Tatuś

Łukasz Najder

W „Naszym chłopaku” Daniel Magariel pokazuje męskość: toksyczną, dumną, męskość, która czuje się zagrożona, chłopięcość, braterstwo, ojcostwo, męskość nienawidzącą kobiet, męskość jako sztamę ponad każdą inną wartość. Nie ma tu gloryfikacji. Jest demistyfikacja

Tatuś

Jeszcze 3 minuty czytania

Tatuś

Ojciec chłopców jest manipulatorem doskonałym. Pełną kontrolę nad życiem starszego i młodszego syna osiąga dzięki bezwzględności, z jaką przeprowadza swój plan odseparowania ich od świata i zorganizowania w zamian świata nowego – z nim, bogiem, wodzem, szorstkim Yodą, superkumplem, w centrum – a także różnorodności metod i podstępów, których do tego używa. Umie być na przemian czuły i mściwy, racjonalny i szalony, konkretny, gdy mówi o wspólnej przyszłości, i kompletnie odklejony, kiedy innym razem prawi o tym samym, nawarstwiając absurdy i miraże. Z łatwością przeobraża się z potrzebującej wsparcia ofiary – przeciwności losu, złych ludzi, narkotykowego ciągu – w oprawcę, argusookiego potwora, przed którym nie da się ukryć choćby i najdrobniejszych marzeń bądź konszachtów. Oni są zwierzyną, a on – łowcą. Na tyle jednak zręcznym i wyrafinowanym, że nie ogranicza się do kilku pułapek rozstawionych w lesie. Sam las to pułapka.

Kluczową sceną powieści wydaje się moment zadzierzgnięcia spisku przeciwko matce. W zmowie uczestniczą obaj synowie i on, ich ojciec, jej eksmąż. W łazience jego domu urządzają sesję fotograficzną i charakteryzują tego młodszego na brutalnie pobitego. Wprawdzie szarpanina z matką o telefon zakończyła się niczym więcej niż przypadkowym guzem, ale dobre i to. Spiskowcy mają doskonały punkt wyjścia do mistyfikacji, która wstrząśnie pracownikami opieki społecznej. Teatralnie potargane włosy, naddarte ubranie, krew cieknąca z (samodzielnie przegryzionej) wargi, siniaki na (własnoręcznie obitej) twarzy. Polaroid wzmocni dramatyczny efekt. Dla pewności dołoży się oskarżenie o pedofilię – „...trzymała rękę w moich bokserkach. Dotykała mnie, tak jakby głaskała. To było dziwne” – i gotowe. Matka traci prawo do opieki nad dziećmi, dostaje też zakaz zbliżania się do nich. Chłopaki triumfują i ruszają w drogę.

Daniel Magariel, „Nasz chłopak”. Przeł. Dobromiła Jankowska, Pauza, 144 strony, w księgarniach od czerwca 2018

Są tu dwa porządki. Pragmatyczny – po usunięciu matki ojciec może spokojnie wywieźć synów z rodzinnego Kansas do Nowego Meksyku, rzekomo przeznaczonego im edenu, Góry Ararat dla ocalałych z rozwodowego potopu i pragnących ROZPOCZĄĆ WSZYSTKO RAZ JESZCZE – i symboliczny. Ten jest istotniejszy. By sprawować nad nimi totalną władzę, nie wystarczą bowiem orzeczenia sądu i indoktrynacja, potrzeba czegoś, co złączy ojca i synów w nieprzemijalnym przymierzu. Akuratnym zwornikiem okaże się więc przestępstwo – fingowanie dowodów, poświadczanie nieprawdy – i cierpienie zadane niewinnej matce. Męska wspólnota wymaga kobiecego trupa. Kozła ofiarnego, wroga. Zjednoczeni w kłamstwie i podłości ustanawiają nowy ład, swój.

Po drodze do auta tata nas objął.
– No i co wy na to? – zapytał.
– Dobra – odparł mój brat – pochowajmy przeszłość w cholerę.
Zaśmiałem się, słysząc to amatorskie przekleństwo.
– A ty, chichotku? – zapytał ojciec.
– Zakopmy sukę – powiedziałem.
Kiedy te słowa wyszły z moich ust, zdałem sobie nagle sprawę, jak zabrzmiały. Nie miałem na myśli matki. Próbowałem tylko być zabawny i przekląć jak brat.
– Zakopmy sukę. – Ojciec roześmiał się w głos. – Doskonale. [...] To właśnie ją spotka, jeśli z nami zadrze.

Chłopcy zmieniają się w facetów, nabierają w oczach ojca szacunku. Ukaranie matki i wyjazd z Kansas to okazja, by oddać się dzikiej swobodzie, bezkarnej lekkomyślności. Ojciec obiecuje nagrodę: „W Nowym Meksyku znowu stanę się dzieckiem. Wszyscy będziemy dzieciakami”. Ale w Nowym Meksyku nie będzie raju – będzie piekło. Uzależniony od kokainy ojciec zacznie osuwać się w otchłań paranoi, agresji, abnegacji. Paczka rychło zmieni się w sektę. Jeśli synowie nie dość skwapliwie i radośnie realizują wolę guru, są za to srogo karani – psychicznie i fizycznie. Do ich obowiązków należy między innymi kremowanie ojca niveą od stóp do głów tuż po kąpieli.  

Nie ma tam również nowego, dobrego życia. Są haje i zjazdy ojca, jego romanse, jego podejrzane interesiki. Są kłopoty w szkole, ciągłe przeprowadzki, złamana kariera koszykarska starszego syna, który musi pracować, by jakoś załatać domowy budżet, jest stres, strach. Matka funkcjonuje już tylko jako wspomnienie, głos w słuchawce, widmo, które nawiedza niespokojne sny chłopców. Ojciec z premedytacją wykorzystuje ich osamotnienie, towarzyską próżnię. By nie doszło do buntu, podsyca między nimi animozje, komplementuje i oczernia.

Lecz nieustanne ćpanie osłabia w końcu jego czujność i ponadnaturalny zmysł obserwacji. Umykają mu drobne gesty, szeptane nocą słowa, przygotowania, zmiana nastawienia. Nie zauważa, kiedy staje się żałosny, wciąż groźny, ale już groteskowy. Budzi w synach litość i obrzydzenie. Pragną zemsty, bo nie mogą znieść myśli, że – jak zwykle – na sucho ujdzie ojcu arogancja, samolubstwo, okrucieństwo. Ale opuszczony, szalony król Crack I, którego włości skurczyły się do pokoiku, gdzie przypala i wegetuje między głodem a kojącym letargiem, nie zamierza poddać się bez walki.

„Nasz chłopak”, zeszłoroczny debiut Daniela Magariela, jest powieścią wstrząsającą. Świadomie sięgam po określenie do cna zużyte przez zawodowych blurbystów. Magariel z ogromnym wyczuciem i znawstwem – narrację prowadzi z perspektywy młodszego syna – odtwarza psychikę zmanipulowanego, straumatyzowanego dziecka, które rozpaczliwie próbuje znaleźć sens w otaczającym go brutalnym chaosie. Chłopiec z mozołem uczy się odróżniać wroga od ofiary, tego, kogo winien kochać, od tego, przed kim należy uciekać.

Najtrudniej pozbyć się z głowy uwielbienia dla ojca, odebrać mu swoją miłość. Ale właśnie te uczucia uniemożliwiają krytyczne spojrzenie na tyrana w masce przyjaciela i zanegowanie rzeczywistości uporządkowanej jego naukami. Wiarygodność psychologiczną – wraz z takimi bonusami jak mroczny komizm, wciągająca opowieść, Ameryka połowy lat 90. – osiąga Magariel dzięki konsekwentnemu posługiwaniu się precyzyjnym, oszczędnym stylem i nierozrzutnej gospodarce efektami językowymi i opisami przemocy, skutków uzależnienia, rzadkich chwil spokoju i piękna. „Nasz chłopak” to Raymond Carver na małym sterydzie – George Saunders minus poziom meta i słowotwórstwo.

Lecz charakteryzowanie „Naszego chłopaka” jako powieści o przemocy domowej, złu czy ojcu-kacie – a mniej więcej tak brzmi przekaz recenzencko-promocyjny – to rozkawałkowanie jej problemu głównego. Tematem „Naszego chłopaka” jest męskość. Magariel pokazuje różne jej wymiary. Męskość toksyczna, dumna, męskość, która czuje się zagrożona, premęskość, czyli chłopięcość, braterstwo, ojcostwo, męskość w układzie: syn zapatrzony w ojca, chcący być nim w przyszłości, męskość nienawidząca kobiet, męskość jako ekipa, sztama ponad każdą inną wartość.

Nie ma tu gloryfikacji. Jest demistyfikacja męskości, niekiedy – parodia. Jak wtedy, gdy widzimy ojca zlecającego młodszemu synowi „tajne” quasi-szpiegowskie misje, w ramach których ma obserwować teren lub wybraną osobę i na bieżąco informować o potencjalnych zagrożeniach. Tyle że takowe nigdy się nie pojawiają. Same te zadania to ojcowska bufonada, tym pocieszniejsza, gdy kabotyn rzuca niby to wojskowe komendy, „alarm bojowy”, „zarządzam ciszę radiową”, „bądź moimi oczami”. Ale jednak utrzymywanie potomka w militarnym reżimie pozwala jeszcze lepiej go kontrolować.

Ten bezlitosny ojciec, mizogin, naciągacz, mitoman, zwyrodnialec katujący własne dzieci i żonę, nie urodził się z niczego na głazie pośrodku cichej pustyni. Do pewnego stopnia jego zachowanie da się wytłumaczyć traumą dzieciństwa (ojciec ojca faworyzował jego brata) i narkotykami. Ale bestialstwo, którego się dopuszcza – nieprzypadkowo, latami – to coś więcej niż zachowanie. On-taki-właśnie-jest. A jest, bo uformowała go ta specyficzna odmiana naszej kultury – zanim stała się „odmianą”, była jej rdzeniem, czy wręcz samą kulturą – w której dziewczyny i kobiety są zakłamanymi, głupimi, podlejszymi istotami, dybiącymi na dobrostan samców, którym należy co i rusz wskazywać ich miejsce, surowo dyscyplinować, wyłączać z co ambitniejszych, przeznaczonych dla mężczyzn i chłopców, zajęć, dążeń, funkcji.

Swoja postawę – niebezpieczną, toksyczną męskość – przekazuje dalej i wprawia synów w sztuce mizoginii. Osiąga w tym niebywałe wyniki. Jego przemoc wobec matki traktują – na szczęście do czasu – jako coś powszedniego, skwapliwie włączają się w ten horror. 

Symptomatyczna jest też recepcja „Naszego chłopaka”. Nasi recenzenci, blogerzy i instagramerzy prawie zupełnie pomijają fakt psychicznego i fizycznego maltretowania pogrążonej w depresji żony i piszą w zamian o trudnym rozstaniu rodziców, odium rozwodu, rozpadzie rodziny. Niestety, żyjemy w kraju zatrutym nie polaryzacją – albo: nie tylko polaryzacją – lecz symetryzmem, w imię którego najwygodniej tego rodzaju sytuacje rozsądzać koncyliacyjnymi formułkami i obarczaniem winą obu stron. Albo milczeniem. Tymczasem Magariel jasno wskazuje, kto jest kim w tej opowieści i dlaczego. 

„Nasz chłopak” to dobry pretekst, by kontynuować dyskusję o redefiniowaniu męskości. Taka debata przydałaby się we współczesnej konserwatywnej Polsce, gdzie termin „kryzys męskości” rozumiany jest opacznie – nie jako widoczny gołym okiem anachronizm, relikt i atomowy odpad patriarchatu, ale dawna, z lekka dzisiaj wyblakła świetność, której blask da się przywrócić za pomocą sesji motywacyjnych z macho-coachami i biwaków w głuszy w ściśle męskim gronie.