Nie wszystko o mojej matce
Gustavo Pacheco CC BY-NC-ND 2.0

13 minut czytania

/ Obyczaje

Nie wszystko o mojej matce

Łukasz Najder

„Rzeczy, których nie wyrzuciłem” Marcina Wichy to przejmująca książka o tym, że po wszystkim nie zostaje nazbyt wiele, choć może się wydawać, że wspólne doświadczenia, ta sama krew i mieszkanie wypełnione przedmiotami gwarantują jakaś solidną formę trwania po śmierci

Jeszcze 3 minuty czytania

W efekcie postępującego zaniku obyczajów funeralnych takich jak klepsydry, dyskretna krepa u kołnierzyka płaszcza, anons w prasie lokalnej, o zgonie kogoś z sąsiedztwa dowiaduję się często zupełnym przypadkiem, kiedy akurat zauważę nagły przybór konfekcji i sprzętów w osiedlowym śmietniku. Łatwo poznać, że to nie były wiosenne porządki czy estetyczne przewartościowania, ale pośmiertna likwidacja życia prywatnego, społecznego i lokatorskiego. W jednym kręgu układa się bowiem małe AGD z piętnem intensywnego zużycia, foliowe worki, w których piętrzy się warstwami odprasowana garderoba, bo właśnie tak – warstwami – przeniesiono ją wprost z szafy, lampę o kloszu lepkim od usmażonego kurzu, wielopokoleniową familię garnków, zrolowany dywan, segment rozkręcony na elementy pierwsze, dwa fotele – ten bardziej wysiedziany i ten z osmolonymi dziurkami na podłokietnikach – pudła nabite papierami, od przeterminowanych gwarancji i rentgenów (plus opis) przez książki, broszury religijne, roczniki „Dobrych rad” aż po osobiste świadectwa, pocztówkę z Połczyna Zdroju, zeszyt z przepisami, czarno-białą fotografię, na której uwieczniono jakieś bardzo odległe imieninowe popołudnie. Raz natknąłem się pośród żałobnego mienia na lodówkę z przepisowo wyłamanymi magnesami, w której wnętrzu – wciąż nie wiem, ironicznie czy dopełniając rytuału – umieszczono psią miskę, smycz, kaganiec, wór karmy z uciętym lewym rogiem i butelkę szamponu przeciwpchelnego. Brakowało tylko drobnego truchła w zamrażalniku, ale niestety tam znaleźć można było jedynie stary, wygasły radiobudzik.

To jest trudne – tak krzątać się nie w swoim. Lokatora nie ma, ale są dalej po nim ślady. Rozgniecione pantofle w przedpokoju, włos przyklejony do kąpielowej zasłonki, okulary w etui obok gazety i radia, koszyczek na leki, kalendarz z nieaktualnymi adnotacjami, takimi jak „14:00 lekarz”, „Joasia, czekać”, portrety za szkłem, korespondencja ze świata, który już z hukiem przepadł i zgasł, ledwie zaistniawszy.

Marcin Wicha, „Rzeczy, których nie wyrzuciłem”. Karakter, 198 stron, w księgarniach od maja 2017Marcin Wicha, „Rzeczy, których nie wyrzuciłem”. Karakter, 198 stron, w księgarniach od maja 2017

W dodatku nie wszystko po zmarłym da się zakwalifikować i hołubić jako pamiątki. Część z tego, co pozostało – albo nawet i większość – dość szybko w oczach rodziny, która podjęła się niewdzięcznego dzieła selekcji, staje się fajansem, rupieciem, odpadem. Niektóre rzeczy mogą liczyć na wyrok ułaskawiający, o ile wciąż da się je sprzedać na Allegro. Jeszcze inne zsyłane są na zawsze do czyśćca – pawlacza lub dolnej szuflady – bo z powodów etyczno-sentymentalnych nie wypada ich ani wyrzucić, ani spieniężyć.

Porządkowanie mieszkania po zmarłym – zwane niekiedy przez osoby postronne i tych z rodziny, których nie objęło dziedziczenie, „ryciem” bądź „szabrem” – bywa jednak zajęciem fascynującym i pożytecznym. Czyjś los zostaje tu obnażony. Wyznania, choćby i najszczersze, podobnie jak opinie bliskich, nie ujawnią tyle o człowieku, co zawartość jego szafeczki łazienkowej – prawdę o nim zdeponowano w drugim rzędzie książek, w niewielkim, ściśle tajnym archiwum, którym okazał się album o Tatrach. Pamiętam własne zdziwienie, gdy w schedzie po długowiecznym wuju – jak uważaliśmy, zaprzysięgłym starym kawalerze, ascecie i odludku, którego skromna, cicha egzystencja miała być złożona na ołtarzu pedagogiki i pisania o historii łódzkiej poligrafii – odkryłem kolekcję zdjęć wykonanych w jego lokum na przestrzeni wielu lat, będących swoistym przeglądem koleżanek i heter uwiecznionych w kusicielskich – od razu dodam, że i taktownych, bez negliżu – pozach na wujkowej otomanie.

Na pierwszej już stronie „Rzeczy, których nie wyrzuciłem” Marcin Wicha zapowiada, że będzie to opowieść o jego matce i jej rzeczach, które musiał posegregować, a następnie ocalić lub zbyć. I to prawda. Ale zarazem i uogólnienie, bo książka ta dość szybko rozszczepia się na przynajmniej kilka równorzędnych tematów, które wzajemnie przeplatają się, uzupełniają i komentują.

Podobnie jak w debiutanckim „Jak przestałem kochać dizajn” jest tutaj sporo o PRL-u, ale znowu nie w tonacji cierpiętniczo-mesjańskiej. Nie jest to również enty wieczór kabaretowy pod egidą Stanisława Barei – bo kpinki i patos wyłącznie zaciemniają istotę tamtego systemu. To wspomnienie o czasie dość marnym, o codziennym udręczeniu, odbieraniu małych złośliwości, tkwieniu w kulturze świństewek, radzeniu sobie w permanentnym niedoborze wszystkiego, kiedy na przykład mały Marcin całymi tygodniami poluje na „Kto pocieszy Maciupka?”, a jego rodzice barują się z powszechną indolencją.

Na co dzień się dzwoniło. Do administracji. Do SPEC-u. Do wodociągów. Do dyrektora. Kierownika. Czasem nawet do dyżurnego technicznego miasta, mitycznej postaci, czarnego pająka o stu oczach wpatrzonych w konsolety i ekrany. Jednak najczęściej – po prostu do inżyniera Kopściałki. Zazwyczaj w sprawie wody. Że jej nie ma. Że się leje. Że jest zimna. Że jest rdzawa. Że zaciek, że plama, że grzyb. Znów nie grzeją. Dzwoniło się, żeby dozorca zakręcił pion. Żeby odkręcił pion. Żeby ktoś znalazł dozorcę, pijanego w sztok strażnika kluczy od pionu.

Pojawia się także ojciec, ale tym razem nie jako tyran-architekt, którego „gust przez długie lata określał nasze życie”, a „jego werdykty były gwałtowne i ostateczne”, lecz ugodowy poczciwiec, przeciwwaga dla kategorycznej, walącej prawdę między oczy matki. Oboje zaś tworzą parę typowych inteligentów – „Rodzice nigdzie nie jeździli. Kupowali książki” – dla których PRL był estetycznym koszmarem, więzieniem myśli i ducha, a kapitalizm, ze swoim nadmiarem, interesownością i męczącą feerią, okazał się rozczarowaniem.

W „Rzeczach, których nie wyrzuciłem” nader istotną rolę odgrywają przedmioty. Uruchamiają reminiscencje i katapultują autora do PRL-owskiego dzieciństwa i młodości. Rodziców zapamiętał jako zakupoholików. Nabywali, gromadzili, przechowywali, nabywali, gromadzili, przechowywali. Przedmioty miały wtedy inną wagę. Sam fakt posiadania czegoś, zwłaszcza czegoś nowego, stanowił powód do ogromnej radości. To, czy ów przedmiot był praktyczny, idealnie wykonany lub zwyczajnie cieszył oko, uznawano za drugorzędne. Najważniejszą zaletą rzeczy było to, że po prostu były, te wychodzone, wyproszone, wystane w kolejkach trofea. Dlatego przedmioty otaczano szacunkiem i nie wyrzucano ich pod byle pretekstem. Wręcz przeciwnie. Gdy przestawały działać lub sfatygowały się zbyt mocno, walczono o nie do końca. Krajobraz PRL-u zapełniały punkty i zakłady naprawcze – naprawiano i reanimowano dosłownie wszystko.

Pasja chomikowania nie zniknęła u rodziców autora wraz z nową epoką. Kupowali dalej: „niepotrzebne drobne przedmioty. Imbryczki. Scyzoryki. Lampy. Automatyczne ołówki. Latarki. Nadmuchiwane podgłówki, pojemne kosmetyczki i różne pomysłowe gadżety, które mogą się przydać w podróży. Było to dziwne, ponieważ nigdzie się nie wybierali”.

Stąd po ich śmierci taki ogrom rzeczy do emocjonalnego zagospodarowania i koniecznej, racjonalnej parcelacji. Sto książek kucharskich. Aleksandryjski księgozbiór. „Szuflady wypełnione ładowarkami od starych telefonów, zepsutymi piórami, wizytówkami sklepów. Stare gazety. Zepsuty termometr. Wyciskacz do czosnku, tarka i to, jak to się nazywa, śmialiśmy się z tego słowa, tyle razy się powtarzało w przepisach, mątewka. Mątewka”.

Zręcznie poprowadzony jest w „Rzeczach…” wątek żydowskości jego matki. Wicha ukazuje antysemityzm nie za pomocą moralizatorskich tyrad czy turpistycznych świadectw, ale jako coś przewijającego się w aluzjach i drobiazgach.

Miałem znajomego, który używał określenia „N. nie jest niepodobny do Jerzego Kosińskiego”.

Tego słowa nie było. Tylko czasem wyskakiwało z ust jak przekleństwo. Pojawiało się w szkolnych żartach, obelgach i przezwiskach. Leksykalny wybryk. Kleks.

Podobnie z traumami – wojenną i marcową – podobnie z historiami rodzinnymi. „My mieliśmy niewielu krewnych, ale dużo anegdot”. Ukrywano je, zamilczano, ograniczano do półsłówek, haseł, konfidencjonalnego języka, który rozumiała wyłącznie ta mikroskopijna społeczność.

Po latach zrozumiałem, że sformułowanie „podczas wojny, kiedy nas przenoszono” – zdawkowy wstęp do historyjki o zabijaniu głodu lekturą „Kucharza doskonałego” – że ten wstęp oznaczał warszawskie getto.

Nie poznałem dat. Następstwa wydarzeń. Nazwisk. Miejsc urodzenia. Za to słyszałem po wielokroć historię o przedwojennym bufecie na dworcu w Grodzisku. O przezroczystych ineksprymablach. O zupie żółwiowej, którą przyszło ugotować mojej babci, gdy udawała kucharkę (Co ci przyszło do głowy?). O tym, że w Hiszpanii mają pieczywo z samej skórki. Nie, żeby oszukać, tylko tak im smakuje – mówił ojciec mojego ojca ze zdziwieniem (Co ty tam robiłeś, dziadku?). O pijanych krowach – które na Syberii (a dokładniej?) objadły się wytłoków z fabryki spirytusu. O zabawnych ogłoszeniach w żydowskiej gazecie (kto ją kupował?). O pani przełożonej w gimnazjum (jak się nazywała?). O koleżankach z celi na Serbii (za co cię tam wsadzili?). O hydrauliku, który powiedział „A kuku”.

Strach przed tym, że kiedyś „to znowu się zacznie” i trzeba będzie uciekać i chować się w norach lub pod podłogą, nigdy tak naprawdę nie odpuścił. Miał przemożny wpływ na matkę i jej najważniejsze decyzje życiowe.

– Jedno dziecko jakoś ukryję – mówiła – z dwoma nie dałabym rady.

I to ona właśnie spaja tu wszystkie tematy i podtematy – w niej zbiegają się narracje o PRL-u, Żydach, przedmiotach, polskiej inteligencji, latach najmłodszych autora. Ona jest gwiazdą tego filmu.

Oschła, rzeczowa i złośliwa, ale zarazem „wybitna babcia”, bezceremonialna w kontaktach z ludźmi i awanturująca się pasjami w miejscach publicznych. A pomimo tego był z niej „jednoosobowy komitet ratowania nieszczęśników rozjechanych przez system edukacji. Adwokat dzieci na granicy normy, zbierających łomot przez wszystkie lata szkolnej gehenny”, szydercza i szczera, lecz i nieco pozerka, która podłączała się pod emocje nieswojego, dysydenckiego pokolenia, stąpała twardo po ziemi, choć i pocieszała się mrzonkami w rodzaju emigracji do Kanady. Matka z powodzeniem wymyka się jednoznacznej ocenie, w tym wspomnieniowym ciągu autora jawi się na przemian jako potwór i najlepsza przyjaciółka. Taka była jej natura – albo może taka jest po prostu natura ludzka.

I jej dotyczy ostatni temat tej książki, o którym dotąd nie wspomniałem. „Rzeczy, których nie wyrzuciłem” to również opowieść o tym, jak się umiera – ze szczególnym uwzględnieniem tego, jak się umiera w Polsce.

Od tego właściwie się zaczyna – od pytania matki: „Co z tym wszystkim zrobisz?”. „Z tym wszystkim”, czyli z jej rzeczami po śmierci. Ich pozbycie się to nie tylko fizyczne usunięcie, ale i kres mnóstwa związanych z nimi mikrohistorii, rytuałów, symboliki. „Wkrótce nikt już nie będzie pamiętał, co zostało kupione w ośrodku węgierskim. Co w desie. Co w cepelii. Co w antykwariacie, w czasach prosperity”. W nieuleczalnej chorobie ustaje zainteresowanie nowymi przedmiotami, a owo zatrzęsienie starych zredukowane zostaje do tła, bo liczą się tylko te najbardziej pomocne, prymarne. „Pilot od telewizora. Pudełko z lekami. Miska do wymiotowania”.

Na przykładzie swojej matki Wicha pokazuje, że w ostatnich chwilach nie ma żadnej glorii. To nie godne odchodzenie pośród trzódki zaaferowanych wnucząt, którym udziela się praktycznych, uniwersalnych rad na przyszłość. Ból, majaki, przerażenie, upadająca fizjologia i psychika. Morfina. Zanik mowy. To niekończące się kręgi upokorzeń, kiedy umierającą przewozi się od szpitala do szpitala i błaga, by ktoś ją przyjął. „Stadami ich dzisiaj przywożą”, usłyszy ten, który nad umierającą sprawuje pieczę.

„Rzeczy, których nie wyrzuciłem” to znakomita, przejmująca książka o tym, że po wszystkim nie zostaje nazbyt wiele, choć może się wydawać, że bliskość, wspólne doświadczenia, ta sama krew i mieszkanie wypełnione przedmiotami gwarantują jakaś solidną formę trwania po śmierci. Nic bardziej mylnego. Są pojedyncze rzeczy, ulubiona książka i błyski w zupełnym mroku, które bierzemy za pamięć.

Spędziła całe życie w poradnictwie zawodowym na Muranowie.

Otwarte opakowania kawy trzymać w lodówce.

Matka pisała długopisem. Ojciec wiecznym piórem.

Jechała na ósmą.