Rentier i reporter
Łona x Konieczny x Krupa, (od lewej: Andrzej Konieczny, Łona, Kacper Krupa), fot. Krzysztof Kiziewicz

10 minut czytania

/ Muzyka

Rentier i reporter

Jan Błaszczak

Podczas gdy Taco Hemingway deklaruje, że warto wsłuchiwać się w historię innych, Łona, Konieczny i Krupa nic nie deklarują – po prostu oddają głos innym

Jeszcze 3 minuty czytania

Do Radia Marmur, na którego falach rozgrywa się „1-800-Oświecenie” – najnowsza konceptualna płyta Taco Hemingwaya – może zadzwonić każdy. Jedynym ograniczeniem jest tu wyobraźnia twórcy. Nie najlepiej świadczy o niej, że dzwoni akurat słuchacz, który chce opowiedzieć o weselu, na którym popił „wódeczki, naleweczki, bimberku”, a przy okazji ponarzekać na słabą wiarę rodaków i niesforną młodzież. To postać tak grubo ciosana, że nie zdziwiłaby mnie w paczce chipsów, ale na płycie gwiazdy polskiego rapu, głosu „tego inteligentnego hip-hopu”, to jednak trochę wstyd. Nawet jeśli to tylko skit.

A przecież w kulminacyjnym momencie tej płyty bohater, stanowiący alter ego rapera, doznaje objawienia: słuchając ludzi i ich problemów, możemy lepiej zrozumieć siebie, oswoić lęki, poczuć się mniej samotni. To zapewne słuszne wnioski, a jednak po kilku seansach z „1-800-Oświecenie” mam nieodparte wrażenie, że raper jakoś nieszczególnie wsłuchuje się w głos społeczeństwa. Wiadomo, hip-hop jest gatunkiem dość egotycznym, ale mówiąc o sobie i swoich problemach, można uderzać w ważkie tematy. Polski rap robił to nie raz. Nat0miast najnowsza płyta Taco – podobnie jak kiedyś „Hotel Marmur” – kręci się wokół jego zawodowych rozterek i dylematów. Główna różnica polega na tym, że od tamtego czasu zdążył „zrobić sześć zer”, więc teraz może się kręcić trochę dłużej. Prowadzącemu audycję w Radio Marmur zwierza się, że nie wie, jak wrócić do pracy po tysiącu dniach urlopu. W dalekim Bangkoku hamak Marii Peszek zaczyna powoli się kołysać.

Taco Hemingway 1-800-Oświecenie, 2020, 2023Taco Hemingway, „1-800-Oświecenie”.
2020, 2023
W jakimś stopniu rozumiem problem, przed którym staje Taco. No bo o czym tu rapować, kiedy jest się trzydziestoletnim rentierem? W dodatku takim, którego słuchacze oczekują jednak czegoś więcej niż gadania o samochodach, imprezach i drogiej odzieży. Raper sięga więc do sprawdzonych rozwiązań, bo przecież wiemy od stuleci, że tym, co łączy dworzanina i chłopa, księcia i żebraka, pracowniczkę Żabki i autora radiowych przebojów, jest widmo końca. Jak nawijała rozmówczyni MC Polikarpa: „bądź ubodzy i bogaci / Szwytki ma kosa potraci”. No i tak, „1-800-Oświecenie” – czy raczej „1-800-Średniowiecze” – jest albumem o przemijaniu. Bo nawet Logan Roy może zejść na serce w swoim prywatnym odrzutowcu. Bo nawet Taco Hemingway czuje, że lata coraz krótsze, a wódka mniej pożywna.

Coś tu zgrzyta? No właśnie, to przemijanie wyrażone explicite w utworze „JESTEM” wcale nie oznacza u Taco jakiejś rapowej eschatologii. Nikt tu „Requiem ludowego” nie struga. To „przemijanie” stanowi raczej wytrych do kolejnego popkulturowego handlu nostalgią. To nie „Podróż zimowa”, to „Lato gelato”. Pastelowe filtry, pierwsze miłostki, cytaty z polskich hitów lat 90. i opowieści wiarusa budują zaskakująco płaski łuk postaci, skoro za punkt wyjścia – taką punkową piwnicę – robi tu słynny katowicki Megaclub.

Przy czym muszę przyznać, że wszystko jest tu opowiedziane z werwą, bogatym słownikiem i nienagannym flow (przy okazji tej premiery włączyłem „Hotel Marmur” i trudno nie usłyszeć, jak bardzo raper rozwinął się pod względem technicznym). Co więcej, za sprawą gości (Podsiadło, Zawiałow) refreny bujają całkiem nieźle, a i gospodarz radzi sobie w tym zakresie. I właśnie tych kilka piosenek („Całe lata”, „Mix sałat”) działa na „1-800-Oświecenie” najlepiej. Podczas gdy cała ta konceptualna nadbudowa wydaje mi się, prawdę mówiąc, nieznośna.


Oczywiście, ja tu sobie narzekam, a odsłuchy idą w miliony, koncerty generują miliony, a weterani polskiego rocka chętnie chwalą się słuchaniem Taco Hemingwaya w wywiadach. I ja nie zamierzam się tu wcale rzucać Pihem, tylko nie rozumiem, po co budować całą tę wielopiętrową konceptualną konstrukcję, skoro tak wyraźnie brakuje treści do jej wypełnienia. Skoro jedynym pytaniem, z jakim zostawia mnie ten zestaw piosenek, jest niedająca mi spokoju myśl: u kogo wcześniej słyszałem „Nametag”? Nie mam pojęcia.

No właśnie, w „Nie mam pojęcia” – piosence, w której Łona stara się przywołać imiona wszystkich tych dzieci, które nagle urodziły się jego rówieśnikom. To właśnie szczecinianin jest autorem drugiej konceptualnej rapowej płyty, która ukazała się tej jesieni. Nagrane z Andrzejem Koniecznym i Kacprem Krupą „Taxi” podchodzi do konwencji z zupełnie innej strony. Do tej pory konceptualne rapowe albumy dzieliłem na szaloną fantastykę („Dr. Octagonecologyst”, „Deltron 3030”, „Turkusowy grafit”) i osiedlowe panoramy („Disposable Arts”, „Let Them Eat Chaos”, „Good Kid, M.A.A.D. City)”, za to „Taxi” prędzej postawiłbym na półce z reportażem.

Jego zaczynem były zresztą wywiady przeprowadzone przez Łonę i Zuzannę Głowacką z taksówkarzami. Fragmenty tych rozmów słyszymy pomiędzy utworami, ale co ważniejsze, to właśnie z nich wyrastają napisane przez trio utwory. Czasem są to małe opowiadanka, linearne historyjki, które prowadzą nas od punktu A do punktu B niczym najsprawniejsza taryfa. Częściej jednak są one przyczynkiem do tego, by spojrzeć na świat zza kierownicy, zza szyby nocnego kursu, z innej perspektywy. Taksówka okazuje się dobrym miejscem do prowadzenia takich obserwacji: to trochę konfesjonał, a trochę Hyde Park – powiesz, co ci leży na wątrobie, trzaśniesz drzwiami i niech to kierowca trawi. Łona pozwala mu się na chwilę zatrzymać i rozładować bagaż.

Zasłyszane historie Łona filtruje w sposób dobrze znany jego słuchaczom, którzy dostają tu głębokie żarty i proste dramaty, niesamowitą codzienność i zwyczajny eksces. Ten nasz pan od „wódeczki, naleweczki i bimberku”, z wąsem i Bogiem na ustach nagle przestaje nudzić i staje się oratorem pierwszej wody – wystarczyło zapytać o jego hobby. Przeciwko kalkom występuje nie tylko „Pan Darek”(„Pan Darek nie umie w small talk, ale spytaj go o ryby, staje się Garcia Lorcą”), ale też bohater „Kimaj”, który rozlicza pasażerów z poprzestawania na stereotypach, kliszach i uproszczonych wizjach świata. Jego przysypiających na tylnej kanapie klientów postrzegałbym nie tylko jako wracające z nocnego melanżu „zwłoki”, ale też szerzej jako symbol jakiegoś umysłowego rozleniwienia.

Na „Taxi” Łona sprawnie łączy konkretne, osadzone w zawodowej specyfice historie z rozważaniami w skali makro. „Bym poszedł” można czytać jako utwór o oportunizmie, „Jedziesz” to znów taryfiarska wariacja na temat élan vital, a najmocniejsze w tym zestawie „10 pytań” to chwytający za serce odprysk wojny w Ukrainie. Dzięki temu, że raper sprawnie wychodzi poza taksówkarski idiolekt, niektóre refreny zagnieżdżą się w głowach i gardłach nawet najzatwardzialszych rycerzy zbiorkomu. Bo nie trzeba być wyznawcą klasycznej hiphopowej triady: „Noc, rap, samochód”, by zanotować sobie odezwę: „Dla tych, co się toczą w nocnych cyrklach”. Ja zanotowałem.


I choć za ten przejazd dałbym Łonie, Krupie i Koniecznemu więcej gwiazdek niż Hemingwayowi, to przecież muszę wytknąć tych kilka mankamentów. Po pierwsze, „Kocyk”, który działa w kontekście całej opowieści, wprowadzając tu pewien luz i humor, wydaje mi się też utworem pisanym na autopilocie. Dobrze znam już tę konstrukcję – wyprowadzanie słuchacza w pole za sprawą gęstych, ciągnących w jedną stronę wyliczeń i sugestii, by w refrenie szybko spuścić powietrze, rozbroić poważną minę żartobliwą puentą, lekkim refrenem. Sięgam po poprzednią płytę, no i mam: „Co tam, mordo?”. Jak to szło? „Na jedną nutę trochę ten numer, daruj!”.

Łona x Konieczny x Krupa Taxi Def Jam 2023Łona x Konieczny x Krupa, „Taxi”.
Def Jam 2023
Po drugie, mam wrażenie, że reporterski charakter albumu nie zawsze zachęca do kolejnych kursów „Taxi”. Łona jak mało kto potrafi bawić się synekdochą, uprawiać to swoje pars pro toto – a nawet parsk pro toto – by na koniec wykonać liryczny zoom out. Mistrzostwem w tym zakresie był dla mnie zawsze „Kaloryfer” z płyty „Cztery i pół”. Mam wrażenie, że właśnie tego ostatniego elementu brakuje „Kolędzie” – zgrabnej opowieści z twistem, która jednak traci wiele, kiedy już tenże twist poznamy. Przy czym, biorąc pod uwagę charakter albumu, jego repeat value i tak wydaje mi się tu bardzo wysokie. 

Wreszcie muzyka, bo to przecież płyta trio. Podoba mi się jej stylistyczna rozpiętość, którą w otwierającym całość „Bym poszedł” awizuje dialog fletu z nisko brzmiącym syntetycznym basem. Bo w „Taxi” usłyszymy klasyczne hiphopowe bity, ale też trochę nowoczesnego jazzu, a nawet rocka („Pan Darek”). To łączenie brzmień elektronicznych i akustycznych buduje dynamikę rzadko słyszaną na rapowanych płytach. Tym bardziej że Konieczny i Krupa nie muszą się ograniczać do klejenia podkładów i grania w tle taksówkarskiej opowieści – rozbudowane intra i długie outra dają im dość miejsca, żeby się nam wszystkim przedstawić. I choć czasami za bardzo idą w dosłowność – refren „Godziny wilka” – to przecież miło ich poznać.

Podczas gdy Taco Hemingway mówi o potrzebie słuchania innych, Łona, Konieczny i Krupa rzeczywiście słuchają. I wydaje mi się, że stąd właśnie bierze się jakościowa przepaść między tymi albumami. Bo ostatecznie wychodzi na to, że całe to słuchanie to najlepszy koncept.