Rozbity kubek
Warsaw Shore / MTV Polska

Rozbity kubek

Grzegorz Stępniak

Już Roland Barthes pisał we „Fragmentach dyskursu miłosnego”, że kiedy mowa o namiętnościach i stanie zakochania, wszyscy jesteśmy ćwierćdebilami. Ale nawet on nie pokazałby tego lepiej niż ekipa „Warsaw Shore”

Jeszcze 2 minuty czytania

Mam prawie absolutną pewność, że marna jest jakość estetyczna, etyczna oraz moralna wielokrotnie już analizowanego programu „Warsaw Shore”. Co z kolei nie oznacza, że nie przemawia do setek tysięcy widzów, którzy też chcielibyśmy melanżować za darmo i jeszcze błyszczeć w związku z tym w telewizji. Nie obchodzą mnie tutaj interpretacje problemowe produkcji MTV, w zgodzie z najnowszymi koncepcjami humanistycznymi, czy nawet posthumanistycznymi. Choć mogą być fascynujące, co udowadnia na przykład artykuł Agaty Bielik-Robson na temat pierwszego sezonu „Warsaw Shore”, w którym autorka zwraca uwagę na wszechobecny patriarchalny i seksistowski kształt rzeczy świata przedstawionego i nierówny genderowo układ sił pomiędzy chłopakami a dziewczętami w programie. Zresztą frapujących z uniwersyteckiego i nie tylko punktu widzenia wątków jest w „Warsaw Shore” więcej i aż proszą się one o akademickie analizy. Na przykład: „Gejowskie konotacje uruchamiane przez nieustanne obnoszenie się uczestników programu z muskulaturą w perspektywie queer”. Albo: „Warszawa widziana okiem turysty i wieśniaka w świetle studiów postkolonialnych”. Lub: „Problemy z narracyjnością pokolenia melanżu a kwestia nowych mediów”.

Ewelina / Warsaw ShoreŻarty żartami, ale „Warsaw Shore” to istna kopalnia kontekstów, kulturowych zjawisk i świetne pole, żeby przeprowadzić mniej lub bardziej celne diagnozy socjalnej degrengolady i upadku wszelakich wartości. Można by jednak zaproponować inne podejście do drugiego sezonu produkcji MTV, wyważone między beką a tonem śmiertelnie serio, nie oceniające i krytykujące spragnionych telewizyjnego fejmu ekipowiczów, a zastanawiające się nad tym, czego, jeśli idzie o obyczaje, możemy się od nich nauczyć i dowiedzieć – zwłaszcza o naszych emocjach.

Wypadałoby najpierw jednak opowiedzieć pokrótce, na czym polega „Warsaw Shore”. Jest mniej więcej tak: czterech typów i cztery typiary mieszkają w jednym domu gdzieś w Warszawie i imprezują. Alkohol się leje, melanż trwa, typy wyrywają „gąski”, że posłużę się nomenklaturą powszechnie obecną w dyskursie uczestników, gąski  upokarzają się przed kolegami z domu, zakochując się w nich. Co rusz dochodzi między nimi do konfliktów  natury erotyczno-uczuciowo-melanżowej, a w co trzecim mniej więcej odcinku ktoś ląduje na pogotowiu w skutek niefortunnego wypadku, jaki jest pokłosiem zatracenia się w wiksie. Przez meandry narracji prowadzą widzów komentarze z offu, wygłaszane przez ekipowiczów post factum. W tych opowieściach prym wiedzie Wojtek, bodaj najsympatyczniejszy uczestnik programu, który jako jedyny nie ma problemów z poprawnym wypowiedzeniem zdania wielokrotnie złożonego. Skoro o kwestiach osobowych mowa, należy w tym miejscu zaznaczyć, że po pierwszym sezonie odeszli z ekipy wygadany mięśniak Trybson oraz jego ukochana, rezolutna, acz prostolinijna Eliza. Szczęśliwa para jest przy nadziei i spodziewa się „małego Trybsiaka”, o czym nieustannie przypominają plotkarskie i czytane przez nas wszystkich portale typu pudelek.pl. Poza wspomnianym Wojtkiem, ze starego składu ostali się jeszcze:  średnio rozgarnięta, acz rozrywkowa Ewelina, nazywana „Ewędliną” z powodu nieco rubensowskich kształtów, „naczelny ruchacz-pozer” Paweł Cattaneo, wyszczekana i zadziorna „Mała” Ania oraz dystyngowana niemal i zdecydowanie przebiegła „Duża” Ania. Za to z nowych twarzy możemy podziwiać: nijaką i płaczliwą Alicję, szybko zastąpioną przez dość wulgarną oraz bezobciachową Malwinę, Ptysia, pakera o gołębim sercu, oraz cwanego i mocnego zarówno w gębie, jak i nogach, Alana, zawodnika sztuk walki MMA. Jeśli zaś chodzi o napięcia fabularne w sezonie drugim to: Ewelina kocha bez pamięci Cattaneo, który trochę ją zlewa, a trochę by chciał coś więcej; „Duża” Ania zakochuje się odrobinę w Alanie i na tym tle przebiega jej konflikt z „Małą” Anią, która też zaczyna czuć do niego miętę; Ptyś ma ochotę na „Dużą” Anię, szybko orientuje się jednak, że nie ma u niej szans;  Alan chce zaliczyć jak najwięcej lasek i udaje, że nie wie, o co chodzi dwóm Aniom; natomiast Wojtek głównie snuje kolejne opowieści z offu i tylko czasem pozwala sobie na delikatny flirt z Malwiną.

„Mała” Ania / Warsaw ShoreBeka z wypadków w „Warsaw Shore” beką, ale uważam, że jeśli w grę wchodzą emocje, to na bok należy odrzucić światopoglądowe zapatrywania, które w świetle wszechobecnego cynizmu, ironii i sarkazmu każą nam na każdym kroku postrzegać wszystko jako taki czy inny konstrukt. Drugi sezon programu zdecydowanie skłonił mnie do wyznawania rodzaju „uczuciowego esencjonalizmu”, który polegałby na w gruncie rzeczy prostym przeświadczeniu, że wszyscy mamy takie same emocje, a różne są tylko sposoby ich okazywania i konwencje przedstawieniowe, jakie nimi rządzą. Już bodaj Roland Barthes pisał we „Fragmentach dyskursu miłosnego”, że kiedy mowa o namiętnościach, pasjach i stanie zakochania, wszyscy jesteśmy co najmniej ćwierćdebilami. Ale nawet on nie pokazałby tego lepiej, niż, dajmy na to Ewelina, do nieprzytomności zakochana w Cattaneo. Bo czy kiedy w jednym z odcinków biegnie rozwścieczona z żelazkiem, rzucając się na gąskę, jaką przyprowadził sobie do domu ukochany, nie zazdrościmy jej trochę animuszu? Albo kiedy pijana w sztok zaczyna coraz bardziej i bardziej upokarzać się przed nim, widzami i samą sobą, wyznając mu ni stąd, ni zowąd uczucie, nie przypominamy sobie czegoś z własnego realu? Lub, gdy wygrywa przejażdżkę helikopterem i decyduje się zabrać na nią niewartego jej splunięcia Cattaneo, który od czasu do czasu zaliczy ją z braku laku, nie współczujemy jej, myśląc o swoich złych uczuciowych wyborach? I gdy wreszcie jej trud, znój i wysiłki przynoszą wymierne korzyści, bo jak sama elokwentnie zauważa w jednej ze swoich przemów do Pawła: „jest postęp, mniej ruchasz w tym sezonie”, nie kibicujemy jej, z ulgą stwierdzając, że miłość po bandzie jednak popłaca?

„Duża” Ania / Warsaw ShoreEwelina nie jest zresztą jedyną uczestniczką „Warsaw Shore”, która otworzyła mi oczy na prosty zdawałoby się fakt, że kochamy, cierpimy, cieszymy się i nienawidzimy co prawda na różne sposoby, ale rdzeń tych emocji pozostaje raczej zasadniczy i dość mocno zafiksowany. „Duża” Ania co rusz w najmniej odpowiednim momencie, zazwyczaj, gdy ten jest już bardzo pijany, próbuje przeprowadzić z Alanem poważną rozmowę o swoich uczuciach i bez jakichkolwiek hamulców wytyka mu nieodpowiednie traktowanie. Stara się też często uwieść i zainteresować swoją osobą wspomnianego typa, prężąc się przed nim desperacko i prezentując swoje wdzięki. Przy tym wszystkim udaje najczęściej, że on jej absolutnie nie obchodzi i jak gdyby nigdy nic przechadza się w bikini po całym domu, w myśl powszechnie znanego hasła „miej wyjebane, a będzie ci dane”. Niestety, tym razem nie sprawdza się mądrość tego ludowego porzekadła. Z kolei „Mała” Ania jak nikt inny posiada umiejętność uzewnętrzniania kolejnych wybuchów uczuć i to zarówno tych negatywnych, jak i pozytywnych, z przewagą pierwszych, uświadamiając nam, że czasem warto iść na całość, nawet kosztem porażki. Obrywa się od niej wielu: czy to obcym gąskom, które rzekomo obrażają ją w klubach, gdzie bawi się ekipa z Warszawy, czy tym domowym, vide jej scysja z „Dużą” Anią i walka między nimi o Alana. „Mała” Ania jest również mistrzynią pijackich wyznań, wszelkiego rodzaju zwierzeń i werbalizacji zawstydzających, acz pierwotnych potrzeb bycia adorowaną i kochaną, jakie drzemią w ludzkości jako takiej. Muszę przyznać, że imponują mi te dziewczęta. Tak, dziewczęta, bo kolesie z ekipy pozostają emocjonalnie średnio ciekawi, uwięzieni w archetypie twardego faceta. Za to gąski nie boją się ryzykować, nawet jeśli miałoby to się skończyć totalną klęską czy upadkiem moralnym, obyczajowym, genderowym i kulturowym. Choć wiadomo, że wiąże się to z powielaniem patriarchalnych wzorców, w myśl których to „męska rzecz być daleko, a kobieca wiernie czekać”. W świecie „Warsaw Shore” dystans jednak jest zdecydowanie emocjonalny, a nie dosłowny.

Zasadność powyższych stwierdzeń o „emocjonalnym esencjonalizmie” znajduje potwierdzenie w najlepszej, moim zdaniem, scenie z drugiego sezonu „Warsaw Shore”, w której zdesperowana i rozgoryczona głupim zachowaniem Alana „Duża” Ania próbuje wykrzyczeć mu swoje racje. Po chwili jednak orientuje się, w myśl piosenki śpiewanej przez Davida Gahana z Depeche Mode, że sfera werbalna niewiele znaczy, kiedy w grę wchodzi miłość.  Zabiera więc chłopaka do łazienki. Tam postanawia mu obrazowo nakreślić swoje uczucia oraz poglądy na miłość. Najpierw prosi ukochanego, by ten wziął do ręki kubek i rzucił nim z całych sił o podłogę. Alan bez zastanowienia spełnia jej życzenie. Słychać trzask, widzimy rozbite naczynie. Kawałki potłuczonej porcelany leżą na podłodze w domu ekipy Warsaw Shore. Wtedy dziewczyna, niczym performerka-konceptualistka, każe mu za to rozbicie przeprosić. Alan, całkowicie posłuszny, wyraża żal. I nagle, zupełnie niespodziewanie, „Duża” Ania puentuje całą sytuację, zauważając, że co z tego, że on przeprasza, skoro kubek leży rozbity. Żal na próżno. Z tego kubka już nikt się nigdy nie napije. Performerce w mistrzowski sposób udaje się pokazać, że niesmak i rozgoryczenie nie tylko na trwałe wpisane są w miłosne umizgi, ale też że słowa nie cofną czasu ani nie uleczą złamanego serca. Z niecierpliwością czekam na jej kolejne prace.