Siła przeciętnej prowincjonalności
Abercrombie & Fitch

Siła przeciętnej prowincjonalności

Helena Chmielewska-Szlajfer

Moda to tylko wierzchołek zjawiska normcore’u. W czasach, kiedy wyróżnianie się jest cechą masową i nie ma przeciwko czemu się buntować, jedyną formą niezgody okazuje się akceptacja tego, co jest

Jeszcze 4 minuty czytania

Pod koniec zeszłego roku łowcy trendów za oceanem wytropili nowe zjawisko. Nowojorska grupa badaczy K-Hole ogłosiła nadejście normcore’unormal hardcore, czyli pochwały masowej przeciętności. Po latach indywidualizmu i kolejnych poziomach wyrafinowanego wtajemniczenia, które w efekcie były w stanie odczytać trzy osoby na krzyż, modni mieszkańcy Nowego Jorku i Kalifornii poddali się temu, z czym tak bardzo walczyli – akceptacji jednakowości, jednoznacznie kojarzącej się z fly-over states, czyli wszystkimi pozostałymi zjednoczonymi stanami Ameryki Północnej.

Pozornie to zmiana czysto estetyczna. Zamiast niszowych marek i awangardowych krojów – praktyczne ubrania z sieciówek, polarowe kurtki Patagonia, gumowe sandały Tevas, T-shirty Hanes, dzięki którym ludzie mogą stać się do siebie bezpiecznie podobni w tych miastach, do których jeszcze nie tak dawno uciekali, by znaleźć się wśród innych odmieńców. Wedle „New York Magazine” normcore to wygląd turysty, który moda szybko podchwyciła – pokaz Chanel na sezon jesienno-zimowy 2014/15 odbył się w hali stylizowanej na supermarket, sandały Birkenstock i klapki wyglądem przypominające swojskie kuboty można zobaczyć na najmodniejszych stopach, a awangardowy brytyjski magazyn modowy „Hot and Cool” opublikował w jednym z numerów sesję złożoną wyłącznie ze zdjęć przypadkowych ludzi wziętych z Google Map Street View. Moda uliczna odchodzi od niby-alternatywnego Urban Outfitters na rzecz zachowawczego amerykańskiego Gap i japońskiego Uniqlo oraz tanich odzieżowych dyskontów. Simon Doonan, wpływowy krytyk mody, objaśniał niedawno normcore – „ubranie, które nosi wielki tłusty nikt” – jako ostateczny cel mody w czasach dominacji odmienności, szycia na miarę i ogólnego dziwactwa.

fot. John Benson / Flickr CC BY 2.0

Jednak moda to tylko wierzchołek góry normcore’u, zjawiska, którego źródłem jest odwrót od przymusu wyróżniania się w czasach, kiedy każdy może być, kim tylko chce – więc może być również nikim; kiedy zacierają się różnice generacyjne, a wynajdowanie kolejnych pokoleń to działka marketingowców (w Polsce też mamy ich bez liku: pokolenie nic, JP2, millennialsów, 1500…); kiedy wreszcie przestaje istnieć coś takiego jak norma, a razem z nią i odchylenia. Gdy nie ma przeciwko czemu się buntować, wyróżnianie się jest cechą masową. W mass indie – masowej niezależności, której doskonałym przykładem są hipsterzy – coraz trudniej wykazać swoją odmienność, wymaga ona bowiem coraz głębszego wchodzenia w detale. Ta postępująca dbałość o szczegóły koniec końców skazuje masowych indywidualistów na samotność, stają się tak wyrafinowani, że skazani na niezrozumienie. W rzeczywistości mass indie akceptacja tego, co jest, okazuje się więc paradoksalnie najskuteczniejszym wyróżnikiem.

Dlatego normcore to próba wyjścia naprzeciw drugiemu człowiekowi, bliższemu, bo odżegnującemu się od dystansującej finezji. Celem normcore’u nie jest ekskluzywność, ale zdolność do adaptacji – dzięki temu, jak zauważyli badacze z grupy K-Hole, hipsterzy na nowojorskim Williamsburgu również w pewnym sensie są normcore. Jednak o ile w hipsterstwie estetykę można uznać za kwintesencję, w normcore styl jest tylko punktem wyjścia. Stąd jego przypadkowość, masowość, bylejakość, praktyczność – niczym u pogardzanego „turysty”. Brak wyrafinowania ma działać jako życzliwa zachęta do kontaktu z innymi, a banalny, niewarty uwagi styl ma ten cel ułatwiać. Jednocześnie normcore nie jest formą masowego konformizmu, ale otwartością na tworzenie sieci międzyludzkich. Normcore stanowi zatem fundamentalne przeniesienie akcentu z podmiotu na działanie.

„Hot and Cool”

Na temat normcore’u słychać jednak głosy krytyczne – między innymi Doonana – że to przede wszystkim sentymentalizacja klasy średniej lat 90., idealizacja płynąca na tej samej fali, co renesans zdjęć z Polaroida, filtry na Instagramie i T-shirty z napisami ze sklepów z używaną odzieżą. Inni z kolei zarzucają normcore’owi klasowość i przywłaszczanie przez wyrafinowanych studentów szkół artystycznych bezrefleksyjnego sposobu ubierania się middle America jako kolejnego stylu po mundurku hipstera. „New York Times” sprowadza normcore do chwilowego modowego żartu. Nowa wydaje się tu próba kontaktu i porozumienia z kimś innym w miejsce wyrażania samego siebie. Coś się zmieniło od czasu, kiedy ponad sto lat temu, w eseju „Mentalność mieszkańców wielkich miast”, Georg Simmel opisywał indywidualistyczny, zdystansowany styl życia mieszkańców metropolii.

Normcore podchwyciły także nasze media. Agata Wojtczak w „Elle” odnotowała nawet, że Polacy wyznaczają trendy w swoim upodobaniu do noszenia skarpetek do sandałów. Jest w tym jakiś trop, choć może nie tyle normcore’owy, co swojskorowy. Polski swojskor (czyli swojski hardkor) rządzi się bazarem głęboko osadzonym w rodzimej kulturze. To z jednej strony styl praktyczny, bo tani, ale jednocześnie – w przeciwieństwie do normcore’u – szalenie zindywidualizowany w krojach, fasonach, falbanach i cekinach. W Polsce trudno mówić o powrocie do prowincji, do naszych własnych fly-over states, bo w zasadzie nigdy z niej nie wyszliśmy, o czym pisali kilkadziesiąt lat temu m.in Stefan Czarnowski w „Kulturze” i Edward Ciupak, między innymi w „Katolicyzmie ludowym w Polsce”, a ostatnio Jan Sowa w „Fantomowym ciele króla”. Swojskor to połączenie wyobrażeń o PRL-owskiej szarzyźnie z kapitalistycznym targowiskiem lat 90., które jeszcze nie tak dawno mieściło się tuż pod warszawskim Pałacem Kultury i Nauki, nie mówiąc o Stadionie Dziesięciolecia. To wybuch wiejskich techno-dyskotek w stylu Manieczek, to wielbiący przaśne Słowianki Donatan i Cleo, czy wreszcie disco polo, które obecnie przeżywa swój renesans. Dla przykładu, „Ona tańczy dla mnie” zespołu Weekend ma już ponad 82 miliony wejść na YouTubie, a warszawski klub Piekarnia, znany dekadę temu z imprez house’owych, został przemianowany na Freedom i serwuje z powodzeniem hity Skanera oraz Boysów.

Z kolei polski swojskor wielkomiejski to sieciówki fast fashion, na czele z H&M i Zarą, dające tę samą ułudę wyróżniania się z tłumu, której przeciwstawia się normcore – choć, jak podkreślają autorzy raportu K-Hole, tylko ludzie umysłowo upośledzeni i do tego z genialną pamięcią są w stanie być na czasie. Wielkomiejski swojskor to też szafiarki w stylu Kasi Tusk czy Jessiki Mercedes, które aspirując do ekskluzywności, doskonale trafiają w masowe gusta. I to także nasi trzeciorzędni celebryci, których „ewolucje stylu” z bazarowego na luksusowy (ze stale aktualizowanymi potknięciami) bezlitośnie ujawniają portale plotkarskie.

Jednocześnie można zauważyć próby pastiszu swojskoru. Przykładem jest najnowsze wcielenie Michała Witkowskiego jako szafiarki Miss Gizzy, któremu bliżej do dawnych przebieranek na styku mody, sztuki i campu Davida Bowie, Jean Paul Gaultiera, czy ekstrawagancji zmarłej dwa lata temu nestorki „Vogue Italia”, Anny Piaggi niż do rodzimych celebrytów czy, z drugiej strony, do ekscentrycznych kolorowych motyli, które stroją się dla fotografów-blogerów przy okazji tygodni mody w Nowym Jorku, Londynie, Paryżu czy Mediolanie. Wszystko to jednak z domieszką przaśnego botoksu à la Natalia Siwiec – ze zniżką za sławę, do czego zresztą Witkowski ochoczo przyznał się przed kamerami.

Inną ciekawą postacią balansującą na granicy swojskoru i jego pastiszu jest już nieco zapomniany Gracjan Roztocki. Ten amator aktów własnych na łonie natury robionych idioten kamerą, filmików wideo na temat własnego życia codziennego z muzycznym tłem z piosenek przedszkolnych nuconych przez autora falsetem, a także dziecięco-sentymentalnych stylizacji – ubranie wyjściowe Roztockiego to m.in. żółte szorty z szelkami i skarpetki w paski – pojawił się nagle pod koniec zeszłej dekady. Miał krótki epizod sławy na portalu Pudelek, ale nawet tam występował jako dziwo w polskim show-businessie. Dostał również parę nagród „świr roku”, ale nie przyjął się na dobre – być może dlatego, że w swoim radykalnym, indywidualnym swojskorze wyłamuje się ze sztampowych i przewidywalnych polskich ram celebryckich. Ni to przebiegły krytyk rzeczywistości, ni to pocieszny wariat niespełna rozumu – przy którym akcje Cezarego Bodzianowskiego to grzeczny mainstream – z jednej strony ten dorosły mężczyzna zachwala cienkim, afektowanym głosem sentymentalny powrót do sielskiego dzieciństwa spędzanego nad wodą na golasa, z drugiej trzyma rękę na showbizowym pulsie, umieszczając ostatnio na swoim kanale YouTube filmy o gotowaniu – ale parówek z musztardą.

Jeszcze inną formę pastiszu swojskoru można znaleźć w klipie „Bożenka” zespołu Bracia Figo Fagot, opublikowanym dwa lata temu. Ich wariacja na temat disco polo w piosence o zdradzie niewiernej żony z Cyganem – przypominająca pod wieloma względami utwory Kur – okazała się tak udana w swojej dosłowności, że zespół został oskarżony o szerzenie nienawiści. Swoją drogą, być może to, że utwór jest jednak parodią, było najbardziej widać w jakości klipu, znacznie wyższej od znakomitej większości teledysków disco polo, które powstają metodą chałupniczą, oraz – jeżeli ktoś w ogóle zwrócił uwagę – wydawcy płyty S.P. Records, który ma w swoim katalogu m.in. Kult i Pidżamę Porno. Pastisz był tak udany, że jego ironiczny kontekst zgubił się po drodze.

Z drugiej strony, prawdziwe disco polo to jedna z najbardziej afirmacyjnych form swojskoru. To w dużej mierze esencja sielskiej prowincji, płynnie łącząca w sobie prostą erotykę („majteczki w kropeczki”), patriotyzm („wszyscy Polacy to jedna rodzina”) i religijność („ojciec Tadeusz jak Prometeusz”). Wszystko – jak pisze Mirosław Pęczak w „Polityce” – w sosie z prostej melodii na keyboardzie, wysokiej tonacji wokalu oraz mniej lub bardziej chałupniczych teledysków, często pozbawionych elementarnej choreografii, za to przypominających filmy kręcone na weselach. Zresztą wesela to miejsca, gdzie można najczęściej usłyszeć disco polo na żywo jako muzyczną podstawę międzypokoleniowej dobrej zabawy, obok Beaty Kozidrak i Budki Suflera.

O ile normcore jest postawą nie dystansu, ale gotowości porozumienia z drugim człowiekiem, o tyle polski swojskor jest raczej pozbawiony ironii w imię gloryfikacji samego siebie. Pęczak wymienia w tym kontekście serial „Świat według Kiepskich”, który miał być satyrą na „zwykłego Polaka” o wąskich horyzontach i pozbawionego aspiracji, a stał się dobrodusznym peanem na jego cześć. W tym sensie swojskor jest formą kiczu, który przesłania niewygodne aspekty życia, takie jak bieda i zaścianek, zamiast tego oferując poczucie wzniosłości i pełnej powagi wobec samego siebie. Jeżeli w swojskorze jest poczucie humoru, to tylko takie, które utwierdza w poczuciu samozadowolenia. Swojskor to zwycięstwo pozbawionej autorefleksji prowincjonalności i ekstremalnego indywidualizmu odziedziczonego po latach 90., to pochwała braku obycia i wyrafinowania, w domyśle obcego, zachodniego. Kto nie jest swojskorem, ten nie jest swój, czy więc to aby na pewno Polak i katolik?

Dlatego tak ciekawie w kontekście swojskoru wygląda wielkomiejskie działkowanie. Jest to kwintesencja „wsi” – zajmowanie się ziemią to sedno „wiejskości” w mieście, gdzie plony ziemi kupuje się w sklepie. Jednocześnie to także ucieleśnienie indywidualizmu. Według Magdaleny Zych, etnografki badającej miejskich działkowiczów w ramach projektu „Dzieło-Działka”, idealny ogródek to ogródek jego właściciela – zgodnie z zasadą mój dom moją twierdzą. Działki dają poczucie prywatnej sielskości w środku miasta, to zamknięte oazy, w których można sadzić kwiaty obok kabaczków. Jednocześnie działkowanie jest naszym własnym, swojskorowym odpowiednikiem urban farming, czyli miejskim rolnictwem. Dawniej odziedziczone po PRL działki pełniły funkcję aprowizacyjną, teraz ich rola jest przede wszystkim estetyczna, ale często wyłącznie dla właścicieli, którzy lubią swoje kwiatowo-warzywne minidominia zamykać na klucz. O ile w miejskim ogrodnictwie w dużych miastach w Stanach Zjednoczonych takich jak Nowy Jork czy Chicago oraz w Europie – m.in. Londyn – można znaleźć elementy normcore’u – „wiejską” uprawę roli w metropolii i otwartość na współdziałanie z innymi – to polski swojskor działkowy niespecjalnie jest zainteresowany takimi inicjatywami. Wspólnotowość amerykańskiego miejskiego rolnictwa niewiele ma wspólnego z działkowiczami, którzy na swoich małych przestrzeniach rządzą się sami, i wara tym, którzy chcieliby w tę indywidualną kreatywność ingerować.

Pojawiające się ostatnio oddolne ruchy ogrodów miejskich – „partyzanckie” sadzenie kwiatów, często w poetyce antysystemowej – spotykają się ze strony działkowiczów w najlepszym wypadku z bierną sympatią, częściej z niechęcią. Wątpią we wspólnotowe idee, bo „przecież i tak ktoś to wyrwie”. Być może dlatego projekty miejskich działań rolniczych i ogrodniczych często nazywają się działaniami artystycznymi (np. Nieużytki Sztuki), chociaż równie dobrze można by je uznać za działania sprzyjające tworzeniu się społeczeństwa obywatelskiego, nie mówiąc o promowaniu ekologii i ochrony środowiska. Najwyraźniej tylko sztuka jest w stanie udźwignąć deficyty iskry społecznikowskiej. Spora część miejskiego ogrodnictwa koncentruje się na terenach przy obiektach artystycznych lub w parkach, ale akcje tego typu można znaleźć również na podwórkach – np. w Poznaniu i Gdańsku. O ile więc nie są to usystematyzowane inicjatywy miejskie, a często jednorazowe lub sezonowe oddolne akcje, dają one upust zarówno indywidualistycznym zapędom – zwłaszcza w przypadku Partyzantek Ogrodniczych – jak i potrzebie działania razem we wspólnej przestrzeni. Nawet jeżeli miejskie ogrodnictwo to jedynie moda z Zachodu – aczkolwiek całkiem prawdopodobne, zostanie na dłużej – ma ona w sobie normcore’owy rys otwartej wspólnoty w powszedniości. Partyzanckie, oddolne wprowadzanie „wsi” w mieście to również okazja do zaznaczenia swojej indywidualnej obecności – z tą różnicą, że nie tylko ku chwale samego siebie, ale również dla przyjemności i pożytku innych. Swojskor rozkwita we wspólnocie.