Obrazki z prekariackiego stocka
fot. Open’er / Filip Blank

5 minut czytania

/ Muzyka

Obrazki z prekariackiego stocka

Łukasz Łachecki

Taco Hemingway to prawdziwy „raper centrowy”: osiąga kompromis między różnymi odłamami tego gatunku. Jednocześnie jego teksty są zgrabną litanią internetowych memów, nazw warszawskich klubów, marek i publicystycznych wątków

Jeszcze 1 minuta czytania

Chyba tylko dwóch nowych raperów w ostatnich latach mogło poszczycić się tak lawinowym wzrostem zainteresowania jak Taco Hemingway: Oskar z projektu Pro8l3m i Quebonafide. Co ciekawe, każdy z wymienionej trójki przynależy teoretycznie do odmiennej tradycji. Pro8l3m kojarzony jest z nurtem ulicznym. Quebonafide to wykonawca kładący nacisk na techniczne, błyskotliwe braggadocio (przechwałki), sąsiadujące z pompatycznym emo-rapem. Wreszcie ukrywający się pod pseudonimem Taco Hemingway Filip Szcześniak – na pierwszy rzut oka wykonuje ukłon w kierunku fanów wyrazistych storytellingów. 

Debiut Taco Hemingwaya „Trójkąt warszawski”, opublikowany pod koniec ubiegłego roku, był fabularnie nieskomplikowaną historią, która streszczała się w wersach z ostatniego utworu na płycie – „opiszę trójkąt warszawski, ja i Ty, Ty i ja i ten zakapior/ opiszę brud i luksus, pieniądz wydany na wódę i kawior”. Niestety, szybko okazało się, że wszystkie klasowe i lifestyle’owe opozycje, konstruowane przez rapera chwalonego za zdolność obserwowania i społeczną przenikliwość, w dużej mierze ograniczają się do litanii marek, nazw warszawskich lokali i klisz rodem z lewicującej publicystyki czy studenckich memów. Hemingway jest niezły w kreśleniu topografii Warszawy, ale zapożyczone z tygodników opinii figury hipsterów, bywalców, korposzczurów, głupiutkich studentek i zapijaczonych dekadentów z Planu B zużyły się mniej więcej w czasach, gdy Szcześniak wrzucał do sieci swoje pierwsze dzieło, „Hitlera w poszukiwaniu elektro”.

Na pierwszym minialbumie zdolność do zmontowania zgrabnego dowcipu ustąpiła ciężkostrawnej manierze, w jakiej raper wyrzuca z siebie kolejne wersy – cóż z tego, że wielokrotnie złożone, skoro złożone infantylnie? „Palę mentole fajki/ zieleń paczki tej podkreśla moje zielone najki/ wszystkie plotki zwykłem wkładać między pieprzone bajki/ ale teraz wiem już czemu on ci daje te lajki” to nie są wersy, które łatwiej przełknąć dzięki sprawności w nawarstwianiu rymów. Postaci, zaludniające płyty Hemingwaya znamy już między innymi z wierszy Xawerego Stańczyka ze „Skarbu piratów” czy z debiutanckiej powieści Wojciecha Engelkinga „(niepotrzebne skreślić)”. Gdy poszukamy w obrębie polskiego rapu, najbliżej Hemingwayowi do skrzyżowania Łony (np. z utworu „Nie pytaj o nas”) ze zgryźliwością obserwacji Fisza z „Warszafki”. Historie o warszawskich sępach w tym wydaniu słyszeliśmy już także na ostatnich autorskich albumach Sokoła i Tego Typa Mesa. Odbioru płyty nie ułatwiała nierówna warstwa muzyczna. Fatalne „Szlugi i kalafiory” znalazły się na jednej trackliście razem ze świetnym, rozdygotanym podkładem do „Wszystko jedno”; ostatecznie „Trójkąt warszawski” sprawiał wrażenie irytująco-intrygującej wprawki.

Taco Hemingway, Umowa o dzieło, Asfalt Records 2015Taco Hemingway, „Umowa o dzieło”, Asfalt Records 2015Wydana właśnie „Umowa o dzieło” zdaje się krokiem naprzód, mimo że jako tekściarz Taco obraca się wciąż wokół manekinów i publicystycznych wytrychów. Nadal dominujące storytellingi rzadko prowadzą do mocnej puenty, są raczej okazją do rozbuchanej ponad miarę (jak w utworze „A mówiłem Ci”) skłonności do nawarstwiania pojedynczych obrazów – a to młodych wilków, nakręcających się imprezami na Mazowieckiej i kokainą, a to mętów w koszulkach Hemp Gru, którzy zaraz pozbawią narratora zębów, no i oczywiście butów, klubokawiarni, Warszawy, w której od razu wiadomo, kto korposzczur, kto chuligan, a kto bawidamek. Świetnie jednak wypadają bity, poza jednym wyjątkiem przygotowane przez Rumaka – producenta, który pozostaje siłą napędową projektu. Nowoczesne, ale nie sztampowe, czasem, jak w przypadku „Następnej stacji” wzbudzające skojarzenia z syntezatorowo-samplowanymi produkcjami Steeza z zeszłorocznego mixtape'u Pro8l3m „Art Brut”, innym razem brzmiące bardzo klasycznie, nowojorsko, jak w „A mówiłem Ci”, lub prezentujące autorskie wizje trapu („Awizo”). Gwoli sprawiedliwości: na „Umowie o dzieło” słyszymy rapera bardziej świadomego swoich zalet i wad, co widać choćby po doborze bitów – mniej oszczędnych, zostawiających mniej przestrzeni, na której zapełnienie jeszcze na poprzedniej płycie zabrakło technicznych umiejętności. I choć wciąż brakuje mu dobrych, godnych zacytowania linijek, to przez redukcję momentów topornej artykulacji płyta oferuje słuchaczowi więcej niż do tej pory.

Interesujące pomysły w stylu historii opartej na przejeździe przez wszystkie stacje warszawskiego metra w „Następnej stacji” czy utworu o obsesji zdrowego żywienia i związanego z nią poczucia winy („Białkoholicy”) dają nadzieję na jeszcze bardziej zwarty materiał w przyszłości. Dwie pierwsze płyty Taco Hemingwaya to solidny rozbieg, dobrze skrojona rozrywka, ale na objawienia przyjdzie czekać do czasu, aż raper zamieni bohaterów z prekariackiego stocka i nieświeże didaskalia na narracje naprawdę autorskie.