Spór o rewolucję

Spór o rewolucję

Marcin Wicha

Rzecz nie dotyczy kandelabrów i płaskorzeźb. Nie dotyczy koniecznych lub zbędnych wyburzeń. Dotyczy funkcji miasta. Praw lokatorów i praw właścicieli. I z tego punktu widzenia nie ma tematu bardziej aktualnego niż odbudowa Warszawy, ani lepszej lokalizacji dla wystawy „Spór o odbudowę” niż opustoszałe liceum Hoffmanowej

Jeszcze 3 minuty czytania

1.

Kiedyś odbudowa była warszawską legendą. Każdy, kto się tutaj urodził, słyszał o niej w przedszkolu, w szkole, w świetlicy.

Opowiadali nam o Syrence, o Bazyliszku i o Mariensztacie. A także o staruszce, która wśród ruin karmiła gołębie. O moście pontonowym. O saperach, napisach „min niet”. I jeszcze o tym, jak odtwarzano stare pałace, za wzór biorąc obrazy Canaletta. Na dowód nauczycielka demonstrowała zielono-brunatne reprodukcje.

W tamtych latach ukazywało się mnóstwo albumów o Warszawie. Miały różne rozmiary i formaty, ale nieodmiennie zaczynały się od widoku ośnieżonych ruin, potem następowały zdjęcia Barbakanu, Łazienek i nocnego MDM-u, a wreszcie ostatni, kolorowy arkusz. Tam zamieszczano zdjęcia jakiejś względnie nowej inwestycji – z błyszczącymi tynkami, świeżą zielenią, pogodnym niebem i autobusami Jelcz.

2.

Wystawę „Spór o odbudowę” urządzono w budynku, który też mógł trafić na pocztówki i reprodukcje. Modernistyczna architektura liceum Hoffmanowej wciąż robi wrażenie. Łatwo sobie wyobrazić zdjęcia, na których chłopcy i dziewczęta majstrują przy palniku Bunsena lub pochylają się nad zeszytem („Temat: Moje życie w 2000 roku”).

Spór o odbudowę

wystawa w ramach festiwalu Warszawa w Budowie 7, organizatorzy: Muzeum Sztuki Nowoczesnej, Muzeum Warszawy, kurator: Tomasz Fudala, współpraca kuratorska: Szymon Maliborski, architektura wystawy: Maciej Siuda

Kilka lat temu szkoła musiała opuścić swoją siedzibę. Działka ma być sprzedana inwestorom pod kolejne wieżowce. Dom stoi pusty w oczekiwaniu rozbiórki. W środku można się poczuć, jak w mieście Prypeć: wzory chemiczne na na niewytartej tablicy, graffiti, plakat zaprasza na niegdysiejszy obóz narciarski.

Organizatorzy popracowali z wiertarką i młotem. Wybili dziury w ścianach, zerwali klepki, przyspieszając proces destrukcji. Przygnębiająca rama obejmuje całą ekspozycję, nasuwając myśl, że to, co zbudował PRL, jest dziś niszczone, marnowane, oddawane za bezcen.

3.

Ekspozycja składa się z dwóch części. Pierwsza prezentuje skalę zniszczeń oraz historię Biura Odbudowy Stolicy – być może największej na świecie pracowni architektonicznej. W szczytowym momencie BOS zatrudniał ponad 1400 osób. Oglądamy zdjęcia i rysunki. Plany. Dokumenty z epoki i poglądowe plansze. Poznajemy dawne spory: o możliwość i zakres odbudowy. O kształt nowego miasta. O rekonstrukcję zabytków. O modernizm i socrealizm. Oglądamy alternatywne wersje historii, chociaż znamy rozstrzygnięcie tamtych debat.

Druga, współczesna część wystawy przypomina anarchistyczną świetlicę z ulotkami, transparentami, instalacjami wideo i mnóstwem męczących dźwięków. Tutaj największe wrażenie robią meble. Pocięte piłą peerelowskie krzesła i fotele. Skromne mienie wysiedlonych lokatorów i kserokopie urzędowych pism, odwołań, protestów. Jakieś pożółkłe papiery, przydziały lokali. Dokumenty walki z czyścicielami kamienic.

Widok wystawy "Spór o odbudowę", 7. edycja festiwalu Warszawa W Budowie, budynek dawnej szkoły przy Emilii Plater 29. Fot. B. Stawiarski

4.

Nad wystawą górują dwa wizerunki. Dwie twarze. Jedna na olejnych portretach wypożyczonych z Kozłówki. Druga na wielkim neonie. Bolesław Bierut i Jolanta Brzeska. Dyktator z połowy XX wieku, skądinąd żywo zainteresowany architekturą. Obok działaczka ruchu lokatorskiego z początku naszego stulecia.
 Dwie sprawy – odbudowa i walka o prawa lokatorów – jakoś się łączą. Są zaplątane w węzeł nazywany dekretem Bieruta. Dokładnie siedemdziesiąt lat temu, w październiku 1945 roku, nastąpiła komunalizacja gruntów Warszawy:

W celu umożliwienia racjonalnego przeprowadzenia odbudowy stolicy i dalszej jej rozbudowy zgodnie z potrzebami Narodu, w szczególności zaś szybkiego dysponowania terenami i właściwego ich wykorzystania, wszelkie grunty na obszarze m. st. Warszawy przechodzą z dniem wejścia w życie niniejszego dekretu na własność gminy m. st. Warszawy.

Przywykliśmy do myśli, że odbudowa nie byłaby możliwa, w każdym razie nie w tym tempie i nie w takiej formie, gdyby nie likwidacja prywatnej własności warszawskich gruntów. Jednak dekret Bieruta nie służył wyłącznie poprawie komunikacji, racjonalnemu wykorzystaniu przestrzeni, rozwojowi terenów zielonych i budowie boisk. Chodziło o coś więcej.

To była rewolucja (chyba właśnie ta rewolucja, o której ostatnio tyle się mówi).

5.

Po 1989 roku państwo dziewiętnaście razy przymierzało się do reprywatyzacji. Powstały dwie ustawy regulujące kwestię odszkodowań dla dawnych właścicieli. Żadna nie weszła w życie. Równocześnie toczyły się procesy sądowe. Zwracano domy, szkoły, przychodnie, boiska i skwery. Rozwijała się dzika prywatyzacja, trwał handel roszczeniami. Stosunek do BOS-u i powojennej architektury w pewnym stopniu odzwierciedlał paradoksy III RP.  Tej połowicznej Restauracji, dziwnej monarchii podrabianych Burbonów.

W pierwszej połowie lat 90. „Gazeta Wyborcza” zamieszczała cotygodniowe felietony z wyliczeniem eklektycznych kamienic, willi i pałacyków, które przepadły na skutek działalności BOS-u. Warszawa nie była aż tak zniszczona, jak twierdziła komunistyczna propaganda – to główna teza cyklu. Można było ocalić więcej przedwojennej zabudowy. Niszczono ją z powodów ideologicznych… Przy oskarżycielskich tekstach zamieszczano archiwalne zdjęcia warszawskiej belle époque (nostalgia jest potężną bronią).

Artykuły były solidnie udokumentowane, ale język, którym posługiwali się autorzy „Warszawy nieodbudowanej”, robi dziś spore wrażenie:

[C]harakterystycznym rysem epoki, znajdującym odzwierciedlenie w dyskusjach architektonicznych, jest, czasami wręcz obsesyjna, niechęć do własności prywatnej. Wynikała ona m.in. z faktu, że BOS zdominowane było przez architektów przesyconych ideami przedwojennej awangardy, ludzi już wówczas o poglądach radykalnych, a nawet bliskich komunizmowi.

I jeszcze takie wyjaśnienie:

(...) awangarda w architekturze (...) charakteryzowała się cechą wspólną dla wszelkich formacji rewolucyjnych, buntowniczych (...). Mianowicie grupy takie są dość chałaśliwe (sic!), choć liczebnie słabe. W okresie międzywojennym umiejętnie wykorzystywały one mass media, aby reklamować swą działalność i wywrzeć złudzenie, że są kierunkiem dominującym. 

Czytaliśmy o świadomym zacieraniu śladów przeszłości, o „prostocie, która zamieniła się w prostactwo”. O architektach, którzy uzurpowali sobie rolę demiurgów. Projektantom wytykano nawet niechęć do reklamy zewnętrznej:

(…) dziwacznie wygląda głoszona przez Stępińskiego niechęć do reklam i witryn sklepowych. 

Dwadzieścia lat temu lubiliśmy reklamy. Za to Biuro Odbudowy Stolicy zdecydowanie nie miało dobrej prasy.

Widok wystawy "Spór o odbudowę", 7. edycja festiwalu Warszawa W Budowie, budynek dawnej szkoły przy Emilii Plater 29. Fot. B. Stawiarski

7.

Czy słusznie? W artykule z początku lat 60., Józef Sigalin, szary kardynał BOS-u, pisał o „mieście socjalistycznym” i próbował sobie wyobrazić Warszawę, która „po wyzwoleniu pozostała nadal stolicą państwa kapitalistycznego”. Wnioski mogą się wydać zaskakujące:

Plan urbanistyczny nie odbiegałby – jak sądzę – wiele od dzisiejszego, jako że wiele idei planów opracowanych przed i w czasie wojny legło u podstaw planu dzisiejszego; byłby wprawdzie mniej śmiały ze względu na oględniejszą dyspozycję terenami, które przecież trzeba by wszystkie wykupywać. Możliwe, że gmachy i urządzenia użyteczności publicznej (…) powstałyby w podobnej ilości i w tych samych miejscach, gdzie dziś stoją. Można również przypuszczać, że zrealizowano by wielkie arterie miejskie, jak NS, nową Marszałkowską, nową Świętokrzyską i inne, nawet Trasę WZ, odbudowano by mosty. Rozpoczęto by prawdopodobnie budowę metro, o którym myśl i pierwsze studia zrodziły się już parę lat przed wojną. Nie można wykluczyć, że powstałby jakiś wielki budynek centralny mniej więcej na miejscu, gdzie dziś stoi Pałac Kultury i Nauki, o podobnym nawet programie, choć innej najpewniej formie. 

Na kolejnych stronach Sigalin napawa się własną bezstronnością. Oddaje sprawiedliwość hipotetycznej, kapitalistycznej Warszawie, żeby na końcu wytoczyć najpotężniejszy argument – ten, który pozwolił pańskim gestem odrzucić wszelkie pozostałe:

…gdzie zamieszkałyby w takiej Warszawie warstwy najbardziej upośledzone w ustroju kapitalistycznym – robotnicy, niżsi urzędnicy i pracownicy państwowi i miejscy, wszyscy mniej lub całkiem niezamożni, ludzie pracy fizycznej i umysłowej? Kto by za nich i dla nich budował? Gdzie i jakie mieszkania? (…) Utrzymałby się, odrodził i zaostrzył kontrast między dzielnicami śródmiejskimi i tak zwanymi „przedmieściami”. To musiałoby nastąpić.

Ten ostateczny argument okazał się obosieczny. PRL nigdy się nie uporał z problemem mieszkaniowym. Świadczy o tym dziewiętnasty z dwudziestu jeden postulatów zgłoszonych w sierpniu 1980 roku:

 19. Skrócić czas oczekiwania na mieszkanie

A jednak to Sigalin wskazuje nam istotę sporu. Rzecz nie dotyczy kandelabrów i płaskorzeźb. Nie dotyczy koniecznych lub zbędnych wyburzeń. Rozbiórki dziewiętnastowiecznych kamienic (a mogły jeszcze postać, panie dziejku). Dotyczy funkcji miasta. Przedmieść i centrum. Polityki mieszkaniowej. Praw lokatorów i praw właścicieli. A ściślej: prawa do mieszkania zderzonego z prawem własności. I z tego punktu widzenia, nie ma tematu bardziej aktualnego niż odbudowa Warszawy. Ani lepszej lokalizacji niż opustoszałe liceum Hoffmanowej.

8.

W jednej z klas działa projektor. Na propagandowym filmie – urywku jakiejś kroniki – widzimy inżynierów BOS-u. Siedzą przy rajzbretach. Białe koszule, krawaty, kłęby papierosowego dymu (rodzima odmiana Mad Men). Potem cięcie i już towarzysz Bierut pokazuje coś na planie miasta. Następna scena, nowe osiedle (chyba na Kole). Chłopcy ścigają się na rowerach. Wnętrze mieszkania. Ojciec odprowadza dziewczynkę do przedszkola.

Trudno nie pomyśleć, że dzieci w przedszkolnym ogródku są w wieku Jolanty Brzeskiej. Ona też urodziła się w 1947 roku. W 1962 skończyła liceum. Pracowała, przeszła na emeryturę. Przez całe życie mieszkała w kamienicy przy Nabielaka. 26 kwietnia 2006 kamienica została zwrócona spadkobiercom przedwojennych właścicieli. Dalej – cytuję za Wikipedią – było tak:

W maju 2006 pełnomocnik spadkobierców samowolnie i jednostronnie rozwiązał umowę najmu kwaterunkowego i po raz pierwszy podniósł czynsz. W ciągu trzech miesięcy lokatorzy zaczęli być szykanowani, a pełnomocnik spadkobierców jednoznacznie dawał do zrozumienia, że chce doprowadzić do wyprowadzki wszystkich lokatorów z nakazem kwaterunkowym. Małżonkowie Brzescy wraz z innymi rodzinami w podobnej sytuacji powołali Warszawskie Stowarzyszenie Lokatorów. (…) Jolanta Brzeska uczestniczyła w protestach związanych z realizacją wyroków eksmisyjnych. Udzielała wsparcia moralnego oraz służyła samodzielnie zdobytą wiedzą prawną.

Pewnego dnia, wczesną wiosna 2011 roku, wyszła z domu. Spalone zwłoki znaleziono w Lesie Kabackim. Sprawców nigdy nie wykryto.

Widok wystawy Widok wystawy „Spór o odbudowę”, 7. edycja festiwalu Warszawa w Budowie, budynek dawnej szkoły przy Emilii Plater 29. Fot. B. Stawiarski

9.

Zapewne znowu ktoś uzna, że wystawa MSN jest formą rehabilitacji Bieruta, jako przywódcy i patrona architektury. Ktoś inny powie, że jest przypomnieniem o społecznych zadaniach urbanistyki. Oskarżeniem dzikiej reprywatyzacji. Wezwaniem do walki. Można też pomyśleć o niespełnionych obietnicach z czarno-białych filmów. O tym, że w historii nie da się postawić kropki. Nic się nie kończy i nic nie jest na zawsze.

Zaraz po wojnie, Bohdan Lachert projektował bloki z gruzobetonu. Mielono cegły. Potem, wprost na gettowych piwnicach, wznoszono z nich domy, których czerwień miała symbolizować ranę i krew. Co wydaje się konceptem dość przerażającym (i wampirycznym). Ostatecznie ściany otynkowano.

Taki był cel. Odbudować miasto na gruzach. Zapomnieć o tym, co się wcześniej wydarzyło. Celebrować niepamięć jako hołd dla poległych. Głosić triumf życia. Radość nowych pokoleń w przodującym ustroju. Ale przeszłość wraca, przybiera groteskową postać kuratora z Karaibów. Handlarza roszczeń. Fałszywego spadkobiercy. Wraca i razi niewinnych.

10.

Wystawa zaczęła się przed wyborami. Planowy koniec nastąpi pod rządami konserwatywnej prawicy. W ciągu tych kilku tygodni toczył się spór o nazwy ulic, o treść pamiątkowej tablicy na Starym Mieście. W Internecie krąży mapa, na której zaznaczono kolejne 2000 domów objętych roszczeniami.

Czekają nas dalsze ciągi, których się jeszcze nie spodziewamy.