance i w Toronto.

Film Johnsena może zatem sprawiać wrażenie dzieła wtórnego, powtarzającego formułę zastosowaną przez kogo innego, tym bardziej skuteczną, że związaną z postacią fascynującą, której sama obecność wystarczy za film. „Podejrzany” opowiada jednak o nieco innym bohaterze. W dokumencie Klayman, który dotyczy okresu sprzed aresztowania, artysta energicznie objaśniał i swoje zaangażowanie polityczne, i motywacje, jakie stoją za jego sztuką, a reżyserka bawiła się fotografowaniem kotów i fotografowaniem Aia i jego współpracowników fotografujących wszystko wokół nich. Pokazała między innymi proces pracy nad widowiskową instalacją „Sunflower Seeds” złożoną ze 100 milionów ceramicznych pestek słonecznika – wszystkie wykonane ręcznie przez chińskich rzemieślników, wszystkie do siebie podobne, każde z osobna inne – wypełniających Halę Turbin w Tate Modern na przełomie 2010 i 2011 roku.

„Podejrzany: Ai Weiwei”, reż. Andreas Johnsen

 W „Podejrzanym” nie ma nic z widowiska. Artysta, który obecnie ogląda świat głównie za pośrednictwem komputera, jest zmęczony i udręczony torturami, jakim poddano go w więzieniu – bo torturami trzeba nazwać sytuację aresztowania pod fałszywym zarzutem, przesłuchiwania raz lub dwa razy dziennie, przetrzymywania w celi oświetlonej przez całą dobę i przez całą dobę zamieszkiwanej przez dwu strażników, z których jeden bezustannie maszeruje. Po zwolnieniu ma ograniczoną wolność poruszania się (za każdym razem melduje się oficerom) i zakaz komunikowania się z zagranicznymi dziennikarzami oraz korzystania z narzędzi społecznościowych. Sprawia wrażenie zdezorientowanego, jakby na nowo musiał przemyśleć swoją pozycję jako artysty i jako „osoby politycznej”. W jego słowach pojawia się gorycz; zaczyna też dostrzegać strach w ludziach wokół – jak w przypadku osób, które (odważnie) zapozowały nago do fotografii w proteście przeciwko uwięzieniu Ai Weiweia, nawiązując tym samym do skierowanych przeciwko niemu oskarżeń (między innymi) o pornografię w kontekście pracy „Jeden tygrys, osiem piersi”.

Bierność, gorycz, strach prowokują jednocześnie do szukania antidotum. W tym procesie towarzyszy artyście kamera duńskiego reżysera, pozornie niedbała, czysto dokumentacyjna, mimowolna. Świetnie jednak – z jednej strony intymna, z drugiej brulionowa – oddaje doświadczenie artysty, który skazany na ograniczenie wolności funkcjonuje z dynamiką pandy: trochę odpoczywa, trochę się nudzi, trochę się bawi z synkiem, spotyka ze znajomymi. Jednocześnie jednak, rozpoznając się na nowo w rzeczywistości, definiując zagrożenia i możliwości, przeszłość swojej rodziny i współczesność Chin, szuka sposobów na rozszczelnienie granic swojego więzienia. 

Początkowo jego komunikacja z pilnującymi go policjantami jest rzeczowa; informuje ich o swoich wyjściach, przyjmując, że cóż, taką mają pracę, a sprowokowanie nieprzyjemności wobec jednego oficera w niczym nie zmieni ani sytuacji, ani systemu. Z czasem zacznie jednak przeobrażać sytuację – stopniowo będzie negował warunki zwolnienia, potem ze śledzonego stanie się śledzącym, a do pilnujących go kamer dołączy kolejne cztery zainstalowane nad łóżkiem i biurkiem, by każdy mógł zobaczyć, że Ai Weiwei nie ma nic do ukrycia. Wreszcie utrwali swoje doświadczenie więzienne, tworząc sześć kontenerów z rzeźbami przedstawiającymi realistyczne sceny z życia w celi. „S.A.C.R.E.D” jest obecnie prezentowane na wystawie artysty towarzyszącej Biennale w Wenecji.

Sfingowana sprawa podatków niezapłaconych jakoby przez Fake Ltd – spółkę designerską Ai Weiweia – jest kolejną już szykaną chińskich władz wobec artysty. Od połowy poprzedniej dekady ich zaniepokojenie budziła jego aktywność w sieci, ale przełomowe było podjęcie przez artystę tematu trzęsienia ziemia w Syczuanie w maju 2008 – zginęło w nim wiele tysięcy osób, w tym 5385 uczniów; lista ich nazwisk ostatecznie powstała między innymi z inicjatywy Aia. Skala katastrofy wynikała z zaniedbań budowlanych, więc rzetelna ocena skutków trzęsienia nie leżała w interesie władzy. Artysta działał zarówno w przestrzeni społeczno-politycznej, prowadząc „Śledztwo obywatelskie” w tej sprawie, jak i artystycznej, odwołując się do niej w swoich pracach, między innymi „Remembering”, instalacji z plecaków szkolnych, i „Straight”, konstrukcji złożonej z powykręcanych prętów stalowych znalezionych na miejscu katastrofy. To zaangażowanie okupił pobiciem przez policję.

Odtąd działaniom artystycznym Ai Weiweia towarzyszyła ciągła obecność władz i policji. Tę dwuznaczną relację również eksploruje film Johnsena. Nie chodzi tylko o to, kto tu pilnuje, a kto jest pilnowany, ale o istotę działania systemu, który opiera się przede wszystkim na bierności – bohater zauważa, że wszyscy policjanci, z którymi miał do czynienia, używali niczym tarczy sformułowana „to nasza praca”. Tylko tyle, niby niewiele, żadnej ideologii, ale zarazem wystarczająco dużo, by utrzymywać władzę opartą na lęku społecznym. Jednocześnie znaczenie  artysty rośnie wraz z zainteresowaniem władzy: „Kreują mnie zamiast rozwiązywać problemy, które podnoszę”, zauważa gorzko Ai Weiwei.  To władza, paradoksalnie, czyni go ośrodkiem zainteresowania międzynarodowego – niewątpliwie przyczyniła się do tego, że podczas swojego domowego aresztu otrzymał on od magazynu „Art Review” tytuł najbardziej wpływowego artysty roku.

„Podejrzany: Ai Weiwei”, reż. Andreas Johnsen

Na czym jednak właściwie polega władza artysty? Trudno nie zadać tego pytania; pada ono wprost w filmie i myślę, że ma dziś znaczenie wykraczające poza kontekst państw totalitarnych i samego Ai Weiweia. W jego przypadku najpierw chodzi o to, że obnaża on idee leżące u podstaw konstrukcji społecznej. Pięknie to pokazuje scena, w której dekonstruuje koncepcję złota: sprzedawajmy sztukę, złoto rozdawajmy za darmo, mówi (do niezbyt przekonanego kolekcjonera), skoro są dzieła sztuki warte tyle, ile niektóre prace artystyczne. Ta scena pozornie bez sensu, przypadkowa, niczym zabawny przerywnik, jak wiele w tym filmie, wraca jednak echem, gdy zapada decyzja sądu, że wniesienie sprawy w obronie Fake Ltd wymaga kaucji 1,5 miliona dolarów.

„Podejrzany: Ai Weiwei”, reż. Andreas Johnsen.
Dania 2013, w kinach od 1 sierpnia
Ai Weiwei skutecznie i z rozmachem wykorzystuje nowoczesne środki komunikacji. Nie rozstaje się z iPhonem, prowadzi bloga, korzysta ze Skype’a. Łamie oczywiście warunki zwolnienia, ale też informuje, inicjuje, prowokuje. Kiedy jednak zaczynają do niego spływać pieniądze z całych Chin, zanim jeszcze cokolwiek zostało powiedziane publicznie, ujawnia się inny wymiar komunikacji: podskórnej, sieciowej, choć niewidocznej na powierzchni, i ujawnia się inny wymiar władzy artysty. Samolociki z banknotów fruwające nad murem ogrodu Aia symbolizują bezsilność władzy i poddają pod osąd władzę pieniądza.

W pewnym momencie Ai Weiwei mówi – we właściwy sobie sposób, niepozwalający odróżnić powagi od ironii – że inaczej niż artyści polityczni trafił wreszcie do pierwszej ligi sztuki, ponieważ przestał być artystą zaangażowanym, a stał się polityczny. Można powiedzieć, że stał się wcieleniem polityczności. Lub dosłownie – politycznym ciałem. Artysta ma przekonanie, że władzę daje mu jego kruchość, podatność na zranienie, że może zostać pobity, może stracić syna, że rani matkę. Robi zatem wszystko, by tę kruchość odsłonić, radykalnie łącząc to, co prywatne, z publicznym. I by mówić, ponieważ milczenie jest ostateczną porażką: „Jeśli przestanę zabierać głos, to znaczy, że już jestem martwy”. Dobre imię artysty – kwestia reputacji, znów niby mimochodem, wraca w filmie kilka razy – opiera się na całkowitej przejrzystości. Nic do ukrycia. Nagość. Nic dziwnego, że chińskim władzom wydaje się ona pornograficzna.