Smuga cienia
Bob May / CC BY-NC-SA 2.0

11 minut czytania

/ Literatura

Smuga cienia

Monika Ochędowska

Zybork ze „Wzgórza psów” Żulczyka, choć niezwykle misternie utkany, przypomina makietę wieczornego serialu. Wszystko jest tak brzydkie, chore, śmierdzące i spsiałe, że zamiast grozy wywołuje litość. Miało straszyć jak w Twin Peaks, a wyszły Wilkowyje

Jeszcze 3 minuty czytania

Nowa powieść Żulczyka to nie księga zachwytów. Współscenarzysta „Belfra” raczej rozłożył sobie na biurku rozczytany egzemplarz „13 pięter” i posypał go „Opowieściami z planety prowincja”, a potem starannie powycierał cały róż, wszystkie ornamenty, krasnale, palmy i łabędzie z opon. Zamiast nich przykleił taśmą wycinki z komiksów. A obok – fotosy starych odcinków 997. I tak powstał Zybork, miejsce akcji „Wzgórza psów”. Zacznijmy od niego.

Zybork jest źle urodzonym, warmińsko-mazurskim miasteczkiem, ulokowanym nieopodal Szczytna. Głośnym od psów, szczególnie na Szmatach. „Szczekanie rozlewa się po całym osiedlu, jakby właśnie zaczynał się wielki, rewolucyjny psi wiec przeciwko całości znanego im świata. (…) Każdy, kto mieszka na Szmatach, ma przynajmniej jednego psa”. Tam, gdzie wciąż nie ma asfaltu, psy noszą to samo, dziedziczone razem ze swoim losem, niczym fatum, imię. Ich nagła śmierć dla właścicieli oznacza wyrok. Zdechłe psy chowa się na tytułowym Wzgórzu Psów. Ludzie znikają.

Ten przesycony twardym determinizmem odwieczny porządek rzeczy, zepchnięty w cień niewielkiej, smutnej góry, ma prawdopodobnie swoje źródło w jakiejś starej klątwie (mottem powieści jest fragment słynnego reportażu Wańkowicza) i służy Żulczykowi jako mit założycielski zarówno miasteczka, jak i opowiadanej historii: „Pod spodem Zyborka, pod klockami domków, pod dziurawym asfaltem, pod pieńkami drzew, które rosły jeszcze niedawno wzdłuż jezdni, pod brudną wodą rzeki i pod fundamentami zamku coś jest. To coś jest zbutwiałe, pachnie gazem. Nie oddycha, ale wciąż żyje”. Tym mitem karmi się jednak nie tylko lokalna podświadomość oraz kryminalna kronika miasteczka. Żulczyk namalował Smętka na drzwiach każdego zyborskiego domu. Przez całe 860 stron powieści, której wieloosobową narrację trzeba sobie poskładać niczym puzzle, jak refren prostej choć przydługiej bandyckiej ballady, uparcie powraca odmieniana na wszelkie sposoby fraza o złu, które skryte pod ziemią „siedzi i czeka, i co jakiś czas wychyla się na powierzchnię, by zrobić swoje” niczym holenderski „Borgman” Alexa van Warmerdama.

Na pierwszy rzut oka ten krajobraz wydaje się nieprzystępny, posępny i straszny, poszarzały jak twarze spotykanych Mazurów. W trakcie lektury staje się jednak mdły jak jajecznica w proszku, którą miejscowy zajazd serwuje przyjezdnym z Warszawy. Rozmazuje się jak Jezus spod Saragossy. Żulczykowy Zybork, choć niezwykle misternie utkany, przypomina makietę wieczornego serialu, trochę naiwną, tendencyjną, wtórną. Wszystko tam jest tak brzydkie, chore, śmierdzące i spsiałe, że zamiast grozy wywołuje litość. Miało straszyć jak w Twin Peaks, a wyszły Wilkowyje. I to niebezpiecznie sklejone, jak przeczuwa sam Żulczyk, z „Pamiętnikami z wakacji”. Brakło chyba momentami chłodnego dystansu. Długie sceny powieści (wzorowane, zgodnie ze słowami autora, na filmach Tarantino), w których zyborski półświatek (wyżelowane karki w obcisłych koszulkach i łańcuchach) na tle miejscowych imprezowni przerzuca się niewyszukanymi inwektywami (zazdrość, długi, wódka, nuda), bywają na zmianę pocieszne i nużące. Nie inaczej rzecz się ma z fiksacją na przećpanych licealnych miłościach, relacjonowanych nam randka po randce, które obrazowane są niemalże językiem (tu znów Żulczyk wyprzedza krytykę) Paulo Coelho. We „Wzgórzu Psów” wszystko jest bardzo, bardzo serio.

Jakub Żulczyk, „Wzgórze psów”. Świat Książki, 864 strony, w księgarniach od kwietnia 2017Jakub Żulczyk, „Wzgórze psów”. Świat Książki, 864 strony, w księgarniach od kwietnia 2017Jednak mimo bolesnego momentami przegadania, Żulczyk dość niebanalnie i wielowymiarowo ubiera w fabularne ramy bolesny obraz rozbitej, postsolidarnościowej Polski. Otóż mieszkańców Zyborka poznajemy w momencie, gdy oprócz ukształtowanych, choć skorumpowanych instytucji (burmistrzowa układająca się z lokalną mafią), pozbawieni wielkomiejskich uciech i konsumpcji, potrzebują w zamian jakichś emocji oraz wyraźnego obrazu świata, sensu życia. Potrzebują swojego Punishera.

Kiedyś sensem życia i ostatecznym sędzią był tu zapewne Bóg (a może Smętek), w którego nikt, oprócz księdza, już nie wierzy. Obecnie sens jest w Zyborku towarem deficytowym. Liberalizm nie ma oferty dla nieudaczników, to świat silnych, baza cywilizacji, a nie niedostosowania do niej kompensacja. Na takim fundamencie łatwo wskrzesić inicjatywę, podżegać, wyciągać z ludzi gniew. Szybko pojawia się więc wściekła reakcja na to, że kapitalistyczny cud nie jest dla każdego. Sprawiedliwość trzeba sobie zatem zdefiniować na nowo. Gniew społeczności jest więc w powieści Żulczyka odwetem za brak udziału w zawłaszczonych dobrach (wystarczy spojrzeć, wśród których mieszkańców Zyborka i okolic ojciec Mikołaja poszukuje wsparcia). Gdy młodzi Głowaccy przyjeżdżają do miasteczka, trafiają akurat na moment, gdy mieszkającym tam ludziom „chce się na poważnie, chce się, by sytuacja, w której się jest, do czegoś prowadziła. Pragnie się mieć przynajmniej złudzenie kontroli; czuć, że zaciśnięte pięści są czegoś pełne, nawet żwiru”.

Po drugiej stronie Żulczykowej mapy znajduje się Warszawa. Ale o niej krótko, bo jest tylko tłem, wspomnieniem, bladym punktem odniesienia i ucieczki bez opcji powrotu. Stolica widziana jest przez pryzmat wyznaczającego jej rytm towarzystwa wzajemnej adoracji i awersji, „nieszczególnie świadomego istnienia jakiegoś świata poza nimi samymi i śmiertelnie przerażonego wszystkim, co przeczytało w tygodnikach opinii i na Facebooku”. Z tego środowiska wywodzi się Justyna, żona Mikołaja, która próbuje Zybork opisać. „Wszyscy chodzili do tych samych liceów, typu Batory, ba, nawet ich rodzice chodzili do tych samych liceów, działali w tej samej opozycji, a po osiemdziesiątym dziewiątym rozbili bank na różnych sprytnych, niewidocznych w powszechnym chaosie operacjach, na przykład na uwłaszczeniach opozycyjnych tytułów prasowych”.

Świat Żulczyka zbudowany jest na znanych opozycjach, ogranych schematach i sytuacjach, które można byłoby przepisać co najmniej alfabetem Mazurka. Ciemno, prawie noc kontra lemingi. Szlugi i kalafiory. Właściwie ten straszny Zybork (oraz sam Mikołaj) mógłby wyjść (i poniekąd wychodzi) spod klawiatury Justyny, świeżo upieczonej prekariuszki.

Na analogicznych opozycjach i schematach zbudowany jest główny bohater powieści, Mikołaj Głowacki. Albo odwrotnie – jest on próbą ich scalenia, ostatecznie nieudaną. Tak samo zresztą jak małżeństwo Głowackich. Losy Mikołaja są jak oglądany w przyspieszeniu film o Vernonie Subuteksie w reżyserii Katarzyny Rosłaniec ze ścieżką dźwiękową skleconą z rzewnych teenage tragedy songs. Tragiczna śmierć pierwszej dziewczyny, ucieczka na MISH do Warszawy i szybka, choć krótka kariera literacka przepita i przećpana w najmodniejszych knajpach, dopóki bankomat wypluwał jakiś hajs. A potem heroina, bezdomność, sypianie u znajomych (przegląd stołecznych panien jest tu naprawdę godny Virginie Despentes), drobne kradzieże. Dno, sranie pod siebie w karton. Monar. Odwyk. I chwilowe oświecenie. Spotkanie z Justyną, która niczym Anioł Stróż na Placu Zbawiciela pochyla się nad Mikołajem, by o jego upadku napisać reportaż, lecz niestety – zakochuje się.

W historii Mikołaja drażniąca i naiwna „nastodrama” przeradza się nagle w obraz bliski pierwszym filmom Krzysztofa Zanussiego, w których dorastający mężczyzna stawał na rozdrożu dróg życiowych jako psychologiczny impotent. Mikołaj dosłownie „rozkracza się z dylematami”, jak pisał o bohaterach Zanussiego Łukasz Maciejewski. Brnie w uniki (jak w scenie z rannym zwierzęciem, zwiastującej czekający go los). I nie zwycięża. „Aby zatańczyć z diabłem, wystarczy stać w bezruchu”, myśli. Jako (również finansowy) bankrut wraca do rodzinnego domu, w którym (prawie jak Wit w „Życiu rodzinnym”) daje się zakleszczyć wspomnieniom, omamić rodzinie i podupadłej społeczności. Tak oto bury, wielkomiejski motyl z początku niechętnie, ale uparcie „frunie do siedliska ciem, gdzie królują choroba, śmierć, oraz nieskoordynowane seksualne apetyty” (parafrazując Maciejewskiego).

Powrót pod Wzgórze Psów jest jednocześnie wejściem Mikołaja w conradowską smugę cienia. Różnica jest jedynie taka, że zamykając furtkę dzielącą go od wieku młodzieńczego, wkracza nie w zaczarowany ogród, ale bagno. Smuga cienia to taki moment, pisał Joseph Conrad, w którym „nawiedzają człowieka dziwne chwile (…). Chwile znużenia, przesytu, niezadowolenia z siebie. Chwile niezrozumiałego uporu. Człowiek jeszcze względnie młody dopuszcza się wtedy najnierozważniejszych czynów – żeni się bez namysłu lub porzuca swój zawód bez jakiejkolwiek przyczyny”.

Wprowadzający we „Wzgórze psów” monolog o młodości, włożony w usta umierającego starego Bernata, jawnie dialoguje z powieścią o młodym Josephie. „Wy, młodzi, mówi Bernat, myślicie, że każdy z was jest pępkiem świata, że każdy wasz problem to wojna światowa. Że wszystko się kręci dookoła tych waszych problemów. Jesteście jak zabawki na korbkę. Nakręcane samochodziki” (Żulczyk). „Aż przychodzi chwila, w której spostrzegasz przed sobą smugę cienia ostrzegającą cię, że dzień pierwszej młodości dobiegł już końca” (Conrad). I po zabawie. „Jest dostępnych kilka scenariuszy dorosłości. Wybiera się któryś z nich na przekór własnej intuicji, przeciwko własnym lękom. W końcu robią to wszyscy. Nie ma alternatywy. Są jedynie bajki ludowe” (Żulczyk). Młodość po prostu wchodzi w zakręt, pomimo wyłączonych świateł.

Jakikolwiek z dostępnych scenariuszy wybierzesz, mówi dalej Żulczyk, to, przed czym uciekasz (najczęściej ty sam), i tak cię dogoni. Jak nakręcany samochodzik. Może i bez świateł, ale z bardzo sprawną nawigacją. Jesteś skazany na siebie, a do tego zrośnięty z miejscem, które wydało cię na świat. W tym miejscu „możesz sobie nawet walczyć i wygrać, ale i tak zdechniesz”. Trafisz na Wzgórze Psów bądź znikniesz, spłoniesz.

Wszyscy są uwikłani. Mamy jedną gębę, z której nie ma ucieczki w inną, chyba że na moment. Życie u Żulczyka to bandycka ballada. Tańczy się do niej gibko, z refleksem i wedle jasno określonych kroków. Albo człowiek sobie łamie nogi. Dlatego Zybork jest skonstruowany jak pełen śmiertelnych pułapek „Cube”. Ale Zybork jest tylko metaforą czegoś większego, losu, fatum, które ciąży nad wszystkimi – nie tylko tymi, którzy noszą w sobie duszę Smętka. „Może cały świat składa się z takich pudełek, mówi Żulczyk. Powtarza się, replikuje w nieskończoność. Za zakrętem jest następny, a potem jeszcze następny, i tak bez końca”. Z Justyną w powieści żegnamy się przecież w momencie, gdy siedząc na podłodze w dość nawet przyjemnych czterech ścianach, w pewnym sensie pogodzona z sytuacją, zdaje sobie sprawę: „Nigdy nie wyjdę z tego mieszkania. Ono jest jak las. Nigdy nie znajdę drogi do drzwi”.