Kilka żyć naraz

Jakub Socha

W swoim najnowszym filmie, zatytułowanym „Szatan kazał tańczyć”, Katarzyna Rosłaniec zachowuje się tak, jakby posiadała w domu bardzo wolny internet

Kilka żyć naraz

Jeszcze 1 minuta czytania

Kilka żyć naraz

„Próbujesz żyć naraz kilka żyć, ale tak się nie da” – mówi zatroskany specjalista od chorób serca do bohaterki najnowszego filmu Katarzyny Rosłaniec. Kilka? Więcej niż kilka, grubo ponad milion, prawie jak Konrad Mickiewicza. Wyświetlony przed pierwszą sceną napis informuje nas, że za chwilę zobaczymy kilkadziesiąt scen z życia pewnej młodej dziewczyny, a dalej, że te sceny to luźne atomy, z których można sobie ukłożyć z milion opowieści, milion życiorysów. Czemu atomy? No bo przecież dzisiejsze życie jest zatomizowane. Jest też bitwą, bliżej niesprecyzowaną tęsknotą, źródłem cierpień, szczytem rozpaczy, brzegiem nihilizmu. Udręką i ekstazą i jeszcze opium w rosole. Czarnoskórym dilerem o imieniu Mango, spotkanym w ciemnym zaułku, fotografem, który w atelier fotografuje nagie nastolatki z misiem na wysokości bioder, a na wielkomiejskiej ulicy odtwarza sceny pasyjne, choć można podejrzewać, że „Pasja” pomyliła mu się z sagą „Zmierzch”. Napisem na przodzie koszulki: „Suicide in Hollywood”, napisem na tyle bluzy z kapturem: „Satan Said Dance”.

Już nie „Śmierć w Wenecji”, tylko „Suicide in Hollywood”, zapomniało się o „Przygodach wesołego diabła”, teraz trzeba mówić „Satan Said Dance”. Typowo polskie kompleksy, powiedziałaby pewnie Karolina, bohaterka Rosłaniec, na tego typu narzekania. Karolinę z Polską wiążą co najwyżej weki, po zjedzeniu których lubi się masturbować, matka z siostrą, obydwie bardzo chude, i jeszcze łysiejący chłopak z brodą, który, jak się rozentuzjazmuje, mówi, że chce mieć z Karoliną dzieci. Tymczasem Karolina jest obywatelką świata, słucha Placebo. Dobrze, i ja też kiedyś słuchałem, ale gdzie mi tam do niej – Karolina ma kolorowe włosy, poważną wadę serca, sztuczne futerko, najnowsze narkotyki, rozlicznych kochanków, zimne wino w lodówce, napisała też książkę, którą zachwyca się pół świata, nawet Chińczycy. No i oczywiście ma najnowszego iPhone'a, którym robi foty i wrzuca je na Instagrama. Samej czynności wrzucania w filmie nie ma – ktoś słusznie uznał, że to jednak byłoby przegięcie, skoro cały film jest jednym wielkim Instagramem. I nie chodzi tu tylko o specyficzny, kwadratowy format zdjęć.

Jeszcze kilka lat temu wybór tego typu formatu mógł być oryginalnym, świeżym pomysłem, dzisiaj – po milionach reportaży prasowych, sesji zdjęciowych, instalacji i filmów, które się odwoływały do instagramowej estetyki – wydaje się on zwykłym koniunkturalnym gestem. Koniunkturalnym i równocześnie jakby spóźnionym, równie spóźnionym jak pojawiające się teraz w prasie artykuły analizujące fenomen hipsterstwa. Rosłaniec niby próbuje trzymać rękę  „Szatan kazał tańczyć”, reż. Katarzyna Rosłaniec „Szatan kazał tańczyć”, reż. Katarzyna Rosłaniec. Holandia, Polska 2016, w kinach od 5 maja 2017na pulsie, ale zachowuje się trochę tak, jak miała bardzo wolne łącze internetowe albo jak nasi rodzice, którzy dopiero zapisali się na Facebooka i strasznie się z tego powodu ekscytują. Światowość i nowoczesność „Szatana...”, podkreślana na każdym kroku, pachnie przez to prowincjonalizmem. Prowincjonalna jest też jego skandaliczność. Te wszystkie kreski, sceny ostrego seksu wyglądają po prostu bardzo poczciwie. Równie poczciwa jest ponowoczesna pustka, w której jakoby utkwiła Karolina. Temat „ukrytej przyjemności z umierania”, też pojawiający się w kalejdoskopie scen, pominę już może milczeniem. Tak samo jak wyobrażenie na temat pisarstwa i sztuki współczesnej, które występują w filmie w szlachetnej formie interludiów: tajemniczych zbliżeń na rozpadającą się twarz, gdzie obsuwaniu się skóry z oczodołów towarzyszą pretensjonalne wywody o rozpadzie tożsamości, czytane zza kadru przez samą reżyserkę.

Uderzający jest w tym filmie dziwny stop jednoczesnego moralnego zatroskania czasami, w których przyszło nam żyć, i fascynacji jego materialnymi wytworami – reżyserka pragnie mówić o spętaniu ducha, ale tak naprawdę zajmują ją tylko i wyłącznie rzeczy. Te wszystkie kolory, desenie, faktury, ciuszki, plastikowe figurki, analogowe aparaty fotograficzne, iPhone'y, porcelanowe talerzyki, abażury, wełniane czapeczki, obrazki z bozią; istne zatrzęsienie, jakby chodziło właśnie o to, żeby upchnąć w kadrze jak najwięcej przedmiotów. Rosłaniec pucuje swój świat tak zawzięcie, bo chce, żeby cały wyglądał jak Nowy Jork. Wygląda nawet lepiej, Nowy Jork dobrze czuje się ze sobą i podejrzewam, że aż tak o siebie nie dba. „Szatan kazał tańczyć” to fetyszyzm towarowy w czystej postaci, który reżyserka chciałaby po prostu nazywać swoim trudnym do podrobienia stylem.