Smutny jak Drake

Smutny jak Drake

Borys Dejnarowicz

Na czym polega oryginalność Drake'a? Wystawia on na widok swoje najgorsze cechy – narcyzm oraz skłonność do użalania się nad własnym losem. Pogrążone w egocentrycznych halucynacjach piosenki mówią nam więcej o kulturowym „tu i teraz” niż ambitna i zaangażowana twórczość raperów w rodzaju Kendricka Lamara

Jeszcze 3 minuty czytania

Podobno kluczem do nagrania uniwersalnego przeboju jest prostota – dzięki niej piosenka będzie przyswajalna dla szerokiego grona odbiorców. Zasada ta faktycznie potwierdziła się wiele razy, chociażby w przypadku łopatologicznie zapętlonych refrenów „I'm a Believer” The Monkees, „Da Da Da” Trio czy „Get Lucky” Daft Punk. Ale ciekawszym przypadkiem wydają się oszczędne, minimalistyczne utwory, dalekie od tradycyjnie pojmowanej chwytliwości, które mimo to zostały hitami. Przykładem może tu być „Why Can't We Live Together” Timmy'ego Thomasa. Ciężko dziś zrozumieć, jak te soulowe jęki na tle stukania egzotycznej perkusji w średnim tempie i kilku dźwięków organów antycypujących styl retro-alternatywnej grupy Stereolab z lat 90. mogły w 1972 roku dojść do szczytu listy r&b, sięgnąć trzeciego miejsca listy popowej i sprzedać dwa miliony egzemplarzy singla. Ale chyba jeszcze trudniej wytłumaczyć fenomen kawałka „Hotline Bling” Drake'a, w warstwie muzycznej będącego de facto lekko przyśpieszonym remixem instrumentalnego podkładu „Why Can't We Live Together”, okraszonym łagodną i łatwą do zapamiętania linią wokalną.

Rzut oka na listę najczęściej odtwarzanych filmów muzycznych w serwisie YouTube nie pozostawia wątpliwości. „Hotline Bling” zajmuje tam trzydzieste czwarte miejsce – dodajmy, że tylko 50 nagrań wideo przekroczyło miliard odsłon. Pośród euforycznych imprezowych bangerów w rodzaju „Gangnam Style” Psy, „Shake It Off” Taylor Swift albo „Party Rock Anthem” LMFAO, „Hotline Bling" wyróżnia się podejrzanie introwertycznym klimatem, intymnością. Taki utwór mogliby nagrać dekadę wcześniej jego krajanie z Junior Boys. Nikt jednak nie posądzał ich o hitowy potencjał – nawet według standardów obowiązujących w muzyce niezależnej. Tymczasem  „Hotline Bling” to megahit w każdej skali, a przy okazji niewyczerpywalne źródło globalnych memów, na czele z #DanceLikeDrake – czyli modą na parodie tanecznych ruchów Drake'a z ikonicznego teledysku. Dotarła ona nawet do świata wielkiej piłki (w ten sposób cieszył się po każdym strzelonym golu francuski piłkarz Antoine Griezmann). Zresztą właściwie cała jego twórczość jest od pewnego momentu memetyczna. Wystarczy wspomnieć wielokrotnie przerabianą na wszelkie możliwe sposoby okładkę płyty „Views” czy Drizzle – aplikację do pisania wiadomości tekstami z piosenek Drake'a. A to zaledwie kilka najbardziej oczywistych przykładów. Ten fenomen tyleż intryguje, co wydaje się we współczesnych realiach zupełnie logiczny. By go zrozumieć, należałoby odwołać się do niezrównanie ekstrawaganckiej i kontrowersyjnej postaci w muzycznym mainstreamie tej dekady, a więc Kanyego Westa.

West zmienił hip hop co najmniej trzy razy. Niewykluczone, że w podręcznikach za najbardziej wpływowy przełom jego autorstwa będzie uważany album „808s and Heartbreak” z 2008 roku. Przy premierze ten znany megaloman, poturbowany psychicznie po stracie matki i bolesnym rozstaniu z narzeczoną, opowiadał, że kończy z rapem – od teraz postrzega siebie w kategoriach muzycznych ikon z mitycznej przeszłości. Aby zrealizować te buńczuczne zapowiedzi, potrzebował nowych środków wyrazu. Świadomy swoich ograniczeń jako wokalista sięgnął więc po Auto-Tune – procesor pozwalający na dostrojenie wysokości tonu w trakcie śpiewania. Dzięki charyzmie i odwadze godnej akademickich pionierów elektroniki z lat 50., sprawił, że to dotychczas wyśmiewane urządzenie, traktowane co najwyżej jako sympatyczna ciekawostka, rozpoczęło nowe życie. Auto-Tune nagle stał się akceptowanym efektem. Kanye nadał Auto-Tune'owi nowy rezonans emocjonalny. Od teraz utożsamiano go z przygnębieniem, depresją i smutkiem osadzonymi w realiach przyśpieszonej cyfryzacji. Głos Westa zabrzmiał – cytując metaforę Michała „Afrojaxa” Hoffmanna – niczym „skarga zardzewiałego robota”.


W chwili wydania album był nie do końca zrozumiany i przyjęty chłodniej niż wcześniejsze płyty Kanyego. Szybko doczekał się jednak epigonów. Do dziś pozostaje kluczowym punktem odniesienia dla artystów z pogranicza rapu, r&b i popu. Krytycy prześcigają się w wymienianiu, jak wiele zawdzięczają mu tacy wykonawcy, jak  m.in. Future, Young Thug, The Weekend, Miguel, Frank Ocean, How To Dress Well, a nawet James Blake. W tym gronie Drake wydaje się przykładem najoczywistszym. Już na mikstejpie „So Far Gone”, opublikowanym w trzy miesiące po „808s and Heartbreak” fristajlował wokół bitu z otwierającego go utworu „Say You Will”. Jego nadworny producent Noah „40” Shebib wprost przyznawał się do inspiracji elektronicznym wcieleniem Westa. Zresztą w pewnym sensie cała muzyczna droga Drake'a mogłaby przez złośliwców zostać uznana za jeden wielki strumień świadomości na motywach metamorfozy zainicjowanej na „...Heartbreak”. Oto znak rozpoznawczy ostatniego dziesięciolecia – przejście od przechwałek ociekających blichtrem, seksem i milionami dolarów do zranionych uczuć, cierpiętniczych spowiedzi i neurotycznych żali, wciąż jednak spowitych surrealistyczną mgiełką luksusu i sukcesu.

Mimo to Aubrey Graham zasługuje na miano jednego z najważniejszych współczesnych artystów popowych. Rozwinął on pewien fascynujący wątek, ledwie zasugerowany w wielowarstwowym, maksymalistycznym, tętniącym twórczym ADHD, multimedialnym komunikacie Kanyego: wątek odrętwienia i duchowej pustki stojących za ułudą „celebryctwa”. To jedna z wielu kluczowych różnic między Kanyem a Drakiem. W przeciwieństwie do nadaktywnego, chorobliwie ambitnego, wiecznie zmagającego się z własnym ego Westa, Drake kontempluje egzystencjalne rozterki w pewnym kontrolowanym marazmie. Każdy zryw idei, każda iskra olśnienia i każdy promyk nadziei zostają wkrótce zneutralizowane pogodzeniem się z własną niemocą. Ponadto, w przeciwieństwie do Westa, Drake nigdy nie angażował się w politykę i społeczne problemy amerykańskiej „czarnej” ulicy. Na pewno również z powodu swoich korzeni etnicznych – jako Kanadyjczykowi afroamerykańsko-żydowskiego pochodzenia bliżej mu raczej do figury „żydowskiego neurotyka”, niż czarnego gangstera z legitymacją na otwartą konfrontację rasową. Być może jeszcze istotniejszym czynnikiem jest tu życiorys, który predestynuje go do opowiadania bajek odmiennej treści.

Biografia Drake'a bywała obiektem bezpardonowych drwin, by przypomnieć choćby szereg skądinąd szalenie zabawnych wpisów blogera parodiującego słynnego nowojorskiego MC – Ghostface Killah. W humorystyczny sposób demaskował nie tylko mazgajstwo, ale i uprzywilejowane pochodzenie Grahama. Jeszcze do niedawna było to zaprzeczeniem jakiejkolwiek wiarygodności w środowisku hiphopowym. Pozornie Drake sam wystawiał się na pośmiewisko w jednym ze swoich sztandarowych hitów, zatytułowanym „Started from the Bottom”: „Zaczęliśmy na samym dnie, a teraz jesteśmy tu”, nawijał w natrętnym refrenie, eksploatując dwa nieśmiertelne toposy gatunku – „amerykański sen” oraz „ja i moi ludzie”, czyli poczucie wspólnoty i przynależności w ramach altruizmu krewniaczego. A przecież prawda jest zupełnie inna. Aubrey wcale nie zaczął na dnie, bo dorastał w zamożnej dzielnicy Toronto zwanej Forest Hill. Już jako nastolatek poznał smak szołbiznesu i popularności, gdy stał się jedną z gwiazd telewizyjnego serialu „Degrassi: Nowe pokolenie”. Tyle że takie pozłacane CV to idealny wabik w epoce histerycznej wręcz fascynacji prywatnym życiem celebrytów, podsycanej coraz to nowszymi sieciami społecznościowymi (Facebook, Instagram, Twitter, Snapchat).


Na tym właśnie polega oryginalność głosu Drake'a. Pielęgnuje on w obecności słuchacza swoje najgorsze, odrażające cechy – dekadencki narcyzm, licealną banalność spostrzeżeń oraz infantylną skłonność do użalania się nad własnym losem. Nie bez przyczyny jeden z najbardziej wnikliwych analityków kondycji popkultury – i jej wzajemnych powiązań z muzyką – Simon Reynolds stwierdził niedawno, że pogrążone w egocentrycznych halucynacjach, hiper komercyjne dokonania Drake'a, Kanyego czy Future'a mówią nam więcej o aktualnym Zeitgeiście, o kulturowym „tu i teraz”, niż stojąca w kontrze do globalnych trendów, ambitna i zaangażowana twórczość tzw. conscious ( „świadomych”) raperów w rodzaju Kendricka Lamara. Święte słowa. Wszak w przypadku Drake'a płycizna komunikatów wiernie odzwierciedla powierzchowność bieżących relacji międzyludzkich, a wszystkie sprzeczności targające jego tekstami, to wypisz wymaluj żywa encyklopedia paradoksów doby religijnego wręcz zachwytu mediami społecznościowymi. W tej wiecznej psychodramie cierpienie przenika się z euforią, intensywne przeżycia z wystylizowaną blazą, a potrzeba głębszego sensu – ze skrajnie konsumpcyjnym hedonizmem.

Triki stosowane przez Grahama uzależniają fanów. Przystępnym językiem hashtagów sprzedają prawdę na temat pustki ich codziennych zmagań o atencję, powodzenie i poczucie własnej wartości. Jego arsenał emocjonalnego szantażu obejmuje między innymi: ambiwalentny stosunek do kobiet (od seksistowskiego uprzedmiotowienia po szczere rozczarowanie brakiem potencjału na poważniejszy związek ze striptizerką; od niepoprawnego romantyzmu i idealizowania „tej jednej” po Drake'a przegranego, nienawidzącego samego siebie), analogie z rywalizacją sportową (topos porównań z legendami pokroju Michaela Jordana), czy uparte podpinanie się pod blask mitycznych postaci czarnej muzyki w rodzaju Marvina Gaye'a. Z takim kłębkiem cynicznie wylansowanych niepokojów utożsamiają się miliony odbiorców. W końcu tylko znikomy promil z nich zna smak celebryckiego blichtru, w jakim pławi się Drake. W tym właśnie należałoby upatrywać głównej przyczyny popularności Drake'a –postaci wszechobecnej, przed którą dosłownie nie dało się schować w ostatnich kilku latach, atakującej nie tylko autorskimi nagraniami, ale i niezliczoną ilością występów gościnnych u innych idoli (Rihanna, Nicki Minaj, A$AP Rocky, DJ Khaled, YG czy jego mentor na wczesnym etapie kariery i człowiek, który od początku na niego stawiał – Lil Wayne).


Wreszcie – muzyka. Być może w całej tej układance element najistotniejszy. Dźwiękowe tło tak perfekcyjnie dopełniające warstwę literacką, tak do niej gładko przyklejone, że razem składają się na nierozerwalną, niby homogeniczną całość. Wiele powiedziano o tym, że to właśnie bity są tajemnicą powabu Drake'a. Bity, które w magiczny sposób rehabilitują – nie bójmy się tego epitetu – dość żałosną osobowość Drake'a. Słusznie zauważył wspomniany Reynolds, że ich błyszczące, sterylne, duszne brzmienie to przekonujący soundtrack samotności próżniaka na samym szczycie. A następnie porównał je nie tylko z dokonaniami geniusza hiphopowego modernizmu Timbalanda, ale także z ambientem Harolda Budda, „inteligentnym” techno Aphexa Twina i elektronicznym post-rockiem Radiohead z czasów „Kid A”. Za te rzeczywiście  momentami niezwykłej urody podkłady, najczęściej (choć nie wyłącznie) odpowiadają dwaj producenci z Toronto – Noah „40” Shebib i Paul „Nineteen85” Jefferies. Przywołują one jednocześnie niezaspokojoną potrzebę relaksu i uczucie sentymentalnej udręki. W miksie te dwie emocje uosabiają melodyjne i podejrzanie chwytliwe wokale Drake'a.

W ciągu dosłownie kilku lat Drake awansował od statusu wyszydzanego naśladowcy Kanyego do roli największego rapera na Ziemi – przynajmniej, jeśli miarą wielkości miałyby być obiektywne wyniki preferencji konsumenckich. Jego dwa ostatnie wydawnictwa pobiły wszelkie rekordy w serwisach streamingowych. Najnowszy materiał, eklektyczny „More Life” (od house'u przez dubstep po wątki tropikalne)  kamufluje się pod etykietą „playlisty” – a więc czegoś z pogranicza płyty, składanki i mikstejpu. Zarówno „More Life”, jak i regularny album „Views” z 2016 roku, są celowo rozwlekłe. Warto bowiem pamiętać, że od niedawna suma pojedynczych odtworzeń utworów w serwisach streamingowych doliczana jest do całkowitej „sprzedaży” albumów na liście Billboardu. Ale liczby nie kłamią. Choć Drake'a nie da się lubić, to jednocześnie nie da się go też nie lubić. Masowa identyfikacja z rozterkami człowieka, który sam mówi o sobie, że osiągnął już wszystko – nie ustaje.

Spekulując o przyszłości Drake'a, należy zapytać – czy Drake jest niewolnikiem jednej konwencji? Czy do końca świata będzie brnął w ten depresyjny hedonizm? A może jednak będzie go stać na zmianę kursu i dołączy do tych gwiazd popu, które na późniejszym etapie kariery umiejętnie się zredefiniowały (np. Scott Walker czy w pewnym momencie Madonna)? Jeśli jednak już zawsze będzie oferował wariacje na tym samym motywie – to czy (i kiedy) znudzi się publice? Nie można wykluczyć, że pewnego dnia Drake przestanie być popowym Midasem i ustąpi miejsca na szczycie. Ciekawe, jak na ewentualną porażkę zareaguje ktoś, kto zbudował całą karierę na opiewaniu sukcesu.