Rewolucja, której nie było

8 minut czytania

/ Film

Rewolucja, której nie było

Iwona Kurz

Być może nadchodzi wreszcie rewolucja samych kobiet, ale nie nazywa się Michalina Wisłocka

Jeszcze 2 minuty czytania

„Sztuka kochania. Historia Michaliny Wisłockiej” opiera się niemal na tym samym zespole współpracowników, ze szczególnym wskazaniem na scenarzystę Krzysztofa Raka i oczywiście producenta Piotra Woźniaka-Staraka, co „Bogowie”. I na tej samej formule pozwalającej stworzyć dobrze sformatowany utwór trafiający do szerokiej publiczności. W roli głównej – wybitna jednostka walcząca z systemem, ale nie tyle przeciwko niemu, ile o to, by „ludziom żyło się lepiej”. Nawet kolejność jest „właściwa” – po filmie o kardiologu przychodzi opowieść o ginekolożce (leczy przecież tylko 50 procent społeczeństwa). W najmniejszych epizodach pojawiają się ulubione polskie gwiazdy, a sprawdzona w debiucie reżyserka Maria Sadowska dopełnia projektu jako autorka dzieła o kobiecie i dla kobiet. To w sumie optymistyczna okoliczność, że podobna – zdecydowanie raczej kobieca niż feministyczna – konstrukcja potraktowana została jako możliwy nośnik komercyjnego sukcesu. Jak widać po wynikach otwarcia, ten melanż gorszycielskiej biografii z tęsknotą za Peerelem jest skuteczny – w premierowy weekend film obejrzało niemal 268 tysięcy widzów.

Peerelowski pejzaż w „Sztuce kochania” zawiera wszystkie konieczne rekwizyty, w dużej liczbie występują zwłaszcza różni smutni panowie na szczeblach, wszyscy w niedobrych garniturach. Jak często w podobnych razach, tych rekwizytów trochę jest nawet w nadmiarze – scenografie z historii najnowszej rażą hipsterrealizmem: wszystko musi być z epoki, wszystko fajne i wszystko nowe. Ta stylizacja wydaje się tu zdecydowanie przesadzona, makijaż najgorszy, fryzury jak po nieudanym przeszczepie włosów i koszule kolorowe jak kwiaty. Mieści się to w utrwalonej już tendencji do pokazywania powojennej Polski jako straszno-śmieszno-cudnej z całą siłą każdego z tych przymiotników. Wszystko razem ogląda się nie bez pewnej przyjemności – na przemian jednak z ochotą, by głośno się zdziwić: ale serio?


Może również dlatego, że znów – choć jest o seksie – najmniej jest właśnie o przyjemności. Trochę podobnie jak Peerel pokazywana jest w filmie tytułowa „sztuka kochania”, także w tym sensie, że twórcy łatwo przechodzą nad tym, co wcale niełatwe i w biografii Michaliny Wisłockiej, i w jej podejściu seksuologicznym. Nic tu nie jest ani problematyczne, ani problematyzowane – oglądamy ciąg kolorowych anegdot. Popularność Wisłockiej i jej zasługi dla edukacji społeczeństwa polskiego są niekwestionowane, nawet jeśli liczba siedmiu milionów sprzedanych egzemplarzy jej książki jest przesadzona (a w każdym razie niepotwierdzona). By przywołać odróżnienie Michela Fouculta, nie jest to jednak ars erotica, lecz scientia sexualis – nie sztuka, lecz wiedza, i to wcale nie bezinteresowna. Nie jest skupiona na samej rozkoszy; pozostaje ona jedynie efektem ubocznym, a na pewno potrzebuje alibi – prokreacji lub wzmocnienia małżeństwa. Seksuologiczne wyznanie, oczywiście komediowe i półgębkiem, spotyka się z rozwiązaniem – wyrażonym w języku prostym, nieco rubasznym, ale sugestywnym. Zawdzięczamy zatem Wisłockiej nie tylko odkrycie łechtaczki, ale też propozycję pewnego języka mówienia o seksie, nieco umownego, posługującego się raczej porównaniem niż opisem, ale też wreszcie nienaukowego, będącego bliżej doświadczenia i życia. Filmowa Wisłocka (Magdalena Boczarska) używa go wobec pacjentów i wszystkich, z którymi rozmawia o książce – nauczając niczym podstarzała (tak jest grana, choć ma niewiele ponad 50 lat) baba-kaznodziejka.

Była ona – nie bez racji zresztą – przekonana, że jej największym wrogiem nie była ani cenzura kościelna, ani partyjna, tylko konkurencja kolegów mężczyzn. Niewątpliwie krytyczne opinie znawców nie pomagały w podjęciu decyzji o zwolnieniu książki do druku, a autorka „Sztuki kochania” była popularna wśród czytelniczek. Zwrot ku pacjentom Agnieszka Kościańska – autorka książki „Płeć, przyjemność i przemoc” dotyczącej eksperckiej wiedzy o seksie w PRL – wskazuje jako cechę wyróżniającą polską szkołę seksuologiczną. Wisłocka była wyjątkowa właśnie dlatego, że pracowała głównie z kobietami i prezentowała ich punkt widzenia.


Jej rewolucja seksuologiczna była jednak ograniczona, odzwierciedlając w dużym stopniu stan wiedzy i emocji epoki – oskarżanie jej o pornograficzność jest tyleż miarą jej prekursorstwa, co polskiej pruderii. Wisłocka otwierała kobiety na seks i pisała o orgazmie, ale najlepiej w łożu małżeńskim, a jej poglądy na wiele kwestii muszą dziś razić, łącznie z podstawową sprawą kobiecej odpowiedzialności za gwałt. Choć wybory życiowe lekarki trudno uznać za tradycyjne, trudno też niestety widzieć w nich wybory, a jej rady mają wiele z ludowej chytrości – jak sposobem osiągać cele bez naruszenia status quo. I status quo płci nie zostaje naruszone ani w „Sztuce kochania”, ani w filmie o jej autorce – kobieta pozostaje podporządkowana mężczyźnie i przy nim powinna się samorealizować. Najsmutniejsza w filmie jest scena pozornej solidarności kobiet, które szantażem seksualnym i urokiem ciążowego brzuszka wymuszają na mężach decydentach wypuszczenie książki. Potwierdza to i wzmacnia jeszcze wątek wielkiej miłości – na śmierć i życie – jako wartości nie tylko najwyższej, ale też właściwie jedynej kreatywnej. Jurek, zagrany z wdziękiem przez Eryka Lubosa, występuje jako inspirator Wisłockiej, odkrywca jej ciała i nauczyciel, a nawet autor jej pomysłu na kolorowe stroje. Być może za każdym mężczyzną stoi kobieta, ale najwyraźniej jej twórcą musi być mężczyzna.

„Sztuka kochania. Historia Michaliny Wisłockiej”, reż. Maria Sadowska


O aktualności książki Michaliny Wisłockiej trochę już napisano – najmocniej bodaj Olga Wróbel, łącznie z konkluzją, że jeśli tak, to raczej nie jest to dobra wiadomość. Prawo do aborcji wtedy miałyśmy, a ofiara pokątnej skrobanki jest ofiarą nieuświadomienia i produkcji społecznego wstydu. Ale jeśli frazy na temat antykoncepcji brzmią współcześnie, to także dlatego, że się nie starzeją, w całości natomiast program Wisłockiej nie wydaje się dzisiejszy. Żyjemy jednak w dziwnych czasach. Jedni jeszcze „Sztuki kochania” nie przeczytali – wśród nich są tacy, którzy wierzą, że nie należy jej czytać, bo otwartość w kwestiach seksu ducha polskiego osłabi. Inni dawno już są gdzie indziej. Jeszcze inni zarabiają na tym pieniądze, by wskazać jedynie na rozwój poradnictwa prasowego, ale też nieustanną monetyzację wszystkiego, co seksualne, na przykład w reklamach, w jeszcze innej, kapitalistycznej postaci alibi bez przyjemności.

Powojenne ustawodawstwo dało Polkom i równouprawnienie, i dostęp do aborcji. Obyczaj postępował dużo wolniej, także dlatego, że to prawo dało – a nie Polki sobie wzięły. Nawet prawa wyborcze dostałyśmy jako polskie patriotki, a nie żony wyzwolone. Potwierdza to także remake pruderii widoczny w filmie w samym sposobie pokazywania seksu – niby jest, ale głównie w postaci obrazków niemal wyjętych z książki: dużo pozycji, dużo plenerów i się dzieje. By sparafrazować polskiego psychoterapeutę narodowego, rewolucja seksualna w Polsce także została „prześniona” – oraz niedorobiona. Przede wszystkim jednak nie była podmiotowa i upodmiotowiająca. Nie była feministyczna. Być może nadchodzi wreszcie rewolucja samych kobiet, ale nie nazywa się Michalina Wisłocka.